O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bardziej płynny alter
Miasto
Panoramiczny Toruń
Radek
"
"
|
Wpisy z tagiem: ból
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Nie zdarzyło się nic, w sposób bieżący, o czym mógłbym opowiedzieć, jak o niczym, które zawsze mam za temat.
Nie nastąpiło żadne tsunami zdarzeń wywołane moją dłonią, gdy falowałem wodę przy zmywaniu naczyń, bo dziś naczyń nie zmywałem, uznając, że niech sobie postoją do jutra, albo, do kiedy indziej, gdyż muchy jeszcze nie latają zbyt gremialnie, więc brak estetyki z powodu brudnych naczyń nie jest zatrważający. Dziś nie inspirowałem żadnych zdarzeń do stawania się, więc jeżeli coś się stało, stało się nie z mojego powodu, aczkolwiek, być może, z powodu mojego zaniechania. Bo, po prawdzie, to nie upilnowałem jednego motyla, który zerwał mi się spod nóg, jak spłoszony królik, aż się przeląkłem, i machał skrzydełkami, co mogło wywołać jakieś tornado, albo cyklon. Ponoć była jakaś burza w sejmie i jakimś PE. Może to przez moje zaniechanie z tym motylem. A może nie, bowiem te burze były pierwej nim motyl wzleciał w przestworze, ale powiadają niektórzy, iż przyczyna czasem przeczekuje skutek, aby go sprawić. Doprawdy, nie wiem, wszystkiego wszak nie mogę zawsze przewidzieć, jak choćby tego, że syn wsadzi palec do maszyny i mało mu łba za to nie urwę, bo behapowiec, a taki nierozważny.Miał szczęście, bo ani mu maszyna palca nie urwała, ani ja łba (czego było bliżej) i nadal będzie miał lewicę pięciopalczastą.Boli go jednak bardziej niż mnie, a myślałem, że bardziej już nie może.Widać nikt nie zna granic cudzego bólu.Na który czasem żaden lekarz nie pomoże, ani lekarzowi nikt, jak na przykład ja, bo nic nie umiałem poradzić lekarzowi, do którego poszedłem, chociaż jemu też coś jest z nogami. „Może jakieś ćwiczenia?” – Powiedziałem z chęcią szczerą, ale odparł, że ćwiczy, kiedy chodzi, a jak chodzi, to „o tak” i pokazał mi naocznie, wstając za biurka i obchodząc gabinet dookoła. Wyraziłem mu współczucie niezmierne, bo dobry z niego człowiek i ma brodę. Na koniec, jednak zwątpiłem w niego nieco, bo usiadł ciężko i nie westchnął, co wzbudziło moje podejrzenie, że więcej w nim hipochondrii niż choroby i pożegnałem go chłodniej, niż witałem. Szczególnie, że przepisał mi drogie lekarstwa.
środa, 22 lutego 2012
To jest Jakub Czarnecki, potomek mojego trzeciego syna. Jakub za 3 miesiące będzie miał operację na otwartym sercu, bo urodził się z wadą, którą trzeba niezwłocznie usunąć.W tej chwili ma 6 miesięcy.Operacja zostanie wykonana w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.Jakub w trakcie operacji będzie potrzebował dużo krwi grupy AB rh-.Jeżeli w gronie czytelników tego bloga jest ktoś, kto ma taką właśnie grupę krwi i mieszka w pobliżu Torunia lub gdzieś blisko trasy Toruń - Warszawa oraz nie ma żadnych przeciwwskazań zdrowotnych ani innych, a zechciałby pomóc, to o tę pomoc proszę.Można także przekazać krew innej grupy z przeznaczeniem dla Jakuba.Chętnym przekażę odpowiednie namiary mailem lub na gg. I w każdy inny sposób, w razie potrzeby. Wyjaśnienie : Mój trzeci syn, Krzysiu, jest naprawdę synem mojej młodszej siostry, ale mieszkał z nami kilka lat i nabył pełnię synowskich uprawnień. W tym, troskę i lęk o niego oraz jego najbliższych.
czwartek, 24 listopada 2011
Jestem zła na męża i nigdy więcej mu nie powiem „ mężulek”, jak dotąd, pomimo, że to brzmi tak seksownie i działa na mnie niczym afrodyzjak, szczególnie, kiedy on mi odpowiada: „żonulko”. Koniec! Nie powiem i już! Zasłużył sobie. Będę cierpiała, lecz on musi odczuć krzywdę, którą mi wyrządził. Przynajmniej przez jakiś czas… długi… tydzień… tydzień mu będę mówiła po imieniu!Takie myśli snułam cztery dni temu, po wizycie Jadźki, dawnej koleżanki męża ze studiów. Szykownej pani profesor, doktor i co nie tylko jeszcze, i suki wrednej! Od wczoraj zmieniło się wiele, ale moja opinia, że utytułowana Jadźka jest pospolitą suką, nie uległa ani o mikron zmianie. Nie dziwką, nie kurwą, ale zwykłą suką! Taką zostanie już dla mnie na wieki wieków amen!Mąż, no dobrze, mężulek, zaprosił ją do nas, kiedy przypadkowo natknęli się na siebie w banku. Ona coś wpłacała, a mężulek finalizował kredyt na nasz nowy domek, który kupujemy dla synulka. Mężulek wiedząc, że ja również znam ją świetnie, a nawet lubię, zaproponował spotkanie w naszym domu, na które ona przystała. Zapytała tylko, czy może zaprosić swojego przyjaciela. Nie jesteśmy z mężulkiem konserwatywni w poglądach, więc nie przeszkadzało to nam w niczym, a nawet ucieszyło. Mężulek, kiedy tylko się zjawił w domu, natychmiast mi opowiedział i był lekko skonfundowany, że nie zadzwonił do mnie z komórki by, spytać czy czegoś nie mam przeciw wizycie Jadźki. Obruszyłam się prowokacyjnie, ale pozwoliłam się natychmiast ułagodzić i trochę spóźniliśmy się z obiadem, bo nie umiem odmówić, kiedy mężulek mnie „odgrymasza”.Jadźka przyszła, więc, a z nią jej przyjaciel. Sympatyczny, wysoki facet. Przedstawił się, ale albo nie dosłyszałam, albo nie zapamiętałam imienia i dziś nie wiem jak się nazywał. Wszystko przebiegało pięknie. Wspominaliśmy okres studiów i wygłupy, jakie robiliśmy. Naśmialiśmy się z wykładowców, ich dziwactw, a nawet wręcz zboczeń, które wtedy gotowały nam krew, a dziś stanowiły cudowny powód do nostalgicznego śmiechu. Jadźka, która dzisiaj sama jest wykładowcą uniwersyteckim i znanym naukowcem, śmiała się z nami, ale zauważyłam, że z pewnym przekąsem, gdy wspominaliśmy dziwactwa kadry profesorskiej. Pewnie sama ma jakieś i docierają do niej uwagi studentów na ten temat. Nie to jednak było przyczyną, że stała się dla mnie już na zawsze suką suk.W którymś momencie temat zszedł na dzieci i oboje z mężulkiem chwaliliśmy naszego synulka, bo naprawdę mamy prawo czuć się z niego dumni. Jest wspaniały. Oczywiście nie obyło się bez mojego nagłego przygaszenia humoru, bo wyłoniła się sprawa mojego poronienia i utraty Zygmunta. Zazwyczaj, przez kilka minut, szklą mi się oczy, muszę wyjść, pobyć sama ze sobą i wracam do towarzystwa. Nie jestem może już taka rozbawiona, ale przecież nie robię pogrzebowych min, ani nie milczę i nie psuję innym humoru. Tym razem było zupełnie inaczej, bo nagle Jadźka, ni stąd, ni zowąd zaczęła się chwalić, że ona usunęła już dwie ciąże, bo nie może się „zabagnić bachorami”, kiedy jej kariera rozwija się tak błyskotliwie. - Jedną, to usunęłam prawie już po dopuszczalnym terminie – powiedziała lekko i jakby żartobliwie. Potem dodała coś, że powinnam się cieszyć, iż poroniłam, bo miałam przynajmniej kłopot z głowy. Ja!? Cieszyć?! Że straciłam Zygmuntka!? Mojego ślicznego, niepowtarzalnego Zygmuntka? Odebrało mi mowę i prawie zmysły. Natychmiast znienawidziłam Jadźkę i mężulka. Jego za to, że taką wredną sukę ważył się wprowadzić do naszego domu. Nie zrobiłam jednak nic. Do końca wizyty uśmiechałam się i prowadziłam ożywioną rozmowę. Chyba nawet bardziej i ożywioną niż wcześniej. Robiłam kawę i herbatę, podawałam ciasteczka i wszystko, co kto poprosił. Wypaliłam do tego dwie paczki papierosów. Za to alkoholu już nie wzięłam do ust. Bez niego czułam, jak zbiera mi się na wymioty, gdy tylko spojrzałam na roześmianą twarz Jadźki.Mężulek po ich wyjściu natychmiast spytał: - Żonulko, co jest? Nie byłaś sobą. Próbował mnie objąć, przytulić, ale go odepchnęłam i warknęłam, jakbym to ja była suką: - Zmiataj! Mężulek mnie zna, więc natychmiast się zmył i do rana nie wychodził z sypialni. Ja całą resztę nocy przeryczałam na balkonie. Ryczałam i przez następne dni. Do wczoraj.Wczoraj byłam sama w domu, bo obaj moi mężczyźni, nie umiejąc poradzić sobie z moim nastrojem wymknęli się na ryby. Kilka minut po ich wyjściu, zadzwonił telefon. Wzięłam ze stolika przenośny aparat i jeszcze nie zdążyłam powiedzieć nawet „słucham”, gdy odezwał się prześliczny dziecięcy głosik: - Mamulka? – Usłyszałam pytanie i byłam pewna, że rozpoznaję ten dźwięczny, pobrzmiewający radosnym, powstrzymywanym śmiechem głosik. Powiedzenie, że zamarłam, mija się o kosmiczne odległości z prawdziwym opisem mojego stanu. Zmieniłam się w coś niesamowitego, w jakiś eter, jakiś obłok o niebiańskiej konsystencji, stałam się ucieleśnieniem bezcielesności, zjawiskiem pośród zjaw. W tym momencie zrozumiałam strukturalne samopoczucie anielskiej ekstazy. Takiej bez erotycznego podtekstu, ale nasyconej niewyobrażalnym ogromem miłości. Nim odpowiedziałam „tak”, uwierzyłam bezgranicznie w Boga. - Tak się cieszę mamulku, tak się cieszę – zawołał w słuchawce głosik – a ty się cieszysz? Dziecinna konieczność upewniania się do oczywistego, rozbawiła mnie i łzy popłynęły mi po twarzy, jak dwie Wisełki od źródeł. - Bardzo, bardzo się cieszę Zygmuntku! – Powiedziałam i ścisnęłam słuchawkę tak mocno, że prawie zmieniła kolor z błękitnej na białą. - To dobrze mamulku! – Wołał on i jakby dzwonki dzwoniły przy każdym słowie. – Bo mi tu dobrze i się nie musisz martwić, a o tobie to myślę i pilnuje żeby ci było dobrze i tatulkowi, i braciszkowi, i wiesz… - nastąpiła przerwa, jakby mój niezwykły rozmówca musiał nabrać tchu. - Tak? – Spytałam z głębin eterycznej mgły, którą byłam. - I mam tu kolegów i koleżanki, i duuuużo ich – rozbrzęczał się cudownym śmiechem, muzycznie, niczym melodią graną na ksylofonie. – I są tu Bertka i Miłka też. Też są – powtórzył, jakby nie mając pewności, że usłyszałam. - A kim one są – zapytałam, uśmiechając się beztrosko, jak nie pamiętam, kiedy, bo cudownie zabawny był ten rozbrykany chłopiec. Wiem, że był rozbrykany, bo prawie widziałam jak przestępuje z nóżki na nóżkę, nie mogąc się doczekać, kiedy pobiegnie. - To są dzieci tej pani, no wiesz, co się na nią gniewasz, ale się nie gniewaj… tak miało być. - Dobrze – powiedziałam, ale zaciskając usta. - I tak się będziesz gniewać – roześmiał się mój niesamowity interlokutor – ale to nic… a teraz muszę lecieć, bo, no wiesz…I poleciał. Wiem, że poleciał, bo jeszcze przez chwilę słyszałam w słuchawce prześliczną, cichnącą muzykę. I teraz ona już zawsze będzie mi w duszy grała.
wtorek, 20 września 2011
Obudziłem się na podłodze z okropnym bólem głowy. Ogarnęło mnie przerażenie, że na pewno mam krwotok i niechybnie wykrwawię się w ciągu kilku minut.Przerażenie było nielogiczne, bo gdyby wziąć moje przychylne nastawienie do śmierci, to strach przed nią był czymś z gruntu głupim.Organizm jednak nie zawsze kieruje się logiką umysłu i chemia, dzięki której funkcjonuje, uruchomia swoje procesy zgodnie z regułami ewolucyjnego doświadczenia, a nie wyrozumowanych pragnień.Uniosłem się na łokciach by spojrzeć na plamę krwi, której spodziewałem się w okolicach bioder.Niczego takiego nie było.To, co ujrzałem wprawiło mnie w osłupienie. Nie było żadnej krwi, żadnego opatrunku i - co dopiero w tym momencie sobie uświadomiłem – nie było bólu. Oczywiście, z wyjątkiem tego w głowie. O nim jednak chwilowo przestałem myśleć, próbując zrozumieć sytuację.A ta była niezgodna z zasobami mojej świadomości i pamięci.Leżałem na podłodze zupełnie nagi, ale moje ciało nie odpowiadało wizerunkowi, który znałem od lat, czyli obrazowi podstarzałego mężczyzny, ze śladami kilku niemiłych zdarzeń w postaci blizn.To, co rejestrował mój wzrok, jako moją obecną postać, było ciałem młodego mężczyzny, bez żadnych widocznych blizn, zasklepionych ran, w ogóle było to ciało, któremu los oszczędził chyba jakichkolwiek niemiłych incydentów. Przynajmniej nie pozostały żadne ślady po takowych.Po krótkiej kontemplacji swojej –niemojej osoby poczułem jeszcze większy lęk, bo rozum zagubił się w sytuacji, która nie miała żadnych odniesień w jego doświadczeniu i nie potrafił dać mi wiarygodnego wyjaśnienia tego, co widziałem i czułem.A czułem także ból głowy i zimno.Uczucie zimna było zrozumiałe i uspakajające, gdyż leżałem nagi na podłodze, która chociaż pokryta czymś miękkim (dywanem?) była jednak chłodna, a może tylko fakt, że znajdowałem się poniżej normalnego poziomu, w którym funkcjonuje zazwyczaj człowiek sprawił, że zimniejsze u dołu powietrze wywołało uczucie zimna.Ból głowy nie od razu dał się wyjaśnić, ale gdy ją obróciłem, ujrzałem za sobą niską szafkę, której blat znajdował się poniżej poziomu łóżka, a na jego rancie ciemny ślad, łatwo zauważalny, bowiem szafka była jasnej barwy, chyba kremowa. Znaczyło, to, że spadając, uderzyłem głową o ten rant i stąd ból. Sprawdziłem, z tyłu głowy rzeczywiście miałem guza i chyba rozcięcie, bo poczułem lepkość. Domyśliłem się, że to krew, nim jeszcze ujrzałem jej ślad na palcach swojej ręki.W tym momencie zauważyłem jeszcze kilka innych rzeczy, a więc: łóżko nie było szpitalne, tylko raczej małżeńskie z drewnianymi bokami, również kremowej barwy, pomieszczenie było ogromne i w żaden sposób znajome.Domyśliłem się, że to sypialnia i najpewniej małżeńska, tylko, że ja nigdy w takiej sypialni nie postawiłem nawet stopy, nie mówiąc o nocowaniu.Dotychczas moje sypialnie, były to raczej niewielkie, przytulne wnętrza, zawierające mało przestrzeni, ale dużo ciepła i tęsknoty.Właściwie w tym momencie zrozumiałem, co się dzieje.Dlatego nie zdziwił mnie wcale widok śpiącej kobiety, której nagie ciało w pozycji embrionalnej spoczywało po przeciwnej stronie łóżka, a właściwie wielkiego łoża.Przyjąłem najprostsze i najwygodniejsze wyjaśnienie: to sen. A przecież nawet najgłupszy filozof wie, że nie wszystko wyśnić mu się może. c.d.n.
piątek, 16 września 2011
- Nie myśl, że jeżeli Ci powiedziała, że już jest dobrze, to jest dobrze.To był facet z sąsiedniego łóżka, którego już widziałem, gdy przywieźli mnie pierwszy raz na OIOM, jeszcze przed zabiegiem.- Nie myślę.Pomyślałem sobie, nie odpowiadając, bo jakoś nie czułem potrzeby, żeby ujawniać swoje przekonania.- Tylko tak gadają, żeby uspokoić, a potem walą prądem w klatę i po wszystkim.Jego gadanie nie zrobiło na mnie wrażenia. Milczałem i jeżeli jakieś myśli zaprzątały mi głowę, to te o pragnieniu, bo bardzo chciało mi się pić, a butelka z wodą niegazowaną stała zbyt daleko, żebym mógł ją sięgnąć, bo na skraju szafki, tym najdalszym ode mnie.Mogłem zawołać pielęgniarkę, ale jakoś mi się nie chciało i dobrze, bowiem za moment wszedł mój brat, który dostarczył mi piżamę i kolejną butelkę z wodą mineralną. Niegazowaną, oczywiście, gdyż innej nie było wolno mi pić.Piżama na razie była zbędna, bo leżałem obnażony od pasa w dół z opatrunkiem w miejscu nacięcia tętnicy udowej oraz ciasno obwiązany wokół bioder, nie wiem, bandażem, czy jakimś innym rodzajem opaski, która miała mnie unieruchomić i ochronić przed krwotokiem, bowiem ten mógł się zdarzyć w przypadku poruszenia nogą, czy nawet zbyt mocnego napięcia mięśni brzucha.Dlatego nawet głowy zabroniono mi unosić.Tu i ówdzie mnie bolało, co powiedziałem bratu, bo zapytał.- Damy panu morfinę – wtrąciła się pani doktor, która nagle przybyła skądś i stanęła w nogach mojego łóżka – 5 jednostek, proszę, bo tu waga jest spora – zwróciła się do pielęgniarki.Ta też pojawiła się znikąd, za to zniknął mój brat, ale zdążył mi jeszcze uścisnąć rękę na pożegnanie i obiecać, że jutro wpadnie.- Dobrze.Skinąłem mu w myślach głową, bowiem posłusznie nie próbowałem nią poruszać.- Dostał już 3 - powiedziała pielęgniarka i poczułem do niej jakiś żal, że wtrąca mi się ze swoją kwestią w mój myślowo-manualny dialog z bratem.- Nie szkodzi, proszę dać te 5 jednostek – zakończyła pani doktor, a do mnie powiedziała.- Już jest z panem w porządku. Udrożniliśmy tętnicę, założyliśmy stent i teraz będzie już tylko lepiej. Tylko proszę się nie ruszać i nie próbować chodzić, nawet do ubikacji. W razie potrzeby dostanie pan kaczorka. Proszę spróbować zasnąć.I poszła chyba sobie.Zacząłem się zastanawiać nad zmianami, jakie zaszły w szpitalach od lat sześćdziesiątych (bo jakoś tak sobie uogólniłem swoje konstatacje), gdyż wówczas nie mówiono „kaczorek” tylko „kaczka” i przez chwilę dywagowałem, czy to jest sprawa polityczna, czy tylko ewolucja języka. -Szkoda, że nie ma Miodka ani Bralczyka – odczułem żałość, ale minęła mi szybko.- Ta, będzie dobrze! Tylko, po co ta maszyneria?To znowu był facet z sąsiedniego łóżka, ale nie wiedziałem, o jakiej maszynerii mówi i nadal nie miałem ochoty na dyskusję.- Teraz wkłuję się panu i założę wenflon – powiedziała pielęgniarka.- Ależ, siostro, ja mam już… - powiedziałem.- Nie jestem pana siostrą. My jesteśmy pielęgniarkami, siostry są w zakonie, a muszę założyć drugi wenflon, bo w tamtym ma pan już kroplówkę, nie widzi pan?Może to właśnie w tym momencie pomyślałem sobie o tych zmianach, jakie zaszły w szpitalach, a nie przy „kaczorku”, bowiem znikniecie sióstr wydało mi się bardzo znaczące i jakieś symboliczne, w odniesieniu do sytuacji.Rzeczywiście, miałem podłączoną kroplówkę. Z jednej butli już kapało mi do żyły, a druga czekała w kolejce, wisząc na stojaku. Na tej pierwszej pisało chyba „sód”, ale w pomieszczeniu nie było zbyt jasno, do tego nie miałem okularów, więc pewności, co do napisu nie mam.- A gdzieś trzeba dawać panu zastrzyki – powiedziała pielęgniarka, niebędąca już siostrą i wkrótce miałem drugi wenflon sterczący z zewnętrznej strony mojej dłoni.Po chwili zrobiła mi do niego wlew.Domyśliłem się, że to ta morfina, którą zaordynowała mi lekarka.Pielęgniarka odeszła i zaraz nadszedł sen lub nie sen. Coś nadeszło. c.d.n.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||