" "

Wpisy z tagiem: resume

środa, 21 marca 2012
Dzięki Waszemu zmasowanemu atakowi na banery reklamowe z mojego bloga, dzisiaj, po raz pierwszy mogłem skorzystać z finansowej gratyfikacji.
Dziękuję bardzo.
 
Dodam tylko, że moment był wręcz idealnie trafiony.
poniedziałek, 05 marca 2012
W ubiegłym tygodniu, odebrałem wreszcie swoje wspomaganie do chodzenia, a bez eufemizmów, tzw. mobilizator stopy, a bez wymądrzania, po prostu, protezę.
Czekałem na nią ponad rok – licząc od złożenia zamówienia.
Przyczyny tak długiego oczekiwania były różne, głównie finansowe.
Niby NFZ refunduje 100%, ale owe 100%, w moim przypadku stanowiło 20%, czyli 800zł.
Prawie 1000 zł dorzuciliście Wy, Moi Czytelnicy lub Wasi znajomi, bo nie wszystkie osoby wspierające kojarzę z nazwiska.
Reszta była moja.
A teraz zastanawiam się, czy cała ta inwestycja ma sens i czy nie wyrzuciłem swoich i Waszych pieniędzy w błoto.
Nie, dlatego że sprzęt jest źle wykonany, bo wykonany jest dobrze, tylko ja się chyba do niego już nie nadaję.
Bowiem doprowadziłem swoją kończynę do takiego stanu, że, być może, wkrótce będę musiał dać ją sobie amputować.
Ale nie dowiecie się o tym, bo nie napiszę.
Oczywiście, złożyłem wniosek o dofinansowanie w PFRON, ale z informacji, jakich mi udzielono, wynika, że nie mam szans, bo: nie ma już limitu na ten rok, nie kwalifikuje się do refundacji i lepiej od razu mam się nastawić na odliczenie od podatku.
Moje odliczenia konsumuje komornik, albowiem, chociaż mam rentę niższą, niż ojciec Rydzyk dochody, to komornik zabiera mi z niej 25 % (a czasem więcej) i wszystko, co mógłbym otrzymać z US.
Oczywiście, to moja wina, a nie ojca Rydzyka, że się zadłużyłem ponad stan, ale mimo to ogarnia mnie frustracja, zawiść i inne podobne uczucia, gdy dowiaduje się, iż z w/w nie można skutecznie wyegzekwować grzywny, bo za mało zarabia.
Wracając do protezy.
Jest, jak pisałem, niczym kij od szczotki i tak na niej chodzę.
Dzisiaj robiłem próbę generalną. Poruszając się, niczym Długi John Silver na pokładzie rozchybotanej łajby, szukałem, po raz kolejny w życiu, swojego stylu poruszania.
Byłoby dużo łatwiej, gdybym zgodził się na wykonanie specjalnych butów, ale wtedy musiałbym założyć fundację, żeby je wykupić.
Na razie, wspólnie z synem, przystosowaliśmy zwykłe kamasze na wysokich obcasach. Jeszcze, mimo wszystko, nieco za niskich, bo potrzebowałbym właściwie butów na koturnach.
Dla jednych mój chód będzie śmieszny, a dla innych pokraczny, ale mnie to już nie wzrusza.
Niniejszy wpis jest ostatnim na temat mojego życia i zdrowia pisanym wprost.
Przyszła, bowiem pora, żeby postąpić jak Wołodyjowski z Kmicicem:
 
Wstydu oszczędzić.
 
 
P.S. Klikajcie w reklamy. Naklikaliście już ponad 50zł, ale wybrać można nie mniej niż 100.
sobota, 11 lutego 2012
Nie miej mi za złe, mowo, że pożyczam patetycznych słów,
a potem trudu dokładam, żeby wydały się lekkie. *)
 
 
*) Wisława Szymborska
niedziela, 15 maja 2011
Na przełomie kwietnia i maja, przez trzy dni, świat stawał się lepszy. Każdego dnia trochę się stawał, ale którego dnia stał się lepszy najbardziej trudno orzec, a ja nie potrafię w ogóle tego orzec.
Dlatego wspomnę te znamienne dni chronologicznie, a następnie przejdę może do innych spraw, bowiem gdy świat jest już lepszy, bezcelowe jest zajmowanie się nim.
Najsampierw świat uległ poprawie, gdyż dwoje ludzi wzięło ślub w obecności jednej bezdomnej i na oczach wielu innych, w tym, bezdomnych, którzy byli na ślubie nieobecni.
Na marginesie napomknę, że moi znajomi menele, którzy przy naszym sklepie stawiają bramy, gdy od kościoła jedzie kawalkada ślubna (bo sklep jest świetnie usytuowany w pobliżu kościoła), z urazą wypowiadali się o tym ślubie, który polepszył świat, bo nie mogli postawić bramy na drodze weselnej procesji – a pewnie młodzi daliby im, co najmniej „krowę” za wiecheć ukradzionych kwiatów, a tak to tylko patrzeć było smutno i gorzko, bowiem akurat u nas nie było żadnego ślubu, więc i orszaku, żeby się napić za pomyślność książąt lub sobie na pociechę.
Albowiem w piątki u nas się nie żenią, chyba z powodu zabobonu, a może, bo to dzień postny, a jak pościć na uczcie weselnej?
Wydarzenia tego dnia, których – notabene – nie obserwowałem osobiście ( z wyjątkiem smutnych twarzy meneli) dały mi asumpt do przemyślenia, że może świat stał się lepszy, ale – jak zwykle – nie dla wszystkich, czyli nie było przełomu.
Mam jednak nadzieję, że tym, którym stało się lepiej gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie, tym bardziej, że zaraz potem nastąpił kolejny dzień, w którym świat stał się lepszy, gdyż zyskał mocne wstawiennictwo u sił najwyższych w osobie Błogosławionego Ojca Świętego, co sam Stwórca raczył uwierzytelnić tęczową pieczęcią słońca.
W kwestii tego wydarzenia nie mam żadnej konkluzji, ale umieszczam je w trójcy dni znamiennych, bowiem, choć także nie obserwowałem wydarzeń tego dnia swoimi oczyma, to słowa o tym, że świat dzięki niemu stał się lepszy docierały do mnie zewsząd, nie wyłączając gardeł meneli, którzy pili tego dnia „wisienki” uduchowieni, ale dlaczego z toastem: „Niech się święci 1 Maja! „ do końca nie rozumiem, bo też mi nie chcieli wyjaśnić, mówiąc, że jakem głąb, to mam się nakryć liściem.
Zabrakło mi heroizmu, by się dalej z nimi spierać, więc odszedłem bez wiedzy, która może i we mnie zmieniłaby coś na lepsze, a nie tylko świat wokół.
Ostatni z dni świat ulepszających zastał mnie we śnie i gdy się budziłem, nie wiedziałem wcale, że do lepszego świata wstaję.
Jakoś tak dopiero blisko południa, zaszedł do mnie znajomy menel po dychę na wisienkę, ale że nie miałem, to poszliśmy do sklepu, gdzie dostałem na ołówek również piwo dla siebie, gdyż bez kawy suszyło mnie pragnienie, a że w sklepie znajoma ekspedientka nawet sobie nie ma czasu sparzyć kawy, to piwo było dobre a może i nawet lepsze na okazje, która że jest właśnie dowiedziałem się z prostych słów innego znajomego menela:
-No, kurwa, amerykańcy zajebali Obamę!
Zdziwiłem się sobie, bo nawet piwo mi się nie ulało, ale niesłusznie, gdyż ręka mi wcale nie zadrżała na tę wieść.
Myślę, że to kwestia przyzwyczajenia, bo w Ameryce prezydentów zabija się nierzadko, więc i dziwić się nie ma czemu, gdy kolejny zmienia stan żywotności.
Ale, gdy już przeszliśmy w rozmowie z menelami do innych, bieżących tematów, wtrącił się z boku jakiś inny ktoś, nawet nie wiem, kto i powiedział, że Kuźniarowi się popierdoliło, i że nie zajebali Obamy, tylko Osamę. Tego od tych wież, co je CIA rozpirzyło, wyjaśnił.
- Aaaaa! – Wraziliśmy wszyscy coś, co z boku mogło wyglądać na zawód i chyba rzeczywiście był to zawód, mimo że zaraz z radia usłyszeliśmy mądre słowa: „ Dziś świat stał się lepszy”
- Kurwa!
To powiedziałem wtedy ja, choć tak naprawdę, to ja wcale tak bardzo nie klnę, nawet przy dorosłych, ale się wkurwiłem serdecznie.
 
Bo jak długo świat może stawać się lepszy bez mojej wiedzy?
środa, 04 maja 2011
Bodajże Jeremi Przybora powiedział, że nie ma sensu pisać, gdy nie ma przed kim stroszyć piórek, albo jakoś podobnie.
Właściwie zgadzałem się z nim od samego początku, bo jakoś tak tliło mi się w głowie przekonanie, iż sławy wcale nie pragniemy dla zdobycia poklasku całego świata. Chodzi nam tylko o wzbudzenie podziwu w tych jednych oczach i wyłącznie dla tych oczu stroszymy się, wywijamy koziołki, robimy wygibasy i stroimy miny.
Kiedy te oczy się zamkną lub odwracają w stronę innego koguta, stroszącego piórka ładniej a może dziwaczniej, nasze opadają, łachmanieją i nie umiemy już latać.
 
Zaś podskakiwanie jest tylko śmieszne.
 
1 , 2 , 3