" "

Wpisy z tagiem: opowiadania

sobota, 19 maja 2012
Wróciwszy skądś, zastałem Marię siedząca tyłkiem na podłodze i wysuniętą szufladę z mojego biurka, a także stare listy, niepisane przez Marię, rozrzucone wkoło.
Maria siedziała zaczytana.
Tyłek Marii na podłodze, wydał mi się bardzo zaciekawiający i mniejszą wagę przywiązałem do jej lektury. Zasadniczo nie przywiązałem żadnej wagi.
- Czytam Twoje listy! – Zakomunikowała Maria groźnie.
Wzruszyłem ramionami beztrosko.
- Będziesz miała zimny tyłek. – Powiedziałem z szelmowskim upodobaniem, bo od naszej piwnicy ciągnie.
Maria natychmiast zerwała się z podłogi.
 
I pozwoliła się ogrzać.
piątek, 04 maja 2012
- Wypocząłeś? – zapytała Maria znienacka przed samą nocą.
Zacząłem się zastanawiać, bowiem przeczuwałem w dociekliwości Marii podstęp. Uznałem, że najbezpieczniej będzie wzruszyć ramionami nijako.
Maria zareagowała na moje wzruszenie poruszeniem swoich ramion, ale jej ramiona w ruchu wywołały nieoczekiwany efekt we mnie. Bardzo mnie poruszyły i wzruszyły wewnętrznie.
Poczułem kluchę w gardle i wilczy apetyt, tylko nie wiedziałem na co, więc przełknąłem ślinę, lecz bez kluchy, która została w przełyku.
Maria uśmiechnęła się, ponawiając pytanie i wtedy pojąłem bezbłędnie:
 
Że mam apetyt na nią.
wtorek, 24 kwietnia 2012
Wszedłem, potykając się o paproch na podłodze, albowiem po trzeźwemu często się potykam ułomnie. Po pijanemu tylko mną rzuca, a nawet telepie, ale, to po mocnemu pijanemu.
Zobaczyłem go mimo potknięcia, bo wąskie przejście między stolikami pozwalało mi się opierać niezręcznie o mijane stoliki i poruszać emocjami siedzących, i nie musiałem opuszczać wzroku ku swoim, jak zwykle, niewypastowanym butom, by się nie przewrócić. Zresztą, tym razem to były trampki.
Siedział w oddali, na końcu długiej, niczym kiszka kaszana, sali i kiwał na mnie ramieniem arogancko, jakbym był byle kim.
Taki wał!
Mu pokazałem, ale nieszczerze, bo szedłem przecież do niego, mimo chwiejby stolikowej, którą rozkołysałem swymi ułomnymi potknięciami o paprochy na podłodze, których było dużo.
Ostatniego stolika przed jego stolikiem nie potrąciłem, bo siedziała przy nim atrakcyjna blondynka, na którą celowo nie zwróciłem uwagi, by sobie nie myślała.
-Siadaj! – Powiedział rozkazująco, czym mnie zjeżył, ale usiadłem, bo pokazał mi miejsce takie, że z boku miałem atrakcyjną blondynkę, którą mogłem nieskrycie obserwować kątem oka, bo ukrywałem źrenice za rzęsami.
Nie mogła nic zauważyć, chyba, że błysk mego spojrzenia odbity od szklanki, ale już na zapas miałem usprawiedliwienie, że to refleks światła, gdyby co.
Postawiłem mu piwo jedno za drugim, potem jeszcze dwa, a sam się obyłem oranżadą w kolorze czerwonym, bo mi jakoś się kojarzyła.
Atrakcyjna blondynka piła w milczeniu jakiś płyn przez słomkę z wysokiej, pod niebiosa, szklanki.
Tak mi się wtedy wydawało, bo sama blondynka była, jak nie z tego świata. Atrakcyjna, o uduchowionym spojrzeniu, zmysłowych wargach i marszczonym czole, ale marszczonym artystycznie, jak falbanka ludowej zapaski. Nosek miała wyrazisty, rzucający lekki cień na jej policzki z obu stron, bo nie trzymała głowy nieruchomo i światło padało nań różnie.
Och, że!
Siedziała bokiem, jako i ja siedziałem, i rzec można siedzieliśmy obocznie. Miało to znaczenie i sens, który pojąłem, kiedy wreszcie, z jakiegoś powodu spojrzała na mnie z ukosa.
Ten ukos był sensem, co zrozumiałem, kiedy on się odezwał:
- A ty mała, co tak zezujesz?!
Zmartwiałem, czując jęk mojej pękającej nadziei, na, nie wiem, co, gdy ona, skośnie patrząc na mnie ciepło i rozczulająco powiedziała:
- Podoba mi się ten niedorajda!
 
I okazało się to prawdą.
środa, 28 marca 2012
Rozumiem, że zanadto się rozwłóczę z tym swoim ujawnianiem tajemnic najolbrzymiejszych, lecz jestem chłopak ze wsi, a na wsi to nie ma tak, że się idzie do sąsiada i gada: „pożycz sąsiad bańkę, bo mi samogon strzelił”, jeno opowiada mu się, że latoś pszenica może urośnie bujnie, a może nie, gdyż wiatr ją wychłostał, gdy śniegu nie było i nieważne, że pszenica to nie ozime zboże, bowiem serdeczność mowy się liczy, a nie poprawność agrarna. Dlatego i o świnie, co to na górce się rozsiadła, trza zahaczyć i jakby zadrutować w nos, a nie, tak od razu, w nos gadać o tej bańce, co ja ch…, pardon, samogon strzelił, bo się fuzle jakoś zakipiały.
Obraza boska, a co gorsza i sąsiedzka, by była, gdyby nie opowiedzieć sąsiadowi, że na polu to jakoś błoto się glini ostatnio, jakby ta meliorka zaczęła nawalać, bo nie konserwowana, a potem, to już lekkim krokiem do komuny się przechodzi, bo meliorka za komuny była robiona.
- Wiadomo, za komuny, to wszystko prowizorka była - powie sąsiad i wtedy to można z tej beczki, znaczy z bańki o pożyczce zagadać i zza pleców zdrętwiałą rękę wyciągnąć, bo w niej przecież, niedaremnie ukrytej, samogon uwarzony onegdaj, nim bańkę … strzelił.
Wtedy sąsiad, ależ dziękuję, ale chrapy mu drgają, jak u jego kobyłki u płota i po nienatrętnym ponowieniu zachęty, że ależ spróbuj sąsiad, to jeszcze dobry wywar, niedrżącą ręką chwyci i bez zastanowienia, próbnie, siorbnie i ponowi, bo smak za pierwszym razem, to nie tak od razu, żeby poczuć. Dopiero trzeci łyk rozjaśnia cały bukiet.
No, to wtedy o tej bańce mowa, jak o tym, że od szóstego roku życia byłem niestrudzonym ministrantem, służąc do mszy każdego dnia i często nie na jednym nabożeństwie. A pierwsza msza zaczynała się o godzinie szóstej rano. Szczególnie w zimie nie był to czas późny.
Dla mnie wówczas nie była to żadna trudność, ani nawet niedogodność. Służyłem do mszy całym sercem, mimo, że nieraz marzły mi ręce, bo kościół nie był wtedy jeszcze ogrzewany.
Nigdy nie zawodziłem, a że, jakimś cudem, nie imały się mnie żadne choroby, moja obecność na każdej mszy była pewna, jak punktualny przyjazd pociągu przed wojną.
Do pewnego razu.
Bo, pewnego razu, do mojej wsi przyjechało ruchome kino i wyświetlało film, na który szli wszyscy koledzy i koleżanki, bo taki fajny był.
Seans zaczynał się o 17-tej, a o tej samej porze zaczynała się msza.
Oczywiście, że poszedłem służyć do mszy.
Pozapalałem świece na ołtarzu (nie wszystkie, bo to nie było święto), ustawiłem gong, oraz dzwonki i poczyniłem wszystkie inne czynności, które ministrant przed mszą winien uczynić. Lada chwila miał nadejść ksiądz, by odprawić nabożeństwo.
W ławkach siedziało, jak zwykle kilka tych samych pań, które podobnie do mnie, nie opuszczały żadnej mszy. I kilka innych, przypadkowych, osób.
Wtedy, gdy oczekiwałem na księdza, za kołnierz wlazł mi bies i zaszeptał:
- Ty, a na ten film, to wszyscy poszli, tylko ty, ciapo, nie.
Jeszcze coś mi tam szeptał, aż się dałem skusić.
Prędko, by mnie nie zauważył organista, który już się kręcił na chórze, wybiegłem ze świątyni i jakby mnie sam diabeł gonił, pognałem do kina.
Miejsca siedzącego już nie dostałem, więc stałem, a małym będąc, wiele nie zobaczyłem, ale mogłem opowiadać, że byłem w kinie.
Nie był to dobry wybór.
Zaraz, jakoś, w najbliższe wakacje, miałem wypadek, który spowodował, że przez dwa lata nie widziałem naszego kościoła.
 
I swojego domu...
sobota, 17 marca 2012
Niebo rozpaliło się pomarańczowym błyskiem trwającym nie dłużej niż mgnienie oka i zaraz powróciło do swojej zwykłej, szaroniebieskiej barwy. Trochę dłużej trwała cisza w przyrodzie, lecz nie dotyczyła ona gatunku ludzkiego.
Ludzie niczego nie dostrzegli ani nie usłyszeli. Nawet ciszy, kiedy zamilkły ptaki i zamarły w bezruchu zwierzęta.
Ludzie już tacy są. Kiedy dzieje się coś istotnego dla świata, oni zajęci swoimi drobnymi ważnymi sprawami nie widzą i nie słyszą niczego.
Lecz, czy rzeczywiście coś się wydarzyło?
 
* * *
Na osłoneczniona polanę wbiegła grupka dzieci i pomimo, że było ich tylko kilkoro hałas, jaki uczyniły wypłoszył z niej wszystkie żyjące stworzenia.
Niezupełnie wszystkie.
Pod jednym z drzew, tuż przy brzegu polany, siedział lub raczej kucał mężczyzna o długich do ramion i białych, a w promieniach słońca srebrnych, włosach.
Zajęte robieniem rwetesu dzieciaki nie od razu go spostrzegły i przez chwilę, niezauważony, przyglądał się im, wspierając brodę na dłoniach. Po chwili jego nieruchoma i milcząca postać zwróciła jednak uwagę dzieciarni.
Natychmiast się uciszyły i rozbiegana grupa skupiła się, by za moment zbliżyć do nieznajomego.
W młodziutkich twarzach nie było strachu ani niepokoju. Tylko zaciekawienie. Zwykłe u dziesięciolatków.
Najodważniejszy, a może po prostu ten, który był najbliżej, zapytał:
- Co pan tu robi, proszę pana?
Białowłosy uniósł głowę i spojrzał w oczy chłopca.
- Patrzyłem, jak się bawicie.
- E tam, my tylko tak ganialiśmy, bo nie ma co robić – odezwała się zza pleców poprzedniego rozmówcy rudowłosa dziewczynka. Jedyna pośród pięciu chłopców.
- A chcielibyście coś robić?
- Zależy, co. - Zastrzegł się któryś.
- Pomożecie mi naprawić coś, co kiedyś zepsułem.
- A co, a co? - Rozległy się dopytywania.
- A kim pan tak w ogóle jest? - Spytała, nieufna nagle, Rudowłosa.
- Aniołem... upadłym aniołem, jeśli rozumiecie, o czym mówię.
- Znaczy się, diabłem? - Indagowała dalej Rudowłosa.
- Znaczy się, diabłem – odparł białowłosy i jakby cień uśmiechu przemknął przez jego twarz - tak się o mnie mówi wśród ludzi.
- Diabeł, to wszystko psuje i sieje zło! - Powiedział jeden z chłopców – i naprawiać musi pan Bóg albo dobry ksiądz, a najbardziej, to ojciec święty... Diabeł na pewno nie!
Białowłosy prawie się roześmiał.
- Teraz jednak postanowiłem coś naprawić. – Powiedział.
Dzieciaki bez zastrzeżeń uznawszy jego tożsamość, wdały się w dyskusję, można rzec, merytoryczną, nie okazując przy tym ni zahamowań, ni lęku.
- Już od dawna nie mieszam się w sprawy świata, ale macie rację, to z mojego powodu na ziemi pojawiło się zło, które się rozrosło i wciąż rozrasta, Chcę położyć temu kres.
- I chcesz naprawić świat? - Z niedowierzaniem pytała Rudowłosa.
- A ja nie wierzę, że jesteś diabłem! - Odezwał się nagle krępy, prawie gruby chłopiec.
Mężczyzna tym razem naprawdę się uśmiechnął i rozłożył ramiona, które momentalnie zmieniły się w czarne nietoperzowate skrzydła.
- Oooooo! - Rozległy się okrzyki raczej zachwytu niż strachu.
- Niewierny z ciebie Tomasz, Jacku. – Ponowne uśmiechając się, powiedział Upadły Anioł, chowając skrzydła, które znowu stały się ludzkimi ramionami.
- A skąd pan wie...? No tak, teraz wierzę. – Niewierny Jacek bardziej chyba dał się przekonać faktem, że nieznajomy zna jego imię, niż tym, że ramiona umiał zamieniać na skrzydła i odwrotnie.
- Czy ty chcesz zniszczyć zło? - Zapytała Rudowłosa, która powoli stawała się nieformalną przywódczynią grupy.
- Zło ma różne oblicza, dziecko i nie każde krzywdzi. Nie mam władzy ani mocy by zlikwidować każą przykrość, ale chcę i muszę spróbować unicestwić te oblicze zła, które zrodziło się z mojego uczynku.
- Ja wiem, ja wiem! - Wyrwał się mały piegowaty chłopiec – dałeś jabłko Ewie!
Upadły Anioł roześmiał się i podniósł a dłonie, a z nich w górę poczęły wzlatywać duże czerwone jabłka, by krążyć, jak podrzucane przez żonglera, Tyle, że białowłosy nie poruszał rękami i owoce krążyły, nie opadając, same z siebie.
- Nie bierzcie tych jabłek! - Krzyknął piegowaty – On znowu kusi!
- Jak mamy ci pomóc? - Znowu odezwała się Rudowłosa, nie zważając na przestrogę piegusa.
- Wierzysz, że naprawdę chcę zrobić to, co mówiłem? A może mam zamiar, jak mówi Marek zwieść was na pokuszenie.
- Do tego nie potrzebujesz tego całego cyrku z jabłkami i skrzydłami.
- Jesteś niezwykle mądra, jak na dziecko – stwierdził zaskoczony białowłosy.
- Powiedz to naszej pani! - Prychnęła Rudowłosa. Białowłosy znowu się uśmiechnął.
- Widzisz, to jest przykrość, która jest dla ciebie złem, a przecież tak naprawdę wcale cię nie krzywdzi, ale ty już nosisz w sobie zadatek na zło właściwe – nie lubisz swojej pani, a to jest już początkiem nienawiści.
- Ale smędzisz! - Skrzywiła się dziewczynka – nie znasz jej.
- Znam, znam i powiem ci, że to jest dobra istota, jak na wasze rozumienie, choć – znów twarz wykrzywiła mu się grymasem uśmiechu – ma swoje, jak mawiacie, za uszami, ale za to do piekła nie pójdzie – zaśmiał się prawie głośno.
Wśród dzieci rozległ się wyraźny jęk zawodu. Jedynie Rudowłosa marszczyła czoło i nie wydawała się rozczarowana, że jej pani nie czekają męki piekielne.
-To ty chcesz żeby ludzie sobie nie robili więcej krzywdy, tak?
- Nie tylko sobie, nikomu.
- A czy Pan Bóg wie o tym?
Dyskusja toczyła się już wyłącznie pomiędzy rudowłosą pannicą, a białowłosym mężczyzną.
Chłopcy usiedli wkoło na trawie i przysłuchiwali
się biernie, z wyraźnymi oznakami niezrozumienia, o czym rozmawia rudowłosa i upadły anioł. Widocznym było, że dziewczynka ma wśród nich spory mir lub, że może teraz ujawniła się jej charyzma, którą uznali.
- On wie o wszystkim – odrzekł mężczyzna – nie musi z nikim rozmawiać.
- Jeżeli wie i ci nie przeszkadza, to znaczy, że się zgadza, tak?
- Taki wysnułem wniosek i dlatego teraz spotkałem się z wami.
- A nie powiedział ci tego?
- Nie ośmieliłbym się zapytać.
Zapadło milczenie. Dziewczynka coś kombinowała w swojej głowie, a chłopcy jakoś nie mieli żadnych pytań i poniekąd wyglądali na znudzonych.
Białowłosy też się nie odzywał. Ponownie przykucnął i oparł brodę na złożonych dłoniach.
Jabłka, które zmaterializował, opadły powoli na trawę i każde poturlało się w inną stronę.
Żadne z dzieci nie sięgnęło jednak po owoce. Przedłużająca się cisza zniecierpliwiła chłopców, którzy wykonywali dosyć nerwowe ruchy z wyraźnym zamiarem opuszczenia towarzystwa upadłego anioła.
Nie wydawał się tym zdziwiony i nie uczynił nic, by w jakikolwiek sposób wpłynąć na ich decyzję.
- Ale to przecież Pan Jezus miał przyjść i wszystko naprawić, a nie ty – odezwała się wreszcie Rudowłosa – a ty i wszystkie twoje złe duchy miały zginąć w otchłani.
- Naprawdę jesteś wyjątkową dziewczynką – po raz wtóry stwierdził białowłosy - i dużo wiesz, ale nawet w takiej wersji, jaką znasz, mam prawo do millennium.
- A co to jest? - Zapytała, nieco speszoną własną niewiedzą.
- To jest 1000 lat.
- No i co z tego? - Wreszcie zabrał głos Jacek, nazwany przez białowłosego niewiernym Tomaszem.
- Odłóżmy wyjaśnienia na czas późniejszy. Dziś wystarczy, że wiecie, kim jestem i co zamierzam – jeśli w to wierzycie. Chcę waszej pomocy, ale i bez niej uczynię, co uczynię.
- Przecież jesteśmy dzieciakami, a ty gadasz jak pokręcony. Kto ma się w tym połapać, my? - Prychnęła pogardliwie.
Białowłosy wydawał się zaskoczony i prawie zażenowany reprymendą małej.
- Masz słuszność – powiedział ugodowo – o ludziach podobno wiem wszystko, a zachowuje się jakbym was nie znał. Dobrze, dobrze – uniósł dłoń, widząc, że Rudowłosa znów się krzywi – już nie smędzę.
- No to gadaj, jak człowiek, czego chcesz?! - Prawie rozkazująco powiedział piegowaty.
- Już mówię – upadły anioł był niezwykle ugodowy – jeżeli zgodzicie się mi pomagać, otrzymacie ode mnie dary, które wykorzystacie tak, jak będziecie uważali za słuszne.
- A co to będzie? - Rozległy się głosy dzieci, których informacja o prezentach – jak zrozumieli – wyraźnie zaintrygowała.
- Znacie bajki o wróżkach i czarodziejach?
- Pewnie! - Potwierdzili z entuzjazmem.
- Staniecie się właśnie takimi czarodziejami. Prawie wszystko, czego zapragniecie, stanie się na wasze życzenie.
- To znaczy, że jak powiem, że chcę mieć same szóstki, to będę je miała? - Zapytała rudowłosa.
- Nie musisz nic mówić, wystarczy, że zapragniesz...
- To ja nie chcę! - Stwierdziła stanowczo dziewczynka, ku zaskoczeniu dzieci i białowłosego.
- Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, że nie starałem się odczytać waszych myśli, bo wciąż bywam zadziwiany. Możesz powiedzieć, dlaczego nie chcesz? Nie chcesz być dobrą wróżką?
- Jestem za mała! – Krótko i ostro stwierdziła dziewczynka.
- Tylko dlatego?
-Tylko! - Powiedziała z zaciętym wyrazem twarzy – i nie grzeb mi w myślach! - Zacisnęła piąstki.
- Nie będę, a wy? - Zwrócił się do chłopców.
- My się zgadzamy! – Wykrzyknęli bez zastanowienia.
- W takim razie idźcie już.
- A nie dostaniemy tych darów? - Pytali zawiedzeni.
- Idźcie!
Chłopcy niechętnie posłuchali i z ociąganiem, odwracając się, co chwilę do tyłu, odeszli w kierunku, z którego wbiegli na polanę.
Rudowłosa nie poszła z nimi.
- Już są czarodziejami, prawda? - Zwróciła oczy na anioła lub diabła, jeżeli ktoś woli.
- Bystra jesteś i zastanawiam się, czy... Nie dokończył.
- Spotkamy się jeszcze? - Zapytała, nie dociekając, co chciał powiedzieć w niedokończonym zdaniu.
- Kto wie, może?.. - Powstał i w tej samej chwili zniknął.

Rudowłosa pochyliła się i podniosła z trawy duże czerwone jabłko.
Popatrzyła na nie w zamyśleniu niezwykłym u tak małej dziewczynki i odeszła w tym samym kierunku, w którym udali się chwilę wcześniej jej koledzy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13