" "

Wpisy z tagiem: Polska

środa, 21 marca 2012
Babcia menela ma do mnie żal, bo już nie chodzę z nim na piwo i menel się stacza w coraz gorsze towarzystwo.
Dziwię się, że moje uważała za lepsze, bo nikt już tak nie uważa, ale cóż – stara jest i prawie nie wstaje z łóżka, to o świecie wie tylko tyle, co z Radia Maryja i TVN, bo Trwamu nie ma w jej telewizorze.
O mnie tam nie gadają, więc jej wiedza na mój temat jest staroświecka i, jak każda historyczna, bardziej jest interpretacją, niż faktami.
Babcia martwi się o menela, gdyż menel nie pracuje, a jej renty przecież tylko tyle, co jej życia. I z czego biedak będzie żył, jak jej nie stanie?
Nie wiem.
 
Może państwo wie.
czwartek, 15 marca 2012
Gdy żył jeszcze, Manuel łowił ryby i dostał wpierdol, bo łowił na prywatnym gruncie i w prywatnym stawie.
No, kurwa, jak to jest staw, to ja jestem Książę Walii. To jebane bajoro jest, tyle że jakieś śniętki w nim pływają i dla tlenu wszystkie z łbami nad powierzchnia błota.
Manuel wypatrzył te łby z drogi, kiedy przechodził sobie gdzieś (później nie wiedział gdzie) i postanowił rybom ulżyć, a i o sobie pomyślał, czego nie ukrywał.
Nie mieszałbym się, kiedy tłukli Manuela, ale też, kurwa, przechodziłem wtedy i miałem kosturek, no i się wjebałem między wódkę a zakąskę przerywając dobijanie Manuela i skurwysyn przeżył, chociaż jeszcze długo pozostał spuchnięty.
Bez „erki” się obyło, ale bez chirurga już nie i Manuel wypiękniał, bo kurewsko zgrzebne szwy przez japę, i to na obu spuchlunach, mu sporządzono. Żebra mu się musiały zrosnąć bez tego, bo żeber to za chuja nawet w gips nie wsadzą i zipaj, co ledwo. No, przejebane, jak Bolka trampki.
Manuel, to nawet nie miał żalu, bo wiedział, że dostał za swoje, bo nie na swoim te pierdolone płotki łowił.
- Tylko na chuj mu to – posmutniał obrzmiałą wargą udając uśmiech, mając niewątpliwie na myśli właściciela rybnego błotniaka – sam kutas ich nie wyciąga, bo śmierdzą gnojówką jak złe, a mnie o mało nie zajebali... no kurwa mogłeś się nie wpierdalać i byłby spokój – rzucił mi spojrzenie pełne tak wielkiej żałości, że się poczułem kurewsko źle i dla zdławienia chujowizny wewnętrznej wyciągnąłem pośpiesznie z plecaczka pół litra zdrowej czystej wódy, prosto od Jagi, czyli księżycówki przesławnej.
Siedzieliśmy wtedy w baraku Manuela, który nie mając domu mieszkał, jak Drzymała w wozie, ale sławy nie zażywał, chociaż... no trochę to go tu po okolicy znali i Dyktę, zwaną częściej Lampucerą – żonę jego, o którą przypomniawszy sobie zapytałem.
- A leży tam kurwa z pizdą na wierzchu i chce by ją ruchać! - Pokazał barkiem za siebie i po raz już nie wiadomo który popadłem w zachwyt nad umiejętnością wskazywania barkiem, jaką tylko zagorzali menele mają, a barkowskaz Manuela był nie do podrobienia w swej wyrazistości.
Spojrzałem. Rzeczywiście, Dykta leżała z pizdą na wierzchu w barłogu koloru otoczenia, jak i ona sama, czyli w wielorakości odcieni szarego.
Chrapała, lecz cicho i dlatego, dopiero, gdy niepodrabialny bark Manuela ją wskazał zauważyłem jej obecność.
- Zmarznie – zasugerowałem, bo choć jesień była, jak wiosna, to w baraku jakoś ciągnęło od spodu pod wieczór.
- No i chuj! - Nie wykazał przejęcia Manuel, nalewając mi do szklanki, a sam siorbnąwszy z gwinta.
Bez obawy, szklankę mi opłukał zwyczajowo w wiadrze z wodą. Zawsze trzymał pełne wiadro wody, bo na czymś trzeba było gotować te chińskie zupki, które udało się podjebać w markecie lub te, które Danka da albo Dora.
Jebnęliśmy zgodnie w gardło po secie na wyczucie. Mi świeczki stanęły w oczach, a Manuel westchnął pochwalnie i się obtarł. Zaraz potem jęknął, bo go żebra zakłuły w boku.
Myślał chwilę w milczeniu, którego nie przerywałem, bo co gadać, kiedy wszystko samo przez się jest jasne i proste jak piździ kłak.
Wreszcie wstał, pytająco spojrzał na mnie i barkiem pokazał na Dyktę.
- Jasne! - Wyraziłem aprobatę.
- Napij się pizdo jebana porządnej bryndy a nie tej twojej kurewskiej dykty! – Ryknął nad rozwaloną po kurewsku na barłogu żonę.
Ta, jakby ją trąby archanielskie do nieba wezwały, uniosła się płynnie i zwinnie, i usiadła przytomna, jak po pięciu piwach, a dostrzegłszy mnie, pociągnęła z gwinta. Jakimś cudem jednocześnie zdołała mnie przywitać serdecznie, mówiąc:
- O literat, kurwa, cześć! Zdrowie!·Robiła to połykając księżycowy płyn, nie krztusząc się przy tym.
- Zdrowie! - Odpowiedziałem między podziwem, a zdumieniem.
- Chuj z takim zdrowiem! - Jakby poskarżył się Manuel i chlapnął setę, zabierając niełatwo butelkę z rąk Dykty, bo się nieco ociągała ze zwrotem.
- Patrz, jaka kurwa pazerna! - Zauważył bez złości Manuel i się zamachnął, ale złamane żebra go ułagodziły, więc usiadł z jękiem i pragnieniem, które ugasił nim skończył jęczeć.
Przytaknąłem, bo wychodziło, że miał rację, gdyż wzrok Dykty nie schodził z butelki, którą Manuel przechylał szyjką ku swoim ustom.
- A zatchnij się, chuju głupi! - Parsknęła Dykta i jakby Bóg jej wysłuchał, bo Manuel się zakrztusił i gdybym go nie pierdolnął przez plechy, to chuj by go strzelił jak nic.
- O kurwa! - Westchnął, gdy ze świstem chwycił powietrze w płuca.
- Jebnąłbyś w kalendarz, jak nic! - Zaśmiała się Dykta i sama pociągnęła z gwinta, bo jakimś niezauważalnym ruchem przechwyciła butelkę z księżycówką Jagi.
- No! - Zaśmiał się Manuel tak wstrząsająco, że myślałem, iż się rozsypie, bo dygotał jakby obok pociąg pospieszny przejeżdżał.
- Chyba pójdę już – powiedziałem, widząc, że dobrze bawią się sami ze sobą i ja im na nic.
- A to spierdalaj! - Pożegnał mnie Manuel i uwalił się koło Dykty, która go karesem nakryła lewą nogą.
 
To spierdoliłem.
poniedziałek, 06 lutego 2012
Zimno.
Mróz taki, że w pokoju trudno utrzymać temperaturę pokojową. Nawet insulinie niewiele brakuje do krystalizacji.
Trudno mi pisać, bo komputer mam usytuowany przy najzimniejszej ścianie, a sam siedzę bokiem do nieszczelnego okna. Do tego, pisanie bez moich minusowych okularów nie sprawia przyjemności, gdyż wymusza jeszcze bardziej wymuszoną pozycje, niż ta normalnie wymuszona, gdy się pracuje na komputerze. Muszę się, niestety mocniej pochylać, żeby zobaczyć, co piszę, mimo że zwyczajowo piszę z pamięci i wcale nie muszę patrzeć, jak piszę. Od czasu do czasu konieczne jest jednak sprawdzenie, czy rzeczywiście piszę.
Dlatego, chociaż w głowie kłębi się sporo tematów, nie chce mi się przenosić ich na dysk, a później do edytora i publikować.
Zimno.
Na szczęście nie brakuje mi opału i chłód mieszkania wynika ze złej termiki domu, a nie biedy. Zwyczajnie – mam w pokoju i sąsiadującej kuchni za mało grzejników, jak na takie temperatury. Na szczęście, w części domu zajmowanej przez młodych jest zdecydowanie lepiej i oni nie marzną.
Wnuczki nie przestrzegają wymogów termicznych i najchętniej mieszkają u mnie, ale w dzień są ubrane na tyle ciepło, że jest im ciepło. Mi przy nich też nie jest zimno, bowiem o ile komputer wymusza pozycje statyczne, wnuczki wymuszają ich zmienność dzięki bezustannemu krążeniu, niczym elektrony, poprawiając krążenie we mnie. Albowiem i ja muszę krążyć za nimi.
Zimno.
Choroby nadal nie opuszczają domu, aczkolwiek wszyscy zakończyli już terapię antybiotykową. Nadal jednak najczęściej słyszanym odgłosem (poza hałasem czynionym przez wnuczki) jest pochrząkiwanie przechodzące w kaszel lub na odwrót. Nie są to już kanonady wybuchających oskrzeli i płuc, lecz raczej szeleszczące fontanny katarowych eksplozji z nosa. Takie niewielkie gejzery.
Zimno.
Zamarzają w głowie tematy nie tylko z powodu mrozu. Raczej, bo zmienia się chyba w Polsce klimat. Może nie tylko w Polsce.
Ostatnio czytałem wiele tekstów - a to oznacza, że temat jest, poniekąd eksponowanym zamierzenie psychologicznym manipulatorem – o złej biedzie.
Na własny użytek podzieliłem sobie ową złą biedę na dwie podbiedy.
Pierwsza zła bieda, to jest bieda złych biednych, którzy otrzymawszy pomoc od dobrych, mniej biednych (bo każdemu ciężko) ludzi, zapominają owych dobroczyńców podjąć pod nogi i posiłkiem, by bezustannie dziękować za okazane dobro. Zamiast tego, potrafią kupować sobie (dzięki otrzymanej pomocy) telewizory, komputery nawet być bezrobotnymi i nie palić się do pracy za niewielkie pieniądze, ale przecież pieniądze, zamiast tego paląc papierosy i pić alkohol, ssąc przy tym niczym pijawki wszelka możliwą pomoc z zasobów niebogatych wszak gmin.
To nie tylko zła, ale wręcz wredna bieda, bo czytałem, że tacy wredni biedni potrafią o swoich dobroczyńcach mówić brzydkie rzeczy.
To na pewno prawda, bowiem ci podkradacze litości, najczęściej z samej aparycji wyglądają na takich, co tak mogą mówić i robić. Wystarczy spojrzeć na pierwszego z brzegu menela, by nie mieć wątpliwości.
Druga zła podbieda, to bieda takich, co mają dochody powyżej progu ubogości i o ubóstwie mówiąc nie mogą, ale ich wydatki, z różnych przyczyn, znacznie przekraczają typowe rozchody. A, to, bo lubią sobie wypić nadmiernie, a to, bo lekarstwa są drogie, a bo to miał kosztuje prawie 700 zł /t, a renty jest (dajmy na to) 900 na miesiąc. Ta bieda jest zła, bowiem nie podlega kwantyfikacji przez instytucje pomocowe państwa, gdyż nie przewidują jej procedury, które wersji opisowych żadnego zjawiska nie przyjmują za kryterium uwagi.
O kimś takim pisała znajoma blogerka, niesłusznie ujęta współczuciem, ale to pewnie, dlatego że mróz u niej większy niż u nas.
Zimno.
Czy ja należę do którejś z powyższych rodzajów biedy? Nie, skądże.
Może jestem biedny.
 
Ale tylko, dlatego żem głupi.
środa, 12 października 2011
Jak się pieprzy, to się pieprzy na całym froncie, nawet pogodowym, aczkolwiek w tej materii jest mały niuans – lubię popieprzoną pogodę, czyli, gdy pada deszcz oraz hula wiatr i liście spadają mokrymi chusteczkami wprost na czoła, oczy i zatykają, razem z wiatrem, usta.
Tak jest teraz, w tej chwili za oknem, a mnie tam nie ma.
Nie ma mnie tam, bo jestem tu, gdyż niestety, jak się pieprzy, to się pieprzy i właśnie spieprzył mi się komputer, co sprawia, że muszę korzystać ze sposobnej chwili, by na kompie syna coś napisać, póki jeszcze mogę, póki router działa, póki syna nie ma.
Jest to zła i dobra wiadomość, bowiem w wyniku opisanej sytuacji, najprawdopodobniej zawieszę swoją obecność w sieci.
To, w gruncie rzeczy, drobna niedogodność.
Szczerze mówiąc, spodziewałem się czegoś takiego, gdy dobrze zapowiadający się rok obsypał mnie przykrymi niespodziankami.
Nie o wszystkich pisałem i w tej notce też nie napiszę, wbrew tej mrocznej chęci, która pojawia się w moim mózgu, gdy tylko dotknę klawiatury.
Napisała mi w komentarzu Oksyd, że dosyć w sieci smutnych wieści i ja się z nią całkowicie zgadzam.
Dlatego będzie o wyborach i orzechach oraz jabłkach, i mokrej trawie, i może o jesieni.
Na wyborach nie byłem, bo niestety należę do tej znaczącej części społeczeństwa, która nie miała wśród kandydatów swojego reprezentanta ani w postaci partii, ani w postaci postaci, czyli osoby.
Albowiem kandydaci do wybrania reprezentują wyłącznie biznesmenów, choć nie każdy kandydat zdaje sobie z tego sprawę. Większość z nich, jednak zdaje.
I nie ma żadnej lewicowej siły politycznej zainteresowanej tym, żeby zmieniać coś na korzyść pracowników najemnych, i wywodzących się z tej grupy emerytów i rencistów. Nominalny nurt lewicy przecież nie z robotnikami podpisywał porozumienie, tylko z BCC, a RP Palikota, to taka lewica, jak ja Szymborska.
Zadziwiające jest, że w mojej wiosce na Palikota głosowali wszyscy moi podsklepowi przyjaciele.
Chyba z wdzięczności za jabole, ongiś przez niego produkowane.
PIS już pokazał, podobnie jak PO, że reprezentuje ten sam element społecznegokrajobrazu.
PSL rządzi w mojej gminie, więc nie będę kalał swojego gniazda.
Tyle o wyborach, bo nie ma o czym gadać.
Lepiej o orzechach, z których przynajmniej można pozyskać magnez niezbędny takim, jak ja, o wiele taniej niż w aptece.
Nie było tych orzechów w nadmiarze, ale jednak były, podobnie, jak jabłka.
Czyli w sprawie owoców rok zapowiadał się źle, a było średnio.
 
O trawie będzie, kiedy indziej, a jesień jest.
poniedziałek, 03 października 2011
Tusk:
Jeżeli PIS wygra , to mnie zamknie!
 
Kaczyński:
Wielu będziemy musieli zamknąć , żeby Polakom otwarły się oczy!
 
Palikot:
Trzeba zamknąć kościołowi dopływ pieniędzy.
 
Episkopat:
Bezbożni, zamykając swoje serca, wciąż otwierają chrystusowe rany i upuszczają najczystszą krew narodu.
 
Pan Majster:
Jak się, kurwa, nie zamkniecie, to dam wam w mordę wężykiem (zbrojonym)!
 
1 , 2 , 3 , 4