" "

Wpisy z tagiem: strach

wtorek, 31 stycznia 2012
Byłem u lekarza i rzeczywiście okazało się, że jestem chory.
Przepisał mi antybiotyk.
Poszedłem do niego wcale nie po to, ale jakoś tak wyszło przy badaniu, że bez antybiotyku się nie da, a sprawa, z którą poszedłem jest nieuleczalna, więc mam o niej nie myśleć, bo myśleniem sobie tylko bardziej szkodzę.
Tak czułem, że myślenie mi szkodzi, lecz niestety nie umiem nad sobą zapanować i myślę nawet wtedy, gdy myślę, że nie myślę.
Ostatnio myślę właśnie o tym, o czym staram się nie myśleć, ale biologia jest nieugięta i przymusza do myślenia, niczym pewna polonistka z podstawówki, która zamiast za nienapisane wypracowanie postawić pałę, tak długo truła mi głowę (nawet na przerwach i nieswoich lekcjach), że pożyczałem od kogoś jakiś zeszyt (bo swój rzadko zabierałem do szkoły) i parę fajek, zrywałem się z którejś godziny i pisałem to głupie wypracowanie z taką złością, że było aż za dobre, i dopiero wtedy dostawałem pałę za lenistwo oraz piątkę za wykonanie.
Doprawdy, życie miałem niełatwe w szkole, co – jak się okazało – przydało się w dalszym życiu, bo ono też takie się okazało.
To zaś, o czym mam i staram się nie myśleć, to przedwczesne skurcze serca. Kto ma, ten wie, jakie to jest niemiłe i jak potrafi człowieka wystraszyć wbrew jego woli, bo nawet, jeżeli nie myśli się o śmierci z lękiem, to taki dodatkowy skurcz lęk powoduje niezależnie od umysłu i charakteru.
Po prostu biologia i chemia organizmu.
Jej nie podskoczy nawet Bubka na najdłuższej tyczce.
A tego się właściwie nie leczy. Przynajmniej w Polsce, co wiem z Internetu, bo, zwyczajowo sprawdziłem w sieci nim poszedłem do lekarza.
- I jak ja mam się wyleczyć z depresji? – Zapytałem go, licząc na zrozumienie, bo on też ją ma i większość chorób znanych ludzkości.
Nawiasem mówiąc, ze mną robi się podobnie.
- Przepisałem już panu antybiotyk! – Burknął grubiańsko, choć chwilę wcześniej był miły i cierpliwie wyszukiwał w komputerze najtańsze odpowiedniki leków, które miał mi wypisać na te inne choroby, bo akurat jakoś mi się skończyły.
- Na depresje antybiotyk?! – Aż ożywiłem się ze zdumienia i chyba poruszyłem ciałem, bo znowu burknął:
- Niech pan tak nie podskakuje, jak Bubka na tyczce (stąd wcześniejsza metafora), bo sobie pan coś złamie, jak – zaśmiał się nieładnie - … kość ogonową, na przykład.
A potem chyba załkał, bowiem zakrył twarz palcami, a nie dłońmi, ale nie wiem, dlaczego tak.
Przyglądałem mu się podejrzliwie, bo byłem przekonany, iż chciał powiedzieć wcale nie „kość ogonową” tylko jakiś personalizm, ale się powstrzymał niezrozumiale, gdyż depresjanci nie pamiętają o tym by się powstrzymywać, chociaż generalnie, to nie muszą, skoro właściwie nie robią nic, co trzeba powstrzymywać, prócz dążenia do autodestrukcji.
- Na depresję każdy lek jest dobry, byle nie myśleć, że nie pomaga! – Odpowiedział mi wreszcie unosząc głowę i to wreszcie było takie gombrowiczowskie, dopełniające kontekst, albowiem tyczyło i uniesienia wreszcie głowy i padającej wreszcie odpowiedzi.
I zaraz tych wreszcie posypało się niczym z rogu wiele, a bo to wreszcie wypisał mi recepty, a bo to kazał mi się wreszcie ubrać, a trzęsło mnie już z zimna, aczkolwiek w gabinecie miał ciepło i rozpiętą koszulę, chociaż tę z powodu duszności, w depresji nierzadkiej, co wiem, gdyż też je mam, kiedy depresja się nasila we mnie; wreszcie też wstałem, wreszcie wyszedłem i wreszcie było po wizycie.
- No, już myślałam, że nie wyjdziesz nigdy z tych drzwi! – Wykrzyknęła Maria, która wreszcie się doczekała.
I pobiegła do apteki, by wykupić leki, ale przyniosła tylko antybiotyk, bo wszystkich nie było, gdyż będą jutro.
 
Jak i pieniądze.
wtorek, 10 stycznia 2012
Zarzuciło mnie na zakręcie. Zlekceważyłem poślizg i natychmiast nie zdążyłem tego pożałować, bo świat stanął na głowie, a w rzeczywistości, zakotłował się niczym bęben automatycznej pralki i nie wiedziałem, przez kilka minut, gdzie jest moja kurtka, a gdzie torba i dlaczego papiery też się piorą.
Cholera, wszystko się rozmaże! – To była pierwsza myśl, bo naprawdę uwierzyłem, że, w jakiś oniryczny sposób, znalazłem się w bębnie automatu z jakiegoś zasadnego powodu i się piorę razem z dokumentami.
Pasy, to jednak dobra rzecz, gdy kierowca jest idiotą.
Na szczęście, samochód bywa czasem mądrzejszy od swojego właściciela i po kilku fikołkach, potrafi stanąć twardo na nogach, pardon, na kołach.
Mózg potrzebuje nieco więcej czasu, by się ustabilizować.
Mój, przez kilkanaście minut, kołysał się, jak żyroskop, tyle, że antonimiczny, bo właśnie, nie pozwalał na złapanie równowagi.
- Jest pan cały? – Zapytała zwiewna i rozfalowana niewiasta, bardzo mocno zasłaniająca pole widzenia.
Ha ha ha! – Okazało się, że wcale nie była zjawą, ani się w oczach nie rozpływała, tylko miała na sobie rozpiętą, puszystą kurtkę, która falowała, przy każdym ruchu, prawdziwie.
Jaki człowiek omylny. – Pomyślałem i wdałem się w dłuższą pogawędkę.
Do czasu, gdy miejscowy traktorzysta wyciągnął mój samochód z rowu, a właściwie, jego koń, co może wygląda dziwnie w opisie, ale na miejscu, nie budziło żadnych zastrzeżeń.
Była jednak jedna, niejasna, sprawa:
 
Skądś znałem tego konia.
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Ma niezwykły wpływ na mnie.
Kilka jej słów i już zapominam o cierpieniu, troskach i złym samopoczuciu. Od niechcenia leczy i dodaje sił.
Mimowolnymi gestami wygładza moją twarz skrzywioną z bólu. Niechcący, ociera łzę, którą miałem połknąć, bo przecież chłopaki nie płaczą.
Chyba, że boli, że cholernie boli.
Wtedy też nie, tylko ze ściśniętym gardłem maskują swoje uczucia, których nie wypada mieć.
Ona to doskonale rozumie i z uśmiechem utwardza mnie w tym mniemaniu.
Tuląc w dłoniach moje serce, jak pluszowego misia, zapewnia, że jestem dzielny i strach się mnie bać.
 
I nie okazuje, jak bardzo boi się o mnie. 
środa, 26 stycznia 2011

Dowiedziałem się, że umrę.
Taka wiadomość nie może nie wywrzeć wpływu.
W moim przypadku odmieniła cały mój światopogląd, wyhamowała moje życie. Będąc w pełnym biegu, stanąłem nagle. Twarz mi zbielała, wargi zaczęły drżeć, a od nich twarz, nos i policzki, a potem całe ciało.
Popłynęły łzy bezgłośne.
Z rąk wypadł patyczek uschniętej maliny. Upadł na szary żwir, pod dygocące nogi.
Nierozumiejacy wzrok próbował zobaczyć wczorajszy, nieumierający świat, ale już go nie było. Przestał istnieć. Zrozumiałem, że on, świat, też umrze nieodwołalnie i, że nic z tym nie zrobię.
Bo, gdybym, jak było do wczoraj, nie umierał, światu nic by nie zagroziło. Istniałby sobie wraz ze mną, a ja w nim.
Tak niestety nie będzie.
Dowiedziałem się, że umrę i żyć nie będę.
Miałem pięć lat.
Nie tak miało być, przed odkryciem wymiarów… nie tak.

Był rok 1961, zmarła pani Zakierska i pojąłem, że nie jestem nieśmiertelny.

Notka lo-ko przypomniała mi o tym wpisie.

Słucham, wkoło, bardzo smutnej piosenki, opowiadającej o młodych ludziach, dla których życie stało się nazbyt wielkim ciężarem i zrezygnowali z niego, nim się, na dobre, zaczęło.
Moja pamięć zawróciła, niczym narowisty koń i ledwo udało mi się utrzymać na jej grzbiecie. Nie ściągając cugli, dałem się ponieść w przeszłość, gdzie nasza młodość szalała, wariowała i rysowała na niebie esy floresy niewyobrażalnych marzeń.
Swawolna, wolna, a tak strasznie, nie do zniesienia.
Przemknęły mi przed oczami zamazane rysopisy kolegów i koleżanek, którzy – jak ci z piosenki – mimo wszelkich przesłanek na pomyślność i szczęście, odchodzili z lakonicznym pożegnaniem, lub bez.
Czasem, kiedy mam już dosyć, wydaje mi się, że błędem było niepójście w ich ślady, że to oni mieli rację, nie nadwyrężając cierpliwości czasu swoim istnieniem.

Kaśka miała wszystko, w wieku szesnastu lat, jeździła własnym samochodem – cóż tylko wartburgiem – ale to było w 1973 roku. Kiedy dwa tygodnie przed odejściem tańczyłem z nią na wiejskiej zabawie, mówiła, że jak skończy ogólniak, to pójdzie na UMK i zostanie historykiem. Ani słowem nie napomykała, że życie daje jej w kość.
Kilka dni wcześniej woziła mnie po okolicy swoim samochodem i wygłupialiśmy się, zaiste, jak gówniarze. Nic nas nie łączyło, ale była świetną kumpelką i radośnie się z nią gadało.
Miała powodzenie, bo była ładną blondynką – wówczas nie w moim guście – ale nie pamiętam, by w tamtym czasie z kimś była związana – o ile można mówić o związku nastolatki - i żeby to był przyczynek do jej decyzji.
Napisała w liście tylko tyle – „Cześć, to nie ma sensu „
Nawet adresata nie wykazała. Kartkę z tymi słowami ściskała podobno w palcach lewej ręki, gdy ją znaleziono.
Podobno – bo nie widziałem – wyglądała, jakby spała z głową na stole, podpierając się ramieniem.
Nie byłem na jej pogrzebie. Nie złożyło się.

Irena miała teoretycznie powód, bo była w ciąży, tylko, że wszyscy o tym wiedzieli i nikt jej z tego powodu nie dokuczał. Wręcz przeciwnie, spotykała się z życzliwością i sympatią. Jej chłopak wydawał się cieszyć z przyszłego dziecka i – co tu kryć – imponował nam, bo siedemnastolatek – ojciec, to było coś.
Irena dojeżdżała tym samym autobusem, co ja. Uczyła się w gastronomiku i w szkole też podobno było wszystko w porządku.
W dniu, w którym stanęła na torach, wracaliśmy razem do domu.
Nie mówiła nic o kłopotach. Pytała się, jakie imię dałbym, gdyby urodził się syn, a jakie gdyby dziewczynka.
Nie wiedziałem.
W torebce, która przy niej znaleziono był długi list, w którym żegnała wszystkich bliskich i przepraszała, że sprawia kłopot, ale już nie potrafi…

Kazik był moim kolegą z klasy w podstawówce i trochę się spóźnił, w porównaniu z innymi, albowiem walnął życiem, mając dwadzieścia dwa lata i założoną rodzinę. Miał bardzo dobrze płatną pracę i duże gospodarstwo rolne, na którym, wspólnie z, niesłychanie pracowitą żoną, uprawiali buraki cukrowe – wówczas dochodowe.
Nic nie było wiadomo, aby miał problemy. Nie chorował, pił, jak normalny chłop.
Odcięto go z gałęzi w, nieodległym od domu, lasku, kiedy jego ciało zaczęło już spływać ze sznura. Jeszcze trochę i pewnie nikt by nie rozpoznał, że to on, bo zostałby sam szkielet.
Długo wisiał, nim znalazły go, przypadkowo, bawiące się dzieciaki.
Jego żona nigdy nie wyszła za mąż powtórnie i samotnie wychowywała dwójkę dzieciaków.

Wyłączam już bardzo smutną piosenkę.

 
1 , 2