" "

Wpisy z tagiem: Los

niedziela, 29 kwietnia 2012
Doprawdy…
Nie wiem, o czym pisać, bowiem gdybym pisał o tym, choćby nie wszystkim, co dzieje się wokół mnie, to ekran zaczerniłby się mrocznymi znakami połamanych liter, koślawych myślników, pijanych pytajników i brutalnie rozdartych średników, a przecinki ryłyby pazurami demona w krystalicznej powierzchni ekranu głębokie bruzdy – szczeliny do dna otchłani.
Doprawdy, problem.
Czyż nie piękny to wstęp?
Dla mnie, rewelacyjny, a ja mam gust!
Mogą się z moim gustem nie identyfikować czytelnicy, mogą się nie identyfikować pozostali ludzie, nieczytający mojego bloga lub, podobnie do mnie, nieczytający niczego.
Mogą, gdyż każdy coś może i to jest stosunkowo najłatwiejsza metoda wartościowania człowieka – zobaczyć, co on może.
Nie powiem, co ja mogę, gdyż naśladować czeladnika mistrzowi nie wypada, jak powiedział mi pewien poeta, nim się zabił, bo zobaczył coś tak pięknego, w jego mniemaniu, że nie zdzierżył ciężaru tej urody.
Był to jeden z tych przypadków w moim życiu, który unaocznił mi, iż miłość zabija.
Miłość własna.
Było to jednak dawno, o poecie kilku pamięta, a inni nie i świat się przez to nie zmienił, a jeżeli nawet, to niezauważalnie, czyli bezznaczeniowo dla wszechświata, Ziemi oraz ludzkości.
Może tylko we mnie coś się zmieniło, ale też niezauważalnie, jeśli nawet coś we mnie pękło.
Doprawdy, możliwe, że takie bezznaczeniowe incydenty spowodowały stacjonarność mojego życia, która zupełnie niedawno wypełzła na wierzch mojej świadomości myślą mętną, acz klarowną, niczym rosół gotowany przez moją matkę na starej powypalanej westfalce, na małym ogniu, a raczej zupełnie bez ognia, bo na gorącej placie; lub gotowany przeze mnie, jeżeli pamiętam, żeby do wywaru wrzucić plasterek czerwonego buraczka, bo gdy nie pamiętam, rosół mętniej, jak moje oczy i chociaż smaku mu nie brakuje, to czegoś w nim nie ma.
Nie rozumiem, doprawdy, dlaczego właśnie o rosole pomyślałem, skoro przed chwilą przyglądałem się twarzy martwego poety, gdy jeszcze twarzą była i on nie był martwy.
Aha, to miało związek ze stacjonarnością mojego życia, tego obecnego, gdy nie przychodzi mi do głowy sprzedawanie lodówki, aby wyjechać do Ekwadoru lub Boliwii, do których droga przecież prosta.
- Bo załóżmy – mówi poeta – że jadę do, no nie wiem, Paryża i co? – Zawiesza pytanie w kłębowisku dymów z niesamowicie śmierdzących papierosów, choć smrody są różne, jak różne są kolory papierosowych kółek wypluwanych z karminowych ust (bo wszystkie usta są karminowe) dziewczyn i kobiet siedzących w kucki wkoło.
Wkoło nas, bo ja mam u poety fory i siedzę obok niego na krześle, przy koślawym, jak ja stoliku, podając od czasu do czasu którejś z kucających dziewczyn popielniczkę, by złożyła w niej nabożnie swój niedopałek.
- I co, właśnie? – Podtrzymuję wenę w poecie i liczę odruchowo pety w popielniczce, niezauważalnie grzebiąc kciukiem w jej zatęchłej wnętrzności. To niemałe i głębokie wnętrze, gdyż popielniczka jest właściwie szeroko-obłym dzbanem o kształtach prawiecznej bogini płodności, ma, bowiem, w dwóch miejscach na zewnątrz guzy, który przy odrobinie erotycznej wyobraźni można uznać za piersi, a takiej wyobraźni w tym miejscu i towarzystwie nie brakuje. Właściwie tylko taka wyobraźnia tłucze myślami o wnętrza czaszek; i nie jedynie mojej, ale i dziewcząt, o myślach poety nie wiem, gdyż on wypowiada się egzystencjalnie, nawet, kiedy śpiewa o miłości.
Czasem śpiewa.
Napisałem czasem, ale Ci, co znali go lepiej, mówili, że zawsze śpiewa. Podobno wówczas, gdy stanął twarzą w twarz z łoskotem śmierci też śpiewał prosto w jej dudniące oblicze akompaniując sobie na steranej gitarze..
Może to legenda, doprawdy nie wiem, byłem tam tylko przypadkiem, chociaż przez wiele miesięcy, nim opadły mgły z papierosowych dymów.
- Właśnie nic – odpowiada poeta, wychylając się z mojej dygresji, jak zza gęstego kłębu sinej chmury. – Po ulicach chodzą ludzie, mało nie przejeżdża mnie samochód, jakiś muzyk rzępoli na skrzypcach, a czarna harpia wyje przy jego akompaniamencie, wszystko… - znowu zawiesza napięcie między jarzącymi się jak czubki papierosów przy sztachnięciu, oczami dziewczyn i moją dłonią zagrzebaną w lepkiej otchłani popielniczki – będę miał śmierdzącą dłoń – pełnej nigdy niewysypywanych kipów.
- To wszystko są tylko obrazy, ludzie i miejsca. I tylko tyle. Nic więcej, nic!
Odruchowo wyciągam jakiegoś dłuższego peta i jeszcze bardziej odruchowo przypalam go sobie zapałką.
- Daj się sztachnąć - mówi z podłogi rozczochrana brunetka o włosach wypłowiałych od dymu, a może, po prostu dawno niemytych.
Patrzę na nią, a potem na jej majtki, bo siedzi tak, że widać jej majtki – białe i czyste, więc to chyba jednak wypłowienie, a nie brud - myślę o jej włosach – i daje sztacha.
Dziewczyna całuje mnie w rękę, jak księdza, więc wyciągam paczkę klubowych z kieszeni.
Nieotwartą, bo jakoś wcześniej nie czułem potrzeby palenia.
Dziewczyna wstaje i siada mi na kolanach.
Poeta uśmiecha się, ale nie ma w jego uśmiechu ironii, ani – czego bałem się jak natchnienia – politowania.
- Te wszystkie podróże, widoki, spotkania, obserwacje, to nic, to tylko kadry i ścieżka dźwiękowa. Nic nieznaczący hałas i natłok przestrzeni. Wszystko jest i tak w jednym jedynym miejscu – głowie.
Nie słucham poety za bardzo, bo go nie rozumiem, skupiam się, więc na dziewczynie, która moją dłoń kładzie na swoim udzie i mówi, że teraz cała jest moja, bo jak nikt przedtem nie dałem jej tego, czego potrzebowała dokładnie w tej chwili, gdy potrzebowała. I się ani przez mgnienie nie zawahałem.
Teraz, jednak przez mgnienie, waham się, co robić, bo ona ma przecież czyste majtki, a ja grzebałem ręką w popielniczce.
Nie czynię, więc nic i moja dłoń pozostanie w bezruchu (może w minimalnie niepełnym bezruchu), ale ponownie okazuje się, że robię to, co zrobić powinienem.
Bo kiedy wychodzę, pożegnawszy się z poetą, zupełnie nie wiedząc, co miał na myśli mówiąc o Paryżu, dziewczyna wychodzi ze mną i idzie tam gdzie ja.
- Nawet nie spytasz, dokąd idziemy? – Zagaduję ją, przytulając jednocześnie.
- A po co? Na pewno w jakieś miejsce.
- Nie chcesz wiedzieć, w jakie?
- Nie, wszystko, co chcę, mam w głowie.
- A co masz w głowie? – Pytam rozbawiony.
 
- Ciebie.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Nie zdarzyło się nic, w sposób bieżący, o czym mógłbym opowiedzieć, jak o niczym, które zawsze mam za temat.
Nie nastąpiło żadne tsunami zdarzeń wywołane moją dłonią, gdy falowałem wodę przy zmywaniu naczyń, bo dziś naczyń nie zmywałem, uznając, że niech sobie postoją do jutra, albo, do kiedy indziej, gdyż muchy jeszcze nie latają zbyt gremialnie, więc brak estetyki z powodu brudnych naczyń nie jest zatrważający.
Dziś nie inspirowałem żadnych zdarzeń do stawania się, więc jeżeli coś się stało, stało się nie z mojego powodu, aczkolwiek, być może, z powodu mojego zaniechania.
Bo, po prawdzie, to nie upilnowałem jednego motyla, który zerwał mi się spod nóg, jak spłoszony królik, aż się przeląkłem, i machał skrzydełkami, co mogło wywołać jakieś tornado, albo cyklon.
Ponoć była jakaś burza w sejmie i jakimś PE. Może to przez moje zaniechanie z tym motylem. A może nie, bowiem te burze były pierwej nim motyl wzleciał w przestworze, ale powiadają niektórzy, iż przyczyna czasem przeczekuje skutek, aby go sprawić.
Doprawdy, nie wiem, wszystkiego wszak nie mogę zawsze przewidzieć, jak choćby tego, że syn wsadzi palec do maszyny i mało mu łba za to nie urwę, bo behapowiec, a taki nierozważny.
Miał szczęście, bo ani mu maszyna palca nie urwała, ani ja łba (czego było bliżej) i nadal będzie miał lewicę pięciopalczastą.
Boli go jednak bardziej niż mnie, a myślałem, że bardziej już nie może.
Widać nikt nie zna granic cudzego bólu.
Na który czasem żaden lekarz nie pomoże, ani lekarzowi nikt, jak na przykład ja, bo nic nie umiałem poradzić lekarzowi, do którego poszedłem, chociaż jemu też coś jest z nogami.
„Może jakieś ćwiczenia?” – Powiedziałem z chęcią szczerą, ale odparł, że ćwiczy, kiedy chodzi, a jak chodzi, to „o tak” i pokazał mi naocznie, wstając za biurka i obchodząc gabinet dookoła.
Wyraziłem mu współczucie niezmierne, bo dobry z niego człowiek i ma brodę.
Na koniec, jednak zwątpiłem w niego nieco, bo usiadł ciężko i nie westchnął, co wzbudziło moje podejrzenie, że więcej w nim hipochondrii niż choroby i pożegnałem go chłodniej, niż witałem.
 
Szczególnie, że przepisał mi drogie lekarstwa.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Nie będę już smutny dzisiaj! - Powiedziałem do siebie stanowczo.
Obietnica, obietnicą, lecz  skręciło mnie nagłe i nieoczekiwane łkanie wewnętrzne, które rodzi się gdzieś między przewodem pokarmowym, a oskrzelami, pośród płuc i rozpychając się, trąca serce, które wciska się do gardła i zatyka dech, aż łza w oku staje soplem i całe ciało zmienia w jedną lodową skamielinę.
Uległem mu więc i skręciłem się w sobie jak lina wyciągowa - wielosplotowo.
Przyklęknąłem całą duszą w łkaniu owym i łokciami wsparłem o brzeg cembrowiny, bo to nad studnią bezdenną czasu się działo.
Studnia mój szloch wchłonęła, jakby oczekiwała go od niepamiętnych dni, od tych, kiedy jeszcze z niej wodę nabierano i tych, kiedy bose dziewczyny przechylały się wykrzykując imię tego, który im serce skradł, albo i coś więcej.
Gdym moje nieoczekiwane i skręcone łkanie z siebie w bezdno studni cisnął, po chwili niekrótkiej, ale i niedługiej, takiej, jak w sam raz, wróciło do mnie z otchłani okrzykiem swawolnego echa :
- Stasiuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!!!!
Poznałem głos bosej hałaśnicy sprzed lat wielu, ale cóż...

Ona dziś z kim innym samotna.
wtorek, 03 kwietnia 2012
Marcin ukończył wczoraj 2 latka. Mama upiekła mu tort, z którego z wielkim zaangażowaniem zdmuchiwał płomyki świeczek. Było ich, co niemiara, więc musiała pomóc siostrzyczka, gdyż Marcinkowi dmuch nieco się rozregulował i stracił celność.
W końcu świeczki zgasły i tort można było zjeść.
Przyszła do mnie refleksja nieco melancholijna, bo oto przez te dwa lata byłem (i nadal jestem) dla Marcinka i jego siostrzyczki właściwie zastępczym rodzicem, co niekoniecznie jest dobre.
Oboje przebywają pod moją opieką o wiele więcej czasu, niż wynikałoby to z potrzeb ich rodziców, których miałem zastępować w tym okresie, gdy przebywają w pracy lub szkole (bowiem zaczęli kontynuować naukę, kiedy okazało się, iż radzę sobie z opieką nad wnukami nadspodziewanie dobrze), ale ta moja piecza rozciąga się w czasie i nawet po powrocie rodziców z pracy, czy szkoły, dzieciaki (głównie Marcin, bo Wiktoria mniej) przebywają ze mną.
W przypadku Marcina popełniłem zdecydowanie błąd wychowawczy przywiązując go nadmiernie do siebie, pomimo, że nie stosuję przekupstwa i nie obsypuję prezentami ani łakociami (bo i skąd?), pozostawiając tę rolę rodzicom oraz innym dziadkom, czy ciociom, a mimo tego, jego chęć przebywania ze mną przemieniła się w sprzeciw przebywania z rodzicami. Nie jest to niechęć, bo Marcinek kocha i mamę, i tatę, i zawsze gorąco wita ich, gdy przychodzą do domu, ale po kilku minutach jest znowu w moim pokoju, nie wykazując ochoty na zmianę miejsca pobytu.
Oczywiście, gdy się bawi, to biega po całym domu, ale stacja końcowa jego tras zazwyczaj jest u mnie.
Nie chce też spać nigdzie indziej, tylko u mnie i nawet, gdy nie pozwalam oglądać mu bajek w TV i gaszę światło nie daje się namówić na pójście do rodziców.
Czasem mama zabiera go „przemocą” nie zważając na płacz prawie histeryczny i wówczas Marcinek śpi z rodzicami.
Zdarzyło się już jednak, że rozpłakał się o 2-giej w nocy i tata musiał go przynieść do mnie, gdzie ledwie dotknął główką poduszki, natychmiast zasnął.
No, trzymając mnie za rękę.
Przyszło mi do głowy, żeby być bardziej surowym i zamiast wdawać się z nim w rozmowy, i wygłupy, które są nieodłączną częścią tych rozmów, będę nakazywał mu spokój oraz grzeczność, która u dzieci w tym okresie życia jest pojęciem nad wyraz szerokim i wiele ma barwnych odmian. Niestety.
Zreflektowałem się jednak, zanim zacząłem stosować ów pomysł, że byłoby to karanie dziecka za moje błędy, z których najważniejszym jest ten, iż ulegałem jego rodzicom, którzy – jak to młodzi – ochoczo wynajdowali preteksty, by malca zostawiać dziadkowi, bo dziadek przecież i tak nie ma nic do roboty.
 
Co  prawdą jest, niestety.
 
czwartek, 22 marca 2012
Umówiliśmy się tak:
Ty wyjechałaś do mnie, a ja wyszedłem ci naprzeciw i spotkaliśmy się tam, nie wiadomo gdzie.
Nie poznałaś mnie, bo byłem brzydszy niż noc, ale ja ciebie rozpoznałem, bo jesteś piękna, jak nie wiem co, lecz zabrakło mi odwagi, by cię zatrzymać.
Na szczęście, nie znałaś drogi i zapytałaś przypadkowego człowieka.
Trafiłaś na mnie, bo jakżeby inaczej.
- To tu – wskazałem ci, wstydliwie pokazując swoją pierś.
- Wiedziałam! – Powiedziałaś zarozumiale i z ironią, jak to ty.
- No… - odparłem głupawo.
 
I to miało sens.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14