O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bardziej płynny alter
Miasto
Panoramiczny Toruń
Radek
"
"
|
Wpisy z tagiem: bajer
wtorek, 14 lutego 2012
To była taka dziewczyna z innej wsi, ale jak z sąsiedztwa. Poznałem ją, któregoś zimowego poranka, w autobusie, gdy, przez stłamszoną ciżbę, podobnych sobie uczniaków, przepychałem się na tył pojazdu do kolegów z innej wioski, z którymi miałem coś do omówienia, lub tylko, bo się znaliśmy i lubiliśmy. Okazała się siostrą jednego z nich. Ale, jaka to była siostra, Bracie! Po prostu mnie zatknęło i nie mogłem przez kilka minut ochłonąć. Na szczęście, tylko ona spostrzegła moją konfuzję i zaśmiała się, ale strzeliła oczkami błyskotliwie, więc mimo braku konceptu, nie utraciłem nadziei na coś, na co zawsze mają nadzieję szesnastoletni chłopcy, gdy strzeli ku nim błyskookiem dziewczyna piękna i rezolutna – bo to widać na pierwszy rzut oka, kiedy dziewczyna jest rezolutna. Bracie! Jak ja się tam w tym autobusie namęczyłem w głowie, by powiedzieć coś dowcipem skrzącego, jak jej strzelne oczobłyski, a tu, bracie, kicha - klucha w gardle, gil w nosie i sieczka w mózgu, a w butach słoma. Poruta, bracie, jak stąd do tamtąd, i jeszcze kawał na skróty. A ona roześmiana, swobodna i rezolutna w każdym uśmiechu, rozluźniona, mimo potwornej ciasnoty w autobusie. Bracie! – Księżniczka! - Tak sobie pomyślałem i to była jedyna myśl z sensem, jaka mi w głowie się urodziła, ale co – nie do wypowiedzenia, bo słyszał, kto by szesnastoletni chłopak mówił, do, o rok młodszej dziewczyny, w zatłoczonym autobusie: „Księżniczko?” Do tamtego dnia, nikt.
niedziela, 26 czerwca 2011
Nie jest żadną tajemnicą, iż w moim życiu nie zdarzyło się nic niezwykłego, czego nie ujawniłbym nigdy, za żadne skarby. Jeśli czegoś o mnie nie wiadomo, przyczyną jest zwyczajne przeoczenie lub bezbarwność niewiedzianej rzeczy. Kiedy żyłem już trochę, mama zabrała mnie do cioci mieszkającej w Białymstoku (to miasto na wschodzie kraju, ale nie obok Rospudy, tylko gdzie indziej). Kiedy wyjeżdżaliśmy, mój młodszy braciszek spał, niczym malutki susełek w zimie. Jechaliśmy warszawą-garbusem a ja siedziałem na tylnym siedzeniu i wpatrywałem się zafascynowany w uciekającą przed moimi oczyma wstęgę szosy. Pewnie sporo spałem po drodze, bo pamiętam wyłącznie tę rozwijającą się do tyłu wstęgę szosy i to, że wstęga rozwijała się pomiędzy drzewami, i później zaklinałem się wszystkim kolegom, że z Podtorunia do Białegostoku to ciągle las i las, i wmawiałem, że to Puszcza Białowieska. Wierzyli mi, bo przecież Puszcza Białowieska, to nie byle lasek za torami, w którym rosną maślaki, ale potężny bór, w którym żyją królewskie żubry. A ja widziałem tylko jednego zająca, którego oślepiły reflektory naszej warszawy i stanął słupka na środku szosy. Minęliśmy go jednak bez obopólnej szkody i widziałem, jak sobie pokicał między drzewa. U cioci był dom, a w ścianach tego domu otworki, w które z upodobaniem wtykałem patyczki i bawiłem się, nie wiem, w co. Któregoś razu na jednym z takich patyczków usiadł kolorowy ptaszek, który wcale się mnie nie bał. Nie uciekł nawet wtedy, gdy wyjąłem patyczek z otworka i poszedłem bardzo powoli do cioci, i siostry (która przyjechała ze mną), i pochwaliłem się, że przyleciała do mnie "siekierka", mając, niewątpliwie, na myśli sikorkę. Od tego czasu, przez kilka lat, cała rodzina nazywała mnie „siekierka”. Nick taki. Najdziwniejsze, że kiedy wróciliśmy już do domu, to mój młodszy braciszek nadal spał, jak susełek, mimo, że wróciliśmy po miesiącu cudownego pobytu u cioci. I to jest tajemnica, której nigdy nie udało mi się rozwiązać. Tego snu jego.
sobota, 23 kwietnia 2011
- Zazdroszczę pana żonie… - Powiedziała do mnie ze smutnym wdziękiem dziewczyna. - Czego tu zazdrościć?– Odpowiedziałem z równie smutną galanterią. - Bo taki mąż, to skarb… - Upierała się z pogłębiającym smutkiem ta sama dziewczyna. - Och, to… - Westchnąłem melancholijnie z niedokończoną nutką tragizmu w głosie. Dlatego poszliśmy do łóżka. - Właściwie, to nie ma czego zazdrościć. Wyznała dziewczyna potem, myśląc o mojej żonie.
wtorek, 08 lutego 2011
Wiecie jak mężczyzna patrzy na kobietę? Kobiet pytam, nie nas, bo my wiemy i nie musimy sobie opowiadać. Nie wiecie, bo skąd. Jaki mężczyzna wam to powie? Tak naprawdę żadna z was nie ma odwagi o to zapytać, bo a nuż odpowiedź porazi błahością, trywializmem i banalnością, o kolokwializmie nie wspominając. Wolicie między sobą snuć wielowątkowe rozważania, przemykając się po temacie, jak ćmy po kloszu lampki nocnej. Wiele z was spala się z niezaspokojonej ciekawości, ale kładąc się wieczorem obok właściciela oczu, których spojrzenie znać chcecie, miast pytać, zaczynacie seksualną rozróbę pieszczotami i o istotnej sprawie, która was gnębi nie myślicie. Czy wy wtedy w ogóle myślicie? Z punktu widzenia mężczyzny, nie myślicie (to jedna z naszych konstatacji o was), ale to nas zadowala, bo łatwiej was zaspokajać, nie pamiętając o waszych potrzebach, a na przykład o tym, że warto by wam dać nowe nasze spodnie do skrócenia, bo kupiliśmy pospiesznie i bez wybierania. Z repertuaru pozycji, podsuwamy w miarę perwersyjną, by też mieć jednak coś z waszego niemyślenia w trakcie i pozwalamy się wam doprowadzić do waszego orgazmu, w którym nasz udział sprowadza się do obecności, a nie działania, bo wiemy, iż wam to nasza obecność jako uświadomione „jest” jest niezbędna, a nie to, jak, co i czym robimy. Dlatego my tak naprawdę tylko udajemy, że martwimy się o potencję, bo nie sterczącość nasza wam jest niezbędna, lecz świadomość, że ona (ta sterczącość) w naszym jest posiadaniu potencjalnym, bo wy potraficie bez dotknięcia się rozpłynąć w oceanie rozkoszy, w oczy patrząc tylko i wnętrze dłoni naszej całując (nie odgadliśmy, czemu wnętrze), bo wtedy umiecie więcej powierzchni erogennej na swoim ciele obudzić niż my dłońmi naszymi i ustami i tym innym kawałkiem mięsa bez kości, który bywa czasem utrudnieniem a nie dopełnieniem, bo bywa za chybki, za szparki, lub (niestety też nierzadko) za mało stanowczy, za miękki czyli. Oto słowa mężczyzny, który patrzy.
wtorek, 11 stycznia 2011
Poszedłem dziś do lekarza i był to mój pierwszy kontakt z ludźmi od pewnego czasu, którego celowo bliżej nie przybliżam dla większej tajemniczości, bowiem coś mi spadła (ta tajemniczość), ale nic dziwnego w tym, gdyż to był właśnie lekarz pierwszego kontaktu. Tym razem nie poszedłem z depresją – w każdym razie nie w zamierzeniu – tylko z innym schorzeniem cielesnym i natychmiast odbiło się to na mnie bokami. Bokami ludzi innych, którzy też poszli do lekarza i już byli, gdy wszedłem do korytarza, który – jak pamiętać powinni uważni czytelnicy – z powodu ekonomicznej architektury przychodni pełni rolę poczekalni. Nie cofnąłem się tylko dlatego, że było mi już wszystko jedno, skoro przyszedłem i mimo że nie byłem przygotowany na tak liczny pierwszy kontakt z ludźmi (od pewnego czasu, przypomnę tajemniczo), to przyjąłem go dzielnie na pierś. Dziwnie się jakoś złożyło, że była to pierś Teresy, co mnie zatrwożyło, pomimo przyjemnego doznania zewnętrznego, albowiem Teresa była w stanie wskazującym. Wskazującym na zbliżające się rozwianie połogowe, coś tak szósty miesiąc, a właśnie coś tak sześć miesięcy temu śniła mi się w całej cielesności i do tego wspólnej ze mną. Ów sen kończył się dramatycznie jej słowami: „Będę mamą”, ale gdy miałem się już obudzić, dodała: „A ty będziesz ojcem”. Teraz zaś przyjmowałem jej pierś na siebie – to naprawdę pierś warta uwagi, bowiem, mimo szóstego miesiąca ciąży, wciąż poprzedzała brzuch – a ona uśmiechając się do mnie filuternie (na pewno filuternie, by nie powiedzieć porozumiewawczo) zaraz po „cześć!”, powiedziała: - Będę mamą, widzisz? Najpierw zadrżałem trwożnie, ale to „widzisz” nieco dodało mi otuchy. - Pięknie. – Powiedziałem, usiłując ją ominąć, bo jakoś nie czułem zapału do rozmowy. - Tylko tyle mi powiesz? – Na jej twarzy pojawił się wyraz skrajnego zawodu. Na mojej twarzy pojawił się wyraz jeszcze bardziej przygnębiający, ale bez nazwy literackiej, więc pozostawię go domyślności czytelników, jeżeli się zdarzą. - A, co? – Uciekałem w niejasność. - A nic – odparła cierpko – mimo wieku jestem zachwycona swoim stanem. No fakt, Teresa jest młodsza ode mnie bardzo niewiele, prawie wcale i musiałem jej obiektywnie przyznać ( Obiektywnie, bo z boku patrząc, choć nie wiem, czy to słusznie tak uważać, że z boku, to zawsze obiektywnie.), że wygląda zachwycająco w najwyższym stadium przedmacierzyńskiej urody. - To pięknie – Wysiliłem się na komplement. I na tym skończyła się nasza rozmowa, gdyż Tereska weszła do gabinetu, ale nie tego, do którego ja miałem wejść, gdy przyjdzie moja kolej, ale do ginekologa, ja – przypominam, bo od początku tekstu już chwilka minęła i temat zboczył – przyszedłem do lekarza pierwszego kontaktu w sprawie innej choroby niż depresja, ale zaczął mnie ogarniać niepokój, że jednak z jakąś chorobą duszy, bo coś mi w niej zakwiliło podobnie do niemowlęcia – bezbronnie i bezradnie. Zarejestrowałem się u pani sprzątaczki, która - co nikomu nie jest tajemnicą – od wielu miesięcy rozsyła CV po wielkich korporacjach, bo pragnie zostać menedżerką, a może womendżerką (jestem nieco uwsteczniony w kwestii menażerii korporacyjnych), a w optymistycznym oczekiwaniu i z pozytywnym nastawieniem zamiata, i zmywa podłogi, i inne powierzchnie zabrudzone, bo rejestruje dorywczo, i nie wszystkich (ceni się, myślę), ale mnie zarejestrowała, bowiem mam w sobie jakiś magnetyzm (rzekła szeptem, wpuszczając mnie bez kolejki, nawet przed moją kartą chorobową, ale ją doniosła nim siadłem przed lekarzem) i dlatego nie musiałem czekać. Lekarz był smutny i przecierał okulary, czego mu natychmiast pozazdrościłem, bo ja już nie mogę sobie tak przecierać, gdyż zostały mi tylko ciemne, a ciemne i bez wycierania nadają się do użytku, choć nie do każdego dobrze. - Co to za hałas w poczekalni? – Zapytał mnie doktor, bo rzeczywiście na korytarzu zrobił się tumult. - Wszedłem bez kolejki – powiedziałem prostodusznie. - Aha – założył okulary na nos i spojrzał spoza nich smutnie, ale bez goryczy. – I z czym pan wszedł? - Z krzyżem – stęknąłem jak by mnie brzemię przycisnęło. - I tak nie ma gdzie powiesić – powiedział – ściany bez obciążania pękają… wójt… - Rozumiem. – Odpowiedziałem, bo rzeczywiście rozumiałem. To proste – wójt… - A co pana boli? - Krzy… kręgosłup. I biodro, i noga, ale ta druga, i kolano, i sam nie wiem, co jeszcze. Popatrzył na mnie jakoś tak inaczej, jakby ze współczuciem. - Mam to samo – stwierdził i dał mi skierowanie na prześwietlenie. - Pomóc to nie pomoże, ale zobaczy pan dokładniej, co pana boli i wypisał mi recepty na zupełnie inne schorzenia. Gdy wyszedłem, za drzwiami, przed pacjentem, który był po mnie w kolejce (teraz, bo nim wszedłem, był przede mną) stała Teresa. - Będzie syn! – Zawołała wesoło. Chciałem jej pogratulować, ale uprzedziła mnie jakaś stara baba w moim wieku, sarkając: - I nie wstyd ci kobito? - Nie! – Wykrzyknęła radośnie Teresa – Bo rozwija się zdrowo i jest dzieckiem miłości, spełnieniem cudownego snu. - Oj, to mąż musi być szczęśliwy, że taki jest kochany. - To nie męża. – Roześmiała się Teresa i dała mi buziaka. Zupełnie bez powodu. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||