" "

Wpisy z tagiem: szyba

sobota, 11 lutego 2012
Z siarczystego mrozu nocy nagłe nastąpiło ocieplenie i w moim sercu takoż jakby chłód zelżał. Za chłodem serca zelżały również wiązania, pęta raczej, duszy mojej zmatowiałej podobnie do szyb wysmaganych północnym wiatrem i siarczystego mrozu tchnieniem, nieuprawnienie opisywanych przez artystów jako obrazy kwieciste, jednolite bezołowiowe witraże.
A to maty tylko matowe są, bezbarwne i nieprzenikliwe i zimne jak dłonie nieboszczyka w kaplicy, pozornie poddawane do pocałunku samotniejącym po nim bliskim.
Tak było, tak widziałem i czułem przyklejony do zmatowiałej szyby twarzą zmartwiałą.
Ale czy to mój oddech, czy to nagłe ocieplenie sprawiło, że oto przed moimi oczyma - każdym z osobna – jakby okulary się zmaterializowały i w dali, choć blisko, bo na podwórku ujrzałem jasność bieli i połać rozległą tejże barwy.
Skarciłem się zaraz za ten poetyzm, za szarm dziwaczny, niepasujący do mojej tożsamości i prostym wzrokiem popatrzyłem przez dwa rozciekłe kółka w zmarzlinie szyby, przez chwilę łudząco podobne do starych binokli bez oprawek.
Nic już poetyckiego nie zobaczyłem za oknem, jeno posypkę śniegu na stwardniałej skorupie ziemi.
Tyle, że słońce mocno świeciło i domyślałem się po ostrości oślepiania, iż grzać może jak piec.
Wyjść warto – pomyślałem – na ten śnieg, na to słońce i ten żar z pieca, i pobyć tam w nich, tych wszystkich: śniegach, słońcach i żarach, w tej całej połaci. Bo połać nagle wróciła do myśli moich, jakbym samym zamiarem wyjścia w nią znowu się odmienił ku czemuś innemu, niźli mojej tożsamości przyrodzone nic.
Z pustymi dłońmi nie wyjdę – uznałem już jakby niemoją myślą, niemoją tożsamością – i wziąłem znikąd (bo zmaterializował mi się na stoliku samoistnie) tom wierszy.
Książkę zawierającą zestawy słów niezrozumiale powiązanych, jakby ktoś (ten, ta, co pisał) nim skończył zdania kropką lub bez kropek pozostawiając, skreślał w nich słowa niepotrzebne, krzywiące sens, a może przeciwnie – sensem najważniejszym będące, dlatego je wykreślał, aby jeno sens pozostał słowami nieskrzywiony.
Nie wiedziałem i nie zamierzałem wiedzieć, bo nie dla wiedzy czytałem, nie dla uniesień, a tylko by oczy zatrzymać na czymś, co nie jest oślepiającą jasnością bieli i głowę zająć czymkolwiek, żeby uwolnione nagłym ociepleniem myśli nie rozłupały mi jej na bezkształtne strzępy.
Bez tego głowa mi pęka i nie wiem, czy więcej mam zmarszczek, czy spękań, bo wzajemnie się maskują - zmarszczki rysy spękań, a pęknięcia zmarszczki. A one razem, moje rysy maskują, czyniąc mi twarz nijaką i niepoznawalną.
Tedy wziąłem ów tom i wyszedłem.
Za progiem wionął na mnie mróz zmieszany z gorącem i znalazłem się w rześkiej otulinie promienistych tęcz wytryskających wprost spod moich butów, ze śniegu.
Rześkość ta spłynęła po mnie i we mnie – do wnętrza - rozgrzewając i dając ulgę kojącą wszelkim strapieniom.
Rozpiąłem serdak i spacerując niespiesznie po białym kobiercu (bo śnieg w połaci, z wolna, niespiesznie, w dywan-kobierzec się transformował), czytałem werset po wersecie, wiersz po wierszu, w coraz większy popadając zachwyt (bo i zachwyt pojawił się znikąd i choć nie zmaterializował się w niczym, to był).
Aż skrzypnęła furtka i śnieg zaskrzypiał pod niemoimi nogami (bo ja celowo nie skrzypiałem by kontemplować), odrywając mój wzrok od stronic i przeciągając go ku skrzypowi.
Zatrzymałem wzrok swój na tym skrzypie, by niespiesznie (jako że nie spieszyłem się nigdzie ani donikąd) przenieść go na buty ów skrzyp wywołujące.
Buty były ciemne, nogawki spodni nad nimi takoż. Całe nogi były ciemne, ale tylko buty skrzypiały.
Był to Przychodzeń.
Z bliska (bo podszedł blisko do mnie) ubranie jego okazało się czysto białe, tylko nogi (co i z daleka dostrzegłem) były ciemne (może brązowe bardziej, niż czarne), bo takie miał nogawki spodni.
Na twarzy jego zauważyłem nieregularne faliste rysy poprzeczne brązowego koloru. Nos miał na końcu żółty, łyżkowato rozszerzony i spłaszczony. U nasady nosa i wokół oczu skóra była również żółta, a pod samymi oczami czarna.
Pod szyją, a raczej na podgardlu miał ni to apaszkę, ni to żabot żółtego koloru, jakby chciał się barwą stroju dopasować do kolorytu twarzy.
Podobnież włosy, zaczesane do tyłu w dziwacznie sterczący, żółcią połyskujący, grzebień podsuwały na myśl skojarzenie celowego oraz racjonalnego dostrojenia stroju do wyglądu i odwrotnie.
Jakby chcąc podkreślić swoją młodość (choć na młodego nie wyglądał) na dłoniach miał czarne rękawiczki, a czerń ich unaoczniał rozkładając nieco ramiona i wyglądał wtedy, jak ptak z białymi skrzydłami o czarnych końcach.
Jakoś wszystko u niego skupiało się na tych końcach, a to nos żółty, a to grzebień z włosów (też żółty) i na końcu wreszcie te końce ramion, tym razem czarne.
Zdał mi się uderzająco podobny do ptaka, bo i chód jego był ptasiemu podobny: nogi unosił sztywno ugięte w kolanach pod kątem prostym, a kolanem zdawał się mieć zamiar uderzyć w swój spłaszczony nos, ale zawsze w pół ruchu nogę opuszczał ku ziemi i drugą podnosił z takim samym wrażeniem chęci zmiażdżenia nosa.
Bocian – pomyślałem w pierwszej chwili nazywając w myślach skojarzenie, ale zaraz inną myślą, przybyłą z zakamarków pamięci, z miejsca składowania niepotrzebnej wiedzy poprawiłem się i nazwałem adekwatniej: warzęcha.
Przelotny ptak brodzący, z rzadka nawiedzający nasze strony. Podobnie, jak on – Przychodzeń, pojawiający się nieczęsto u mnie.
- Czytasz pan wiersze! – Zagaił od razu z przyganą i sarkazmem.
- Czytam wiersze. – Odpowiedziałem z naiwną szczerością.
- I zachwycasz się pan? – W jego głosie słychać było już nie sarkazm, nie ironię, ale czyste, nieskalane szyderstwo.
Nie przeląkłem się, nie zmieszałem, odparłem, więc prostolinijnie i jeszcze bardziej naiwnie:
Zachwycam się!
- Jak to się pan zachwycasz?! – Krzyknął -jak możesz się zachwycać! – Starał się sprostytuować mnie krzykiem – przecież te wiersze nie zachwycają! – To banialuki! Bańki mydlane! K-o-l-o-k-w-i-a-ł-y! – Literował.
Literował sylabizując i znowu upodobnił się do warzęchy, ale i boćka zarazem, bo klekotał i podskakiwał raz na jednej nodze, raz na drugiej, i znowu klekotał, by zaraz literować sylabizując: t-o-s-ą-n-i-e-s-p-o-ł-e-c-z-n-e-d-y-r-d-y-m-a-ł-y!
- A mnie zachwycają. - Odpowiedziałem beztrosko.
- Dlaczego? – Wychrypiał rozpaczliwie, jakby tracił głos po wcześniejszym klekotaniu.
- Bez powodu! – Zawołałem, czując jak beztroska we mnie narasta i powoli zmienia się w uniesienie.
Wtedy ona zamarł i popatrzył gdzieś za moje plecy wzrokiem przejętym aż do zgrozy.
Odwróciłem się.
- Tego nie robi się kotu… – wyszeptał.
Przed progiem mojego domu, na sztywnych, ale miękko stawianych łapach spacerowała czarna kotka. Była piękna i dostojna, jak cesarzowa.
Niezupełnie.
 
Nie miała ogona.
wtorek, 19 lutego 2008

Droga Czytelniczko!

Smutny to był dzień dzisiaj, mimo błękitnego nieba, ciepłych i puszystych, jak futerko nietoperza, słonecznych promieni, które tak łaskotliwie pieściły wszystkie twarze.
Widziałem nawet - wyobraź sobie - Moja Droga, człowieka w kraciastej koszuli z podwiniętymi do łokci rękawami. Bez swetra, czy kurtki.
Dziwne prawda?
Przysięgami, że wzrok mnie nie zawiódł.
Człowiek ten odbijał się w tafli okna, opartego o drewniany płot. Nawet popatrzyłem mu w oczy i wytarłem plamkę spod jednego, bo ubrudził się czymś. Trochę to śmiesznie wyglądało, bowiem, przy pierwszym potarciu, ubrudziłem go jeszcze bardziej, gdyż miałem dłoń w rękawicy, a rękawica była robocza i jako taka, nieświeżej czystości, a wręcz, świeżo zabrudzona, gdyż robiłem coś mało istotnego, ale brudzącego.
Dopiero, gdy ją zdjąłem i wyjąwszy z kieszeni szmatkę, która noszę przy sobie na takie przypadki, oczyściłem mu twarz z plamki brudu i przejaśniała, lecz nie zrobiła się jasna zupełnie, a tylko, jak Ci piszę, przejaśniała.
Później, już nie oglądałem tego człowieka, albowiem, gdy wytarłem mu twarz, skrzywił się i odszedł z tafli okna w przestrzeń dla mnie niedostrzegalną. Najpewniej, do jakichś swoich, mało ważnych, spraw.
Pewnie jesteś zaskoczona, Moja Droga, Nieistniejąca Czytelniczko, że opisuję Ci jakiegoś człowieka, który mignął mi w okiennej szybie, jakby mógł Cię on, w jakikolwiek sposób, obchodzić. Nie jest przecież bohaterem żadnego z moich, nienapisanych opowiadań, za którymi tak tęsknisz i o które się tak natrętnie dopominasz w swoich niewysyłanych do mnie listach.
Już uśmiecham się na myśl, jakim wodospadem nieniebieskich zarzutów mnie zalejesz, nie odpisując, swoim zwyczajem, co pozwoli mi, po raz, nie wiem już, który, zaczytać się przy pełgającym blasku świec w Twoich, nieniebieskim atramentem pisanych, słowach.
Znowu utonę w nieniebieskim morzu uwag i uszczypliwości, by na końcu dopłynąć do wyspy szczęśliwej Twojego niecierpliwego czekania na moją, kolejną, niepowstałą opowieść.
Czego, oczywiście, nie omieszkasz pominąć w ostatnich słowach nienapisanego listu, ale rozpoznam to po ogromnym, nieniebieskim kleksie, którym, niczym królowa baśniowej krainy, zapieczętujesz nienapisane słowa.
Nie pytasz, co z tym człowiekiem z tafli szkła?
Ależ, nie denerwuj się.
Przecież nie pozostawiłbym Cię nigdy bez wyjaśnienia. Nawet gdybyś istniała.
Bo widzisz, Moja Droga, ten człowiek jest dla mnie niesłychanym zdumieniem i jeszcze większą tajemnicą.
Pojawia się w każdej szklanej powierzchni, w każdym przedmiocie odbijającym światło, a nawet w cudzych oczach, a jestem pewny, że ten człowiek, Moja Droga.

Podobnie, jak Ty - nie istnieje.