O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bardziej płynny alter
Miasto
Panoramiczny Toruń
Radek
"
"
|
Wpisy z tagiem: wnuczęta
wtorek, 10 kwietnia 2012
Święta minęły w rodzinnej atmosferze, do tego, prawie religijnej.W piątek był post, a w sobotę Wiktoria zaniosła do kościoła koszyczek z różnymi pokarmami i wróciła ze święconką.Marcin nie był zainteresowany koszyczkiem i pomagał mi, a mi w tym czasie przypadła robota z krojeniem cebuli, z czego wywiązałem się w miarę dobrze przy pomocy Marcina właśnie, chociaż jego oczka nieco łzawiły. Nie odszedł jednak od stołu i do końca ciachał małym nożykiem cebulowe plastry na drobna kosteczkę.Kostka wyszła mu nawet drobniej niźli moja, bo jeżeli dziecku dać odpowiednia ilość czasu, to potrafi dokonać wiele, kto wie, czy nie więcej niż te małpy, które mogłyby napisać Hamleta, albo i Biblię nawet, tylko że nikt im czasu nie dał.Ode mnie Marcin czasu zawsze dostaje tyle ile pragnie, tylko cierpliwości dać mu nie mogę, bowiem moja mu jakoś nie pasuje, więc bywa, że dzieł swoich nie kończy. Z cebulką jednak wytrwał do ostatniego plasterka.W niedzielę z rana zjawił się Dominik z rodzicami i cała trójka wnucząt wybrała się leszczyny szukać prezentów od zajączka, bo zajączek zjawił się w leszczynowej gęstwinie za sprawą Marii, która spotkała go wracając z zagranicznego wojażu.I znowu najaktywniejsza w poszukiwaniach była Wiktoria, po niej Dominik, a Marcin uznał, że fajniejsza jest pryzma piasku od jakichś tam woreczków ukrytych wśród leszczyn i na niej się usadowił. Ktoś go wreszcie przekonał do poszukiwań, ale chyba słabo, bo szukał zupełnie bez przekonania.W końcu wszystkie maluchy poodnajdywały swoje zajączkowe dary i już w domu zaczęło się wzajemne podkradanie łakoci, w czym – tym razem – celował Marcin i nie obyło się bez kilku łez Wiktorii, bo na jej woreczek atak przypuścił jej brat. Dominik pozostał poza sporem, bo jego woreczkiem zaopiekowali się rodzice, a on sam interesował się głównie zwierzakami i z nimi się bawił.Potem było wielkanocne śniadanie i Marcin wynalazł sznytkę swojego imienia, to znaczy plaster szynki obłożył listkiem salami i taki zestaw zjadł.Każdy skubnął coś ze święconki, a potem jadł, co popadło, a że było tego trochę, to wreszcie czułem się w swoim żywiole.Atmosfera rodzinna trwała, więc nie mogło obejść się bez scysji, jak to w rodzinie.Scysję wywołał znowu Marcin, który uciekając przed siostrą albo w trakcie jakiejś ich zabawy, zamknął się w pokoju na klucz.Syn, natychmiast wpadł we wściekłość, pobudzając innych (z wyjątkiem mnie, bo jakoś nie poczułem grozy w tym wydarzeniu) gdy okazało się, że zapasowy klucz jest również w zamkniętym przez Marcina pokoju.Kiedy sytuacja zaczęła dojrzewać do rąbania drzwi, ruszyłem się ja i poszedłem rozeznać sytuację.Nikt na szczęście nie doprowadził Marcina do płaczu, więc wdałem się z nim w rozmowę. Sprawdziwszy, że klucza nie ma w zamku, poprosiłem wnuczka, by go tam wsadził, co Marcin wykonał bez żadnej zwłoki i zapytany, czy może przekręcić klucz, odparł, że tak i to zrobił. I drzwi się otwarły.
sobota, 28 stycznia 2012
Cóż, zima jest przepiękna od kilku dni. Nareszcie mróz prawdziwie szczypie w nos zimnem, a nieudawanym chłodem wietrznych podmuchów. Teraz wiatr dodaje tylko kilka stopni animuszu spacerowiczom, którzy postanowili orzeźwić się klimatycznie, nim w upale globalnego ocieplenia z pamięci znikną śniegowe bałwany i twarde grudy zamarzniętego piasku na chodnikach.
Cóż zima jest przepiękna, ale nie mogę z jej uroków korzystać za bardzo, bowiem wszyscy chorujemy, począwszy od wnucząt, po mnie. Marcin dostaje zastrzyki i ten fakt odbiera mi chęć do życia oraz ochotę na cokolwiek. Wiktoria leczy się, na szczęście, mniej dolegliwymi specyfikami. Rodzice wnucząt zażywają także jakieś wstrętne medykamenty. Dla mnie już nie starczyło, więc leczę się siłą woli, gotowaną wodą z cytryną wydezynfekowaną czosnkowym aromatem i szczypiącym w oczy smakiem cebuli. Pomaga, jak umarłemu kadzidło, czyli dusi i przyprawia o mdłości, co dla umarłego jest objawem nadzwyczaj pozytywnym, bo kto rzyga, ten na pewno żyje. Choroba w domu jest jak kataklizm. Nagle okazuje się, że wszystkie plany diabli wzięli, bo jakoś leki, które przecież w większości potaniały nie leczą chorób, na które zapadliśmy, tylko jakieś inne. Nie mówię o swoich planach, bowiem ja już niczego nie planuję, gdyż wyciągnąłem nareszcie naukę z życia. I chociaż niekiedy zdarza mi się z rozpędu chlapnąć coś o tym, że zrobię to, a może nawet tamto, lecz taka moja wypowiedź jest zwyczajne przyzwyczajeniem semantycznym, niemającym związku z prawdziwymi zamiarami na przyszłość, bowiem przyszłości nie traktuję już jako pewnika. I nawet nie zakładam jej warunkowo.
środa, 11 stycznia 2012
Wczoraj spadł pierwszy śnieg. Był mokry i lepki, jak niedowałkowane ciasto na kluski, toteż lepił mi się do butów nieregularnymi kluchami, jak przecieranki świeżo wyłowione z wody i rozrzucone na kuchennej podłodze przez Marcinka, w ramach pomocy kulinarnej. Dziś śniegu już nie ma, bo zmyła go woda jakby w kuchni podłogę, w którą się zamienił (W wodę się zamienił, nie w podłogę). Został z niego tylko skurczony do wielkości krasnoludka bałwanek na środku podwórka. Wczoraj z mozołem ulepiły go wnuczęta, nim same zmieniły się w nasączone wodą gąbki. Trudno je było zagonić do domu, a co dopiero wyżąć, ale z trudem i płaczem udało się, choć dziadek został „bebe” oraz postraszony studzienną wiedźmą, która kradnie kurczęta i małe dzieci oraz złych dziadków - Buką. Z powodu śniegu, Buki i wnucząt oraz, bo pora już ku temu była najwyższa, udałem się do przychodni zdrowia. Brnąłem przez śnieg, ślizgając się na kluskach z błota i śniegu na drugą stronę drogi niezdziwiony, że nikt jej nie odśnieżył, bo pierwszego śniegu się nie odśnieża, gdyż i tak stopnieje, co okazało się i tym razem prawdą. Szedłem, wcale nie z powodu śniegu, z duszą na ramionach. W przychodni było pusto, jak na polu. Nawet Teresy z jej malutkim synkiem nie było, czemu się nieco zdziwiłem, bo Teresę spotykam zawsze, gdy wychodzę do przychodni. A często także, gdy wychodzę gdzie indziej i wtedy idziemy razem, bo nam jest po drodze. Tym razem jej nie spotkałem. Nie spotkałem też żadnej innej nieznajomej, z którą mógłbym zjeść kolację, ani żadnego nieznajomego, z którym mógłbym napić się wódki. Może, dlatego że wódki ostatnio nie pijam, a przy nieznajomych kobietach odejmuje mi mowę, więc żaden ze mnie towarzysz konsumpcyjny. W przychodni był za to pan doktor i kilka pielęgniarek, więc gdy poprosiłem o odnowienie leków zrobiło się zamieszanie, albowiem pan doktor miał tego dnia coś z oczami i nie mógł przeczytać, na jakim poziomie refundacji są moje specyfiki. Musiały to zrobić za niego panie pielęgniarki, które, z kolei, nie do końca wiedziały, gdzie szukać informacji, więc się wtrąciłem, że pomogę, bo wcześniej sprawdziłem to w sieci, co zostało przyjęte niechętnie, ale w ostateczności zaakceptowane. Żeby nie przedłużać: Apteka zarobiła na mnie 1/3 więcej niż za te same medykamenty w ubiegłym roku. Pani aptekarka zgryźliwie zauważyła, że trzeba było w grudniu wykupić leki na zapas. - Jeść też było trzeba! – Odparłem, nie mniej zgryźliwie.
piątek, 16 grudnia 2011
Wstaję rano „i robię sobie sam śniadanie”*).Z tym śniadaniem to jest prawda, ale ono nie jest w tej kolejności, bo po pierwsze, to gdy wstaję rano wcale nie otwieram drzwi od lodówki, tylko drzwi od łazienki, nie zauważając, że ona (ta łazienka) wciąż ma nie do końca pomalowane ściany, albowiem z takiego rana, gdy ja wstaję, to nie widać prawie nic, nawet przy zapalonym świetle, bo oczy wciąż jeszcze utkwione są wzrokiem w innej, sennej rzeczywistości, która dzisiaj, na przykład, była nareszcie zwyczajnym snem, oniryczną mgławicą zdarzeń, które sens wzajemnych powiązań miały wyłącznie w czasie śnienia, bo po przebudzeniu (już w łazience) żadnego sensu nie miały.A takich snów dawno już nie śniłem. Bo śnię wciąż te dziwne realistyczne, fabularne sny, z których mogę przytaczać każde słowo, każde wydarzenie opisywać, niczym świadek w sądzie, nie obawiając się podchwytliwych pytań, gdyż o prawdzie zaświadczam.A są one (te sny realistyczne) zawiane grozą, bo, budząc się, nie wiem, czy naprawdę się obudziłem, (chociaż wyraźna rysa oddzielająca sen od jawy przekonuje, że już sen się skończył), czy to tylko kolejny etap sennego wątku.„Dzisiaj zrobię zupę szczawiową”, myślę w łazience, gdyż wczoraj był panierowany kurczak z wcześniejszego rosołu, a dla syna i wnuczki były jeszcze jajka sadzone, bo apetyt im dopisał po kurczaku i ziemniakach z dodatkiem buraczków. Wnuczkowi też dopisywał, więc zjadł połowę mojej porcji i poszedł spać po obiedzie w moim łóżku, i swoich bucikach, ale zdjąłem mu je, gdy tylko uśmiechnął się snem i poznałem już, że biega na bosaka po podwórku, i do świnek u dziadka Andrzeja, gdyż to uwielbia.Co potem mu się spełniło na jawie, bo pojechał z siostrą do tego dziadka, a ja miałem wolne pół dnia, którego nie wykorzystałem jak należy, bo wciąż staram się przywrócić utracone dane z komputera, zamiast robić coś pożytecznego.Kiedy wreszcie przestaję myśleć, to nadal nie robię sobie śniadania, bo idę do okna w kuchni, które chociaż małe, to widać przez nie cały świat. Oczywiście, gdy wzrok się wytęży należycie, ale ja nie wytężam wzroku wcale, tylko patrzę i czekam, aż rzedniejąca ciemność nocy rozpłynie się w powodzi pomarańczowego światła, gdy olbrzymi krąg słońca niespiesznie poturla się na prostopadle ułożonej średnicy horyzontu.Widzę ten spektakl doskonale, pomimo drzew, które gęsto zarastają (bo przecież nie rosną jak w ogrodzie) mój sad, ale że są bezlistne, to i teatru świtu nie przesłania mi kurtyna.Po spektaklu światła i bezdźwięku, albowiem świat jeszcze śpi, z wyłączeniem moich kotów, które kręcą mi się pod i między nogami, gdyż wiedzą, że jeżeli znika mrok i nastaje dzień, to ja robię sam śniadanie, i robię je najpierw im właśnie, co się spełnia.Gdy koty jedzą, a psy patrzą na nie łakomie (nie żeby zjeść koty, tylko ich śniadanie), ja zaczynam swoją, setki mil liczącą, drogę. W kolejny, zwykły dzień.
piątek, 25 listopada 2011
Dzisiaj, a może wczoraj, utraciłem nadzieję na cokolwiek, a kilka dni wcześniej znajomy dostarczył mi telewizor – kolosa, jak na moją miarę (28”), bo poprzedni odbiornik stracił prawie wszystkie kolory i wnuczęta reklamowały.Albowiem telewizor w moim pokoju wcale nie był i nie jest dla mnie, tylko do oglądania bajek przez wnuczki. Oczywiście, ja też mogę oglądać bajki, lecz nie oglądam, bo jestem zbyt lękliwy i boję się nawet „babocia” w wykonaniu Marcina, a w animowanych bajkach telewizyjnych niczego tak wiele nie ma, jak potworów.Bywają też jakieś komediowe seriale, a owszem, ale nawet Toja nazywa je głupimi, a Marcin nie nazywa wcale, tylko się odwraca do mnie i mówi: „oć!”, prowadząc mnie do radia, w którym muszę nastawić mu jakąś muzykę, przy której tańczy.Gdy mu się taniec znudzi, kręci jedyną gałką i naciska, po kolei, każdy guzik. Na początku, bowiem od dawna już wie, którym guzikiem można zmienić utwór i to robi. Chwilę słucha, podryguje, a potem znowu zmienia.Tak, to wygląda.Wczoraj, a może jednak dzisiaj, utraciwszy nadzieję na cokolwiek, popatrzyłem jednak trochę w ekran telewizora i mimochodem zauważyłem, że za dużo w nim zielonego, ale mi to nie przeszkadza, bo i tak jestem częściowym daltonistą, więc nawet barw życia nie odróżniam zbyt dobrze.Albowiem wnuczęta pojechały do drugich dziadków, żebym nareszcie odpoczął, ale ja już chyba nic nie umiem, bo z odpoczywaniem jakoś mi nie wychodzi.Wciąż coś robię – z wyjątkiem teraz, bo piszę, a to żadna robota, chyba, że się jest dziennikarzem lub urzędnikiem (a można być obojgiem naraz, gdy się jest np. redaktorem naczelnym) - i nie wykorzystuję danego mi czasu (a ile go mam w ogóle i czy mam?), żeby wytchnąć, odetchnąć lub wyspać się jak pies, ewentualnie kot, bo jak człowiek, to się człowiek nigdy nie wyśpi.Z utraconą dzisiaj, a może wczoraj nadzieją na cokolwiek, zaglądając w wielki (jak na moją miarę) ekran telewizora, mimo sączącej się z niego zieleni, zupełnie już nie adekwatnej do barw zaokiennych, zauważyłem, że jednak Jacek Żakowski różni się zasadniczo od Moniki Olejnik – choć, oczywiście, nie poglądami, bo ma wąsy i brodę, a u Moniki to tylko usta są takie wydatne.Inne rzeczy też okazały się wyglądać zupełnie inaczej, niż mi się dotąd wydawało i nie wiem teraz, czy to dlatego, że wczoraj, a może dzisiaj jednak, utraciłem nadzieję na cokolwiek, czy rzeczywiście, bo wszystko wygląda inaczej, a ja tego nie zauważyłem. Zapatrzony w siebie. P.S. Przypominam, że klikanie w reklamy może wzbogacić tę stronę.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||