O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bardziej płynny alter
Miasto
Panoramiczny Toruń
Radek
"
"
|
Wpisy z tagiem: tetryki
poniedziałek, 05 marca 2012
W ubiegłym tygodniu, odebrałem wreszcie swoje wspomaganie do chodzenia, a bez eufemizmów, tzw. mobilizator stopy, a bez wymądrzania, po prostu, protezę.Czekałem na nią ponad rok – licząc od złożenia zamówienia.Przyczyny tak długiego oczekiwania były różne, głównie finansowe.Niby NFZ refunduje 100%, ale owe 100%, w moim przypadku stanowiło 20%, czyli 800zł.Prawie 1000 zł dorzuciliście Wy, Moi Czytelnicy lub Wasi znajomi, bo nie wszystkie osoby wspierające kojarzę z nazwiska.Reszta była moja.A teraz zastanawiam się, czy cała ta inwestycja ma sens i czy nie wyrzuciłem swoich i Waszych pieniędzy w błoto.Nie, dlatego że sprzęt jest źle wykonany, bo wykonany jest dobrze, tylko ja się chyba do niego już nie nadaję.Bowiem doprowadziłem swoją kończynę do takiego stanu, że, być może, wkrótce będę musiał dać ją sobie amputować.Ale nie dowiecie się o tym, bo nie napiszę.Oczywiście, złożyłem wniosek o dofinansowanie w PFRON, ale z informacji, jakich mi udzielono, wynika, że nie mam szans, bo: nie ma już limitu na ten rok, nie kwalifikuje się do refundacji i lepiej od razu mam się nastawić na odliczenie od podatku.Moje odliczenia konsumuje komornik, albowiem, chociaż mam rentę niższą, niż ojciec Rydzyk dochody, to komornik zabiera mi z niej 25 % (a czasem więcej) i wszystko, co mógłbym otrzymać z US.Oczywiście, to moja wina, a nie ojca Rydzyka, że się zadłużyłem ponad stan, ale mimo to ogarnia mnie frustracja, zawiść i inne podobne uczucia, gdy dowiaduje się, iż z w/w nie można skutecznie wyegzekwować grzywny, bo za mało zarabia.Wracając do protezy.Jest, jak pisałem, niczym kij od szczotki i tak na niej chodzę.Dzisiaj robiłem próbę generalną. Poruszając się, niczym Długi John Silver na pokładzie rozchybotanej łajby, szukałem, po raz kolejny w życiu, swojego stylu poruszania.Byłoby dużo łatwiej, gdybym zgodził się na wykonanie specjalnych butów, ale wtedy musiałbym założyć fundację, żeby je wykupić.Na razie, wspólnie z synem, przystosowaliśmy zwykłe kamasze na wysokich obcasach. Jeszcze, mimo wszystko, nieco za niskich, bo potrzebowałbym właściwie butów na koturnach.Dla jednych mój chód będzie śmieszny, a dla innych pokraczny, ale mnie to już nie wzrusza.Niniejszy wpis jest ostatnim na temat mojego życia i zdrowia pisanym wprost.Przyszła, bowiem pora, żeby postąpić jak Wołodyjowski z Kmicicem: Wstydu oszczędzić. P.S. Klikajcie w reklamy. Naklikaliście już ponad 50zł, ale wybrać można nie mniej niż 100.
wtorek, 31 stycznia 2012
Byłem u lekarza i rzeczywiście okazało się, że jestem chory. Przepisał mi antybiotyk. Poszedłem do niego wcale nie po to, ale jakoś tak wyszło przy badaniu, że bez antybiotyku się nie da, a sprawa, z którą poszedłem jest nieuleczalna, więc mam o niej nie myśleć, bo myśleniem sobie tylko bardziej szkodzę. Tak czułem, że myślenie mi szkodzi, lecz niestety nie umiem nad sobą zapanować i myślę nawet wtedy, gdy myślę, że nie myślę. Ostatnio myślę właśnie o tym, o czym staram się nie myśleć, ale biologia jest nieugięta i przymusza do myślenia, niczym pewna polonistka z podstawówki, która zamiast za nienapisane wypracowanie postawić pałę, tak długo truła mi głowę (nawet na przerwach i nieswoich lekcjach), że pożyczałem od kogoś jakiś zeszyt (bo swój rzadko zabierałem do szkoły) i parę fajek, zrywałem się z którejś godziny i pisałem to głupie wypracowanie z taką złością, że było aż za dobre, i dopiero wtedy dostawałem pałę za lenistwo oraz piątkę za wykonanie. Doprawdy, życie miałem niełatwe w szkole, co – jak się okazało – przydało się w dalszym życiu, bo ono też takie się okazało. To zaś, o czym mam i staram się nie myśleć, to przedwczesne skurcze serca. Kto ma, ten wie, jakie to jest niemiłe i jak potrafi człowieka wystraszyć wbrew jego woli, bo nawet, jeżeli nie myśli się o śmierci z lękiem, to taki dodatkowy skurcz lęk powoduje niezależnie od umysłu i charakteru. Po prostu biologia i chemia organizmu. Jej nie podskoczy nawet Bubka na najdłuższej tyczce. A tego się właściwie nie leczy. Przynajmniej w Polsce, co wiem z Internetu, bo, zwyczajowo sprawdziłem w sieci nim poszedłem do lekarza. - I jak ja mam się wyleczyć z depresji? – Zapytałem go, licząc na zrozumienie, bo on też ją ma i większość chorób znanych ludzkości. Nawiasem mówiąc, ze mną robi się podobnie. - Przepisałem już panu antybiotyk! – Burknął grubiańsko, choć chwilę wcześniej był miły i cierpliwie wyszukiwał w komputerze najtańsze odpowiedniki leków, które miał mi wypisać na te inne choroby, bo akurat jakoś mi się skończyły. - Na depresje antybiotyk?! – Aż ożywiłem się ze zdumienia i chyba poruszyłem ciałem, bo znowu burknął: - Niech pan tak nie podskakuje, jak Bubka na tyczce (stąd wcześniejsza metafora), bo sobie pan coś złamie, jak – zaśmiał się nieładnie - … kość ogonową, na przykład. A potem chyba załkał, bowiem zakrył twarz palcami, a nie dłońmi, ale nie wiem, dlaczego tak. Przyglądałem mu się podejrzliwie, bo byłem przekonany, iż chciał powiedzieć wcale nie „kość ogonową” tylko jakiś personalizm, ale się powstrzymał niezrozumiale, gdyż depresjanci nie pamiętają o tym by się powstrzymywać, chociaż generalnie, to nie muszą, skoro właściwie nie robią nic, co trzeba powstrzymywać, prócz dążenia do autodestrukcji. - Na depresję każdy lek jest dobry, byle nie myśleć, że nie pomaga! – Odpowiedział mi wreszcie unosząc głowę i to wreszcie było takie gombrowiczowskie, dopełniające kontekst, albowiem tyczyło i uniesienia wreszcie głowy i padającej wreszcie odpowiedzi. I zaraz tych wreszcie posypało się niczym z rogu wiele, a bo to wreszcie wypisał mi recepty, a bo to kazał mi się wreszcie ubrać, a trzęsło mnie już z zimna, aczkolwiek w gabinecie miał ciepło i rozpiętą koszulę, chociaż tę z powodu duszności, w depresji nierzadkiej, co wiem, gdyż też je mam, kiedy depresja się nasila we mnie; wreszcie też wstałem, wreszcie wyszedłem i wreszcie było po wizycie. - No, już myślałam, że nie wyjdziesz nigdy z tych drzwi! – Wykrzyknęła Maria, która wreszcie się doczekała. I pobiegła do apteki, by wykupić leki, ale przyniosła tylko antybiotyk, bo wszystkich nie było, gdyż będą jutro. Jak i pieniądze.
poniedziałek, 11 lipca 2011
Na moim podwórku stoi samochód, który nie jeździ.W tym zdaniu zawarta jest pewna nieprawda.Nie chodzi o samochód, lecz o podwórko.Podwórko jest, ale nie ma płotu, więc definicyjnie byt podwórka może zostać łatwo podważony.Żeby nikt nie zrobił mi wstydu negując istnienie podwórka, na którym stoi niejeżdżący samochód, sam to czynię i ogłaszam, dzięki czemu udaje mi się zasiać wątpliwość, co do faktu istnienia lub nieistnienia podwórka.Mógłbym napisać, że samochód stoi w obejściu, unikając w ten sposób komplikacji, co do stanu sytuacji, ale byłoby to zanadto prostym, wręcz trywialnym, a jeżeli chodzi o prostotę, to lubię tylko takie życie, bo je mam, choć gdyby spojrzeć na nie dociekliwej, to pewnie okazałoby się, że jest zwyczajnie niewyszukane i nudne, a nie proste, bo prostota i nuda nie są tożsame, mimo że z perspektywy jakiejś, takimi je można zobaczyć.Wracając do podwórka, które nie mając płotu jest wyłącznie obejściem, mimo że nadal nazywam je podwórkiem, a to dlatego, że gdy to piszę ten tekst, to przypomniałem sobie, iż nazywam moje podwórko tak właśnie dlatego, bo chociaż nie ma płotu, to istnieją granice, nawet jeżeli nieoznakowane, w których obejście się zamyka, będąc dzięki temu podwórkiem.Owe granice, choć niewidoczne (bo płotu nie ma) muszą jednak stanowić jakiś zatrzymywacz w przestrzeni, bowiem ktokolwiek zbliży się do nich, staje i nie wchodzi na podwórko. Podobnie działa to w drugą stronę.Dlatego, mały Marcinek, gdy ucieka dziadkowi, dobiega do granicy podwórka i staje, śmiejąc się z nienadążającego za nim dziadka, który nieodmiennie, za każdym razem, oddycha z ulgą i spływa po nim przerażenie litrami potu.Podwórko wcale nie jest najważniejszą sprawą, bowiem choć nie ma płotu, to samochodowi, który na nim stoi nic nie zagraża, bo kto kradnie niejeżdżące samochody?Zresztą, w okolicy wszyscy mają lepsze samochody, nawet, jeżeli któryś także nie jeździ.Może dziwić kogoś takie pisanie o nieistniejącym podwórku i niejeżdżącym samochodzie, ale o czym mam pisać, gdy u mnie nic się nie dzieje, bo takie to jest życie, że trwa bez wydarzeń?Skarżyć się, że nadal nie zrobiono mi sprzętu ortopedycznego, choć wpłaciłem całą kwotę, której żądano przy przyjmowaniu zamówienia, a teraz, okazuje się wciąż jeszcze niemało brakuje?Postanowiłem zrezygnować i zażądać zwrotu wpłaconych pieniędzy, bo doszedłem do wniosku, że w moim wieku nie opłaca mi się już wygoda.Lepiej się upić, albo wnukom dać na zabawki, bo nie na cukierki, gdyż Marcinek ma nadwagę i musi się ograniczać ze słodyczami.To moja wina, bo ja też mam nadwagę i się nie ograniczam, aczkolwiek cukierków nie jem, tylko bób. Cholera bobu, nie, ale bym zjadł, pomimo, że życie wciąż mi bobu zadaje, tylko że u mnie nikt go w ogródku nie zasiał, a najbliższy sklep z bobem jest daleko, aż na targowisku w Toruniu.To jem inne warzywa, w tym czosnek i śmierdzę, jak mówi Toja, ale śmierdzę ładnie, jak ona też mówi i na jej zdaniu się opieram, a zdań innych nie biorę pod uwagę.Wracając do płotu, którego nie ma, a który mimo tego jest nieprzekraczalną granicą dla obcych i Marcinka oraz psów, choć nie kotów, bo te chodzą własnymi drogami, nie respektując żadnych granic, prawie jak Duńczycy, a nawet bardziej, bo tamci (Duńczycy) coś jakby sobie przypomnieli, gdzie stał płot.W moim przypadku, też wiem, gdzie stał płot, gdyż stoją słupki i teraz właśnie zrobię wykręt w całej tej historii.Bowiem słupki są nowe i tylko czekają na sztachety, nie będzie więc w moim obejściu żadnej Europy, tylko zwykła wiocha ogrodzona sztachetami. Których, gdyby co, użyję.
sobota, 25 czerwca 2011
Przyszedł do mnie komornik i, jak to komornik, zaczął się zabierać do zabierania, a ja mu: - To nie moje! A on mi: - A czyje? - A, to mu powiedziałem i zostawił. - A, to czyje? – Zapytał przy innej wartości. - A, to nie moje! – Odpowiedziałem zgodnie z prawdą i satysfakcją. Nie załamywał się i pokazywał wciąż kolejne przedmioty, coraz mniejszej wartości. Na szczęście, nic nie było moje. - A, to czyje? – Zapytał na koniec, pokazując na stare, porysowane lustro. Też nie moje! – Odparłem radośnie. - O odbicie pytam! – Skarcił mnie gruboskórnie. Spojrzałem i wybałuszyłem oczy ze zdumienia: Odbicie też było nie moje.
sobota, 12 lutego 2011
Wiem, wiem, opuściłem się, niczym kalesony u lekarza, jakby napisał Polarny, gdyby napisał, ale musicie mi wybaczyć, bo nie daję wam innej alternatywy, choć należałoby nie dać Wam po prostu alternatywy, bo z alternatywą, to jest już tak, że jeżeli ona jest, to innej już nie ma. Jasne? Oczywiście, że nie, ale znowu nie macie alternatywy i musicie się z tym pogodzić, bo gdybyście mieli alternatywę, to nie musielibyście lub musielibyście co innego, ale co, nie wiem, bo mi niepotrzebna ta wiedza. To był wstęp w moim stylu, żebyście nie pomyśleli, iż trafiliście na inny blog, bo skorzystaliście z alternatywy. Niestety, nie skorzystaliście i to jest mój blog, i to ja tak właśnie Was witam, i już kończę witanie staropolskim: Witam! Ostatni tydzień miałem taki bardziej rozrywkowy, a ściślej mówiąc, zupełnie rozrywkowy. Co dzień to impreza i prawie każda gdzie indziej. No, rozzuchwalił się człowiek, przyznaję. Ale, co – znalazła się kasa, to i zachcianki się pojawiły Każdy wiek ma swoje przywileje i swoje rozrywki, a że człowiek, to stworzenie stadne podobnie jak, nie przymierzając, mucha, to nie dziwne, że gdy trafiła mi się okazja zabawić, a przy okazji, zadzierzgnąć jakieś więzy towarzyskie, które ostatnio jakoś mi się potargały, skorzystałem z niej i jak mucha na lep poleciałem w wir zabaw, i spotkań. Zaczęło się w poniedziałek od samego rana wypadem do domu naprzeciwko. Zrazu myślałem, że będzie nudno, bo jakoś ludzi było mało i pomyślałem, że chyba impra będzie beznadziejna, ale spoko – w niecały kwadrans, czyli za jakieś dziesięć minut zwaliło się luda tyle, że oddychać było ciężko i gwar się taki zrobił, jak w poczekalni na dworcu kolejowym. Nie narzekałem jednak, bo głowa bolała mnie już wcześniej, więc nie było powodu się czepiać, więc się nie czepiałem. Zresztą, gdybym się wsłuchał, co, kogo boli, a nawet napierdala, to mój ból głowy i każdy inny od razu straciłby obiektywnie na wartości, choć, miedzy nami mówiąc, subiektywnie, to głowa tak mnie napierdalała, że myślałem, iż mi odpadnie albo się rozpadnie (taka alternatywa). Nie będę opisywał, co i jak było dalej, bo było jak zawsze w przychodni – staruszki wpychały się bez kolejki pod pretekstem, że czekają od rana i że dwa tygodnie temu, lekarz miał urlop, więc nawet sobie nie pogadały ze sobą, a młodzież sarkała, jak to młodzież, że w takim kraju żyć się nie da i kto tu, kurwa, mówi, że Polska, to nie kraj dla starych ludzi, jak gdzie się, kurwa, nie ruszyć, to same staruchy! I były pomysły, jak to zmienić, ale chyba nierealne, bo nadal rządzą jednak starcy, a nie młodzież, więc … i potem było coś o Hitlerze, ale historią przestałem się interesować mniej więcej wtedy, gdy przestałem czytać książki, zatem nie słuchałem. Resztę tygodnia spędziłem podobnie, a to bawiąc się na raucie u ortopedy, a to na party u chirurga. Tylko do okulisty mnie nie wpuścili, mimo że impreza była bez zaproszeń, bo gospodarz nie życzył sobie tłoku, chyba żebym zapłacił za wstęp, ale ja, aż taki rozrywkowy nie jestem. Tym bardziej, że w supermarkecie prywatkę robi lekarz z mojej przychodni i bierze za wstęp mniej, niż na sąsiednich stoiskach za kwaterkę. Rozważam, więc alternatywę:
Zalać się, czy popatrzeć w światełko. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||