O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bardziej płynny alter
Miasto
Panoramiczny Toruń
Radek
"
"
|
Wpisy z tagiem: Tęsknota
środa, 02 maja 2012
Był czas. Był taki czas, kiedy moja egzystencja niewiele odbiegała od egzystencji pewnego mężczyzny. Nie byłem sparaliżowany, lecz metoda terapii, zastosowana po wypadku, na długie miesiące, przykuła mnie do łóżka i uzależniła od zewnętrznej pomocy. Sam mogłem niewiele – tyle, co sięgnąć prawą ręką do szafki i wziąć z niej, co mi postawiono. Oznacza to, że jeść mogłem samodzielnie i pić także. By uporać się ze wszystkim innym, potrzebowałem pomocy. Pomoc była. Życzliwa i nieurągająca dziecięcej godności. W pierwszych dniach czułem się wyśmienicie i gdyby nie ból, miałbym, wręcz, odczucie rajskiej szczęśliwości. Na każde słowo – reakcja. Na każdą prośbę – spełnienie. Na każdy jęk – pocieszenie i zimny okład na rozpalone czoło. Czas jednak mijał i stan idealny, do którego tak ochoczo dążymy – bezruch, przestał być przyjemnością, a z wolna stawał się niedogodnością, by wreszcie stać się udręką nie do zniesienia. Mimo, że miałem świadomość przemijalności sytuacji, pojawiła się myśl o śmierci, następnie jej pragnienie. To pragnienie narastało z każdym dniem przymusowej bezczynności, szczególnie, gdy pojawiła się bezsenność i noce zaczęły się wydłużać do nieskończoności. Wtedy postanowiłem, że pierwsze, co zrobię, gdy stanę na nogi, lub w jakikolwiek inny sposób będę mógł opuścić łóżko, to podejdę, podczołgam się lub, jakoś inaczej zbliżę, do okna i skoczę … Nawiasem mówiąc, gdy ten dzień nastąpił, to z osłabienia, po prostu zemdlałem, ale to inna już historia i bez znaczenia. Lecz kiedyś miałem sen. Tu znowu mała dygresja – w owym czasie miałem bardzo wiele dziwnych snów, co oznacza, że nie tylko fizycznego doznałem urazu, ale i z głową mi się coś porobiło. Lecz ten sen. Przyszła do mnie Śmierć - to taka prześliczna, młoda pani o zniewalającym uśmiechu, którą gdy raz się ujrzy, chce się widzieć wciąż i nie odrywać od niej wzroku. A kiedy odejdzie, tęskni się za nią i nigdy nie jest się już tym, kim się było. Śmierć odwiedziła mnie, jak inni, którzy mnie odwiedzali i, jak inni, usiadła na brzeżku łóżka, wzięła moją dłoń w swoje obie dłonie, i głaszcząc powiedziała mi mniej więcej, coś takiego. - Kochanie, wiem, że nie możesz już wytrzymać w tym bezruchu, że słysząc, jak szeleszczą po szybach promyki Słońca, bardzo chciałbyś wybiec na dziedziniec i pobiec w świat, ale wiesz, co? Nie wiedziałem, więc pokiwałem tylko, bardzo energicznie, przecząco głową, Aż chyba włosy powycierałem z potylicy o poduszkę. - Cały świat masz w głowie. W niej się dzieje. Wszystkie historie, które się w nim zdarzają, wszystkie piękne i inne rzeczy. Wszystko. Musisz tylko o tym pomyśleć. - Jak? - Opowiadaj sobie. Na koniec pocałowała mnie i odeszła. Powiedziała też, że mnie lubi i ma nadzieję, że ja ją również. Nakazała mi też, abym nie tęsknił i oczywiście natychmiast popłakałem się z tęsknoty, ale nie skrzyczała mnie, tylko pogroziła mi paluszkiem i uśmiechnęła zamykając drzwi. W jednej sali ze mną leżał chłopak, który po tygodniowej śpiączce odzyskał dzień wcześniej przytomność. Położyli nas razem, bo wymagaliśmy zbliżonego rodzaju opieki. Spytałem go, czy widział tę panią, ale zaprzeczył, więc uznałem, że to był sen. Posłuchałem jednak jej rady i odtąd każdy dzień spędzałem na opowiadaniu sobie świata (bo tak w myślach nazwałem te historie, które rodziły się w mojej głowie). Najpierw cichutko, w myśli sobie samemu, a potem, na głos, mojemu towarzyszowi niedoli. Gdy opowiedział o tym pielęgniarkom, przeniesiono nas obu do sali, w której leżały same szkraby, takie od 5 –ciu do 7 lat. Smarkactwo słuchało z rozdziawionymi buziami, a ci, co mogli, oblepiali moje łóżko, jak ulęgałki gruszkę w moim sadzie Oczywiście, natychmiast im opowiedziałem o tej ulęgałce, która była tak wielka, że przysłaniała pół nieba. Najzabawniejsze, że gdy, po dwóch latach, znowu stanąłem w jej cieniu, rzeczywiście zasłaniała pół nieba.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Nie będę już smutny dzisiaj! - Powiedziałem do siebie stanowczo. Obietnica, obietnicą, lecz skręciło mnie nagłe i nieoczekiwane łkanie wewnętrzne, które rodzi się gdzieś między przewodem pokarmowym, a oskrzelami, pośród płuc i rozpychając się, trąca serce, które wciska się do gardła i zatyka dech, aż łza w oku staje soplem i całe ciało zmienia w jedną lodową skamielinę.Uległem mu więc i skręciłem się w sobie jak lina wyciągowa - wielosplotowo. Przyklęknąłem całą duszą w łkaniu owym i łokciami wsparłem o brzeg cembrowiny, bo to nad studnią bezdenną czasu się działo. Studnia mój szloch wchłonęła, jakby oczekiwała go od niepamiętnych dni, od tych, kiedy jeszcze z niej wodę nabierano i tych, kiedy bose dziewczyny przechylały się wykrzykując imię tego, który im serce skradł, albo i coś więcej. Gdym moje nieoczekiwane i skręcone łkanie z siebie w bezdno studni cisnął, po chwili niekrótkiej, ale i niedługiej, takiej, jak w sam raz, wróciło do mnie z otchłani okrzykiem swawolnego echa : - Stasiuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!!!! Poznałem głos bosej hałaśnicy sprzed lat wielu, ale cóż... Ona dziś z kim innym samotna.
środa, 04 kwietnia 2012
szaro i smutno bywa z deszczem kiedy przychodzi nie w porę zostawia kałuże i mokre parasole ty niewidoczny w moim obrazie jesteś za linią horyzontu gnany wiatrem nie dościgniesz mojej tęsknoty a myśli ciepłe od wspomnień i wyszeptane zaklęcia czekają na złudzenia może na sen mówię szeptem i chcę abyś słyszał ten szept maluję w myślach portret twarz twoja rzeźbiona światłocieniem ożywa jak kamienne płaskorzeźby w indyjskich świątyniach słyszę jak bije twoje serce jestem Ewą która zgrzeszyła widzę szyby i deszcz ty istniejesz tylko w mej pamięci za oknem studnia pełna deszczu albo łez Z.R.
piątek, 27 stycznia 2012
Jednak przybyła. Nikt już właściwie na nią nie czekał, ale się zjawiła. Zima. Niczym młoda poetka o chabrowych oczach na wieczór autorski w zapadłej wiosce, której autobus nie dowiózł na czas, bo się prozaicznie rozkraczył, niczym osioł, na wyboistej drodze i niedoszli czytelnicy, mający pierwej być słuchaczami poszli do domów, nie żałując wcale, że poetka nie przyjechała, bo ani jej, ani jej wierszy nie znali. I dobrze, gdyż zdążyli się jeszcze napić piwa, nim sklep zamknięto przed zmierzchem. Tylko ja czekałem na poetkę o chabrowych oczach, chociaż też nie znałem jej wierszy, ale znałem jej chabrowe oczy, które zobaczyłem wcześniej przelotnie, będąc przypadkowo w powiatowej knajpie, gdzie czasem pijali poeci. I to była poezja najwyższego lotu – te oczy jej chabrowe. Utonąłem w nich bez tchu i zakochałem się we wszystkich wierszach świata, bo zrozumiałem, że tylko podniosłe metafory zdołają unieść moją tęsknotę za chabrowym spojrzeniem. Dlatego, upiwszy pewnego, kiepskiego prozaika, ale znajomego poetki, wprosiłem ją sobie na spotkanie autorskie w naszej wiejskiej świetlicy pod pozorem byle jakim, rozsnuwszy iluzję tęsknicy poetyckiej, która opanowała serca młodzieży spracowanej żniwami, czy zbiorem kartofli – nie pomnę. I zostałem przyjęty. Och, tak się właśnie poczułem, jakbym został przyjęty przez kobietę moich marzeń, stając się narzeczonym, gdy wytrzeźwiały pisarz powiadomił mnie, iż poetka zaproszenie przyjęła i zjawi się w mojej wsi wtedy, a wtedy. Nie było mi trudno zebrać zgraję młodych, znających pismo, bowiem liczono się nieco w wiosce z moim zdaniem. Tyle, że ten autobus się rozkraczył prozaicznie… A jednak poetka przybyła. Nie wiem, w jaki sposób odnalazła świetlicę, bo nikt po nią nie wyszedł i drogi nie wskazał. Może drogę pokazała jej poświata z okien świetlicy, bo były to jedyne oświetlone okna w całej szkole (gdyż w szkole była świetlica), a może moja nieustająca tęsknota za jej chabrowymi oczami rozścieliła się na dziurawej drodze fosforyzującym dywanem i dzięki temu nieomylnie trafiła tam, gdzie trafić powinna. Nie wiem, nie pamiętam. Nie pamiętam, bo jakoś mi przecież opowiedziała odyseję swojego przybycia. - Nikogo już nie ma… - Szepnęła, gdy stanęła w drzwiach, ale w jej głosie tylko w połowie pierwszego słowa brzmiał smutek. - Ja jestem. – Odpowiedziałem zwrotem, który na resztę życia stał się moim rozpoznawczym truizmem. Wtedy jednak zabrzmiał naprawdę poetycko i chabrowe oczy rozbłysły światłem, przyćmiewając to żółte, elektryczne. Wkrótce zbędne.
niedziela, 08 stycznia 2012
Odwiesiłem czas w poczekalni, bo zbędny mi teraz. Jesteś.Spełnia się moja niecierpliwość w łagodności Twoich oczu i delikatności Twoich pieszczot niepospiesznych w konieczni bezczasu. Jest tak, bo tak być miało... Widziałem motyla, który trzepotał skrzydłami Twoich rzęs, gdy szukałaś moich oczu. Przeznaczenie uległo mocy pragnień, bo wsparłaś je swoimi marzeniami. Popatrz - jak prosto los zwyciężyć. Niewiele trzeba - tylko się w siebie zapatrzeć. Zobacz - z niematerialnego, Twój oddech stał się najtrwalszym dotykiem. I w objęciach mnie trzyma. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||