" "

Wpisy z tagiem: smutek

czwartek, 19 kwietnia 2012
Przy rozstaniu i liść ceny nabiera,
Kiedy nagle przylepi się do włosów,
Gdy dłoń uniesiona niepewności rozdziela
Kołysząc się w takt pożegnalnych głosów.

Przy rozstaniu i płacz ma swoje znaczenie,
Gdy łza mgłą oczy przesłania.
Łza i płacz... Zawsze, małe cierpienie
Ogarnia mnie przy pożegnaniach.

Pociąg spóźni się tylko godzinę;
I tak za dużo, jak na zasób słów,
A kiedy ruszy, ledwie ręką skinę,
I porwę się do biegu, jakbym go zatrzymać mógł.

A liść jesiennie będzie leżał na peronie
I łza będzie na nim srebrzyście się lśniła,
I go podniosę, bo on ostatni całował twe skronie,
I łzę, bo ona twe oczy ostatnia pieściła.

sobota, 24 marca 2012
Chciałem we śnie do niej pójść, wtulić się w jej marzenia i stać treścią jej pragnień.
Rozpłynąłem się w gwiezdnym blasku, pozwoliłem, by świetlne fale poniosły mnie, rozkołysane słonecznym wiatrem.
Zwinąłem czas, złożyłem przestrzeń, jak parasol i przed jej oknem wstrzeliłem się w księżycowy promień, by srebrną nitką opaść na jej poduszkę.
Chciałem, przez rozchylone, w spokojnym oddechu usta, wniknąć do jej myśli i snów.
 
Miała je jednak zamknięte niemoim pocałunkiem.
sobota, 26 listopada 2011
kiedy znów będę samotna
nie otwieraj drzwi,
nie czekaj przed wejściem
już nie przybiegnę
 
gdy znów będę miała nadmiar czasu
bo z drobnochwil *) uzbieram wieczność
nie odmierzaj minut
już nie przyspieszą
 
gdy znowu umrze moje serce
i dusza zeszkli się lodem
nie podgrzewaj słońca
już nie zapłonę
 
 
*) "Drobnochwile" - copyright ja-sama, autorka tomiku poezji o tym samym tytule, której niniejszym, po raz wtóry, dziękuję za piękne doznania przy jego czytaniu.
czwartek, 27 października 2011
Gdy byłem chłopcem, chciałem być inżynierem, bo żołnierzem nie, bo żołnierze ginęli na wojnie i nawet „omójrozmaryn” mnie nie przekonywał, który ojciec śpiewał głosem, jakby z kotła do bielizny dobytym, tak dźwięcznym.
Widziałem też wodę pod oczami żołnierza (tak mówił – to woda, maluchu – do mnie), jadącego na wojnę atomową między ruskimi, a Amerykanami, której nie było, choć być miała.
A „ruskimi” to z małej, bo nawet jak Tato mówił: „ruskie”, to słychać było, że mówi z małej, a jak mówił:, „Sowiety", to słychać było, że z rozpaczą, bo jego brat poszedł na wschód i nie wrócił, i nawet Czerwony Krzyż nie znalazł.
Dlatego nie chciałem być żołnierzem, tylko inżynierem, bo kiedy Tato mówił do jednego takiego gościa: „panie inżynierze”, to mówił z samych wielkich, a mi się robiło dziwnie i wtedy nie wiedziałem jak, bo nie rozumiałem, a teraz wiem, że to był wstyd, bo Tata się płaszczył.
A przecież nie był tchórzem, bo wioskę całą uratował przed pacyfikacją i z niewoli uciekł, bo mamie obiecał, że będzie na święta, bo się umówili. I Niemcowi dał w pysk, kiedy się do mamy przystawiał, choć Niemiec miał broń, a on nie, a potem było odwrotnie, bo ojciec powiedział, że broń się przyda i Niemiec mu oddał.
Ale wtedy ojciec nie miał nas, sześciorga łakomych gąb, łasych na byle chleb ze smalcem i kartofelki z pościkiem, byle były, a inżynier był z powiatu i wiele mógł czegoś, czego nie wiem, bo byłem mały i ledwie liczyłem do stu, a z tabliczki mnożenia, to byłem głąb zupełny, i 5x5 mówiłem 38, i nie wiem skąd mi się to brało, bo przecież w żaden sposób tak nie wychodzi.
Z pisaniem też było nietęgo, bo nie odróżniałem 6 od 9 i babcia mówiła, że mi w głowie tylko diabelskie liczby, a skoro tak babcia mówiła, to jeszcze nie chodziłem do szkoły, bo jak chodziłem, to już nie mówiła, przynajmniej, nic zrozumiałego.
A inżynier musi bardzo dobrze pisać, też mówiła, ale się myliła, bo poznałem później wielu inżynierów i wcale nie piszą dobrze, ale babci już nie było, więc może w tym przyczyna.
Dlatego kiedy ojciec nas nie miał, to miał odwagę, a potem to już tylko troski i nałogi, bo pił i palił, kto wie, czy nie przez tego pana inżyniera.
Mama miała smutne oczy i rzadko się uśmiechała, i śpiewała najczęściej „pod zielonym jaworem” tak smutnie, że zasypiałem z płaczem, ale dopominałem się, żeby śpiewała mi o kacie, co główkę ucinał królewnie.
 
I w ogóle, to o smutne dopominałem się piosenki.
poniedziałek, 10 października 2011
Zosia pisała przecudne wiersze i kochała sztukę.
Ze mną było inaczej, kochałem Zosię dla jej sztuki i pisałem wiersze mimochodem. Moja miłość do Zosi była spontaniczna, lecz wysublimowana i nie miała nic wspólnego z erosem.
Zosia mnie zachwycała swoimi wierszami i niespotykanym, wirtuozerskim koncertowaniem na słowach.
Słowa proste, których ja używałem bezmyślnie i użytkowo, Zosia zamieniała w girlandy rozwieszone wprost na chmurach i znane znaczenia, zmieniały, wówczas, swój sens, uzyskując sens najprawdziwszy z prawdziwych.
Kochać Zosię było trzeba obowiązkowo i każdy ją kochał, i tracił rozum porażony pięknem jej wierszy, zaraz po przeczytaniu pierwszych strof.
Owszem, czasem uprawiałem z Zosią seks i nie było nam z tego powodu przykro, lecz Zosia powiedziała mi delikatnie, i z czułością, iż daleko mi do Owidiusza, Horacego, a nawet Mickiewicza, czym mnie trochę uraziła, ale osłodziła mi zawód poematem tak pięknym, że doznałem intelektualnej erekcji, która trwała jeszcze długo po tym, kiedy Zosia odeszła.
Próbowałem wykorzystać ów przypływ twórczego podniecenia.
Ale…
 
Była to już tylko masturbacja.
 
1 , 2 , 3 , 4