" "

Wpisy z tagiem: okno

niedziela, 25 marca 2012
sobota, 11 lutego 2012
Z siarczystego mrozu nocy nagłe nastąpiło ocieplenie i w moim sercu takoż jakby chłód zelżał. Za chłodem serca zelżały również wiązania, pęta raczej, duszy mojej zmatowiałej podobnie do szyb wysmaganych północnym wiatrem i siarczystego mrozu tchnieniem, nieuprawnienie opisywanych przez artystów jako obrazy kwieciste, jednolite bezołowiowe witraże.
A to maty tylko matowe są, bezbarwne i nieprzenikliwe i zimne jak dłonie nieboszczyka w kaplicy, pozornie poddawane do pocałunku samotniejącym po nim bliskim.
Tak było, tak widziałem i czułem przyklejony do zmatowiałej szyby twarzą zmartwiałą.
Ale czy to mój oddech, czy to nagłe ocieplenie sprawiło, że oto przed moimi oczyma - każdym z osobna – jakby okulary się zmaterializowały i w dali, choć blisko, bo na podwórku ujrzałem jasność bieli i połać rozległą tejże barwy.
Skarciłem się zaraz za ten poetyzm, za szarm dziwaczny, niepasujący do mojej tożsamości i prostym wzrokiem popatrzyłem przez dwa rozciekłe kółka w zmarzlinie szyby, przez chwilę łudząco podobne do starych binokli bez oprawek.
Nic już poetyckiego nie zobaczyłem za oknem, jeno posypkę śniegu na stwardniałej skorupie ziemi.
Tyle, że słońce mocno świeciło i domyślałem się po ostrości oślepiania, iż grzać może jak piec.
Wyjść warto – pomyślałem – na ten śnieg, na to słońce i ten żar z pieca, i pobyć tam w nich, tych wszystkich: śniegach, słońcach i żarach, w tej całej połaci. Bo połać nagle wróciła do myśli moich, jakbym samym zamiarem wyjścia w nią znowu się odmienił ku czemuś innemu, niźli mojej tożsamości przyrodzone nic.
Z pustymi dłońmi nie wyjdę – uznałem już jakby niemoją myślą, niemoją tożsamością – i wziąłem znikąd (bo zmaterializował mi się na stoliku samoistnie) tom wierszy.
Książkę zawierającą zestawy słów niezrozumiale powiązanych, jakby ktoś (ten, ta, co pisał) nim skończył zdania kropką lub bez kropek pozostawiając, skreślał w nich słowa niepotrzebne, krzywiące sens, a może przeciwnie – sensem najważniejszym będące, dlatego je wykreślał, aby jeno sens pozostał słowami nieskrzywiony.
Nie wiedziałem i nie zamierzałem wiedzieć, bo nie dla wiedzy czytałem, nie dla uniesień, a tylko by oczy zatrzymać na czymś, co nie jest oślepiającą jasnością bieli i głowę zająć czymkolwiek, żeby uwolnione nagłym ociepleniem myśli nie rozłupały mi jej na bezkształtne strzępy.
Bez tego głowa mi pęka i nie wiem, czy więcej mam zmarszczek, czy spękań, bo wzajemnie się maskują - zmarszczki rysy spękań, a pęknięcia zmarszczki. A one razem, moje rysy maskują, czyniąc mi twarz nijaką i niepoznawalną.
Tedy wziąłem ów tom i wyszedłem.
Za progiem wionął na mnie mróz zmieszany z gorącem i znalazłem się w rześkiej otulinie promienistych tęcz wytryskających wprost spod moich butów, ze śniegu.
Rześkość ta spłynęła po mnie i we mnie – do wnętrza - rozgrzewając i dając ulgę kojącą wszelkim strapieniom.
Rozpiąłem serdak i spacerując niespiesznie po białym kobiercu (bo śnieg w połaci, z wolna, niespiesznie, w dywan-kobierzec się transformował), czytałem werset po wersecie, wiersz po wierszu, w coraz większy popadając zachwyt (bo i zachwyt pojawił się znikąd i choć nie zmaterializował się w niczym, to był).
Aż skrzypnęła furtka i śnieg zaskrzypiał pod niemoimi nogami (bo ja celowo nie skrzypiałem by kontemplować), odrywając mój wzrok od stronic i przeciągając go ku skrzypowi.
Zatrzymałem wzrok swój na tym skrzypie, by niespiesznie (jako że nie spieszyłem się nigdzie ani donikąd) przenieść go na buty ów skrzyp wywołujące.
Buty były ciemne, nogawki spodni nad nimi takoż. Całe nogi były ciemne, ale tylko buty skrzypiały.
Był to Przychodzeń.
Z bliska (bo podszedł blisko do mnie) ubranie jego okazało się czysto białe, tylko nogi (co i z daleka dostrzegłem) były ciemne (może brązowe bardziej, niż czarne), bo takie miał nogawki spodni.
Na twarzy jego zauważyłem nieregularne faliste rysy poprzeczne brązowego koloru. Nos miał na końcu żółty, łyżkowato rozszerzony i spłaszczony. U nasady nosa i wokół oczu skóra była również żółta, a pod samymi oczami czarna.
Pod szyją, a raczej na podgardlu miał ni to apaszkę, ni to żabot żółtego koloru, jakby chciał się barwą stroju dopasować do kolorytu twarzy.
Podobnież włosy, zaczesane do tyłu w dziwacznie sterczący, żółcią połyskujący, grzebień podsuwały na myśl skojarzenie celowego oraz racjonalnego dostrojenia stroju do wyglądu i odwrotnie.
Jakby chcąc podkreślić swoją młodość (choć na młodego nie wyglądał) na dłoniach miał czarne rękawiczki, a czerń ich unaoczniał rozkładając nieco ramiona i wyglądał wtedy, jak ptak z białymi skrzydłami o czarnych końcach.
Jakoś wszystko u niego skupiało się na tych końcach, a to nos żółty, a to grzebień z włosów (też żółty) i na końcu wreszcie te końce ramion, tym razem czarne.
Zdał mi się uderzająco podobny do ptaka, bo i chód jego był ptasiemu podobny: nogi unosił sztywno ugięte w kolanach pod kątem prostym, a kolanem zdawał się mieć zamiar uderzyć w swój spłaszczony nos, ale zawsze w pół ruchu nogę opuszczał ku ziemi i drugą podnosił z takim samym wrażeniem chęci zmiażdżenia nosa.
Bocian – pomyślałem w pierwszej chwili nazywając w myślach skojarzenie, ale zaraz inną myślą, przybyłą z zakamarków pamięci, z miejsca składowania niepotrzebnej wiedzy poprawiłem się i nazwałem adekwatniej: warzęcha.
Przelotny ptak brodzący, z rzadka nawiedzający nasze strony. Podobnie, jak on – Przychodzeń, pojawiający się nieczęsto u mnie.
- Czytasz pan wiersze! – Zagaił od razu z przyganą i sarkazmem.
- Czytam wiersze. – Odpowiedziałem z naiwną szczerością.
- I zachwycasz się pan? – W jego głosie słychać było już nie sarkazm, nie ironię, ale czyste, nieskalane szyderstwo.
Nie przeląkłem się, nie zmieszałem, odparłem, więc prostolinijnie i jeszcze bardziej naiwnie:
Zachwycam się!
- Jak to się pan zachwycasz?! – Krzyknął -jak możesz się zachwycać! – Starał się sprostytuować mnie krzykiem – przecież te wiersze nie zachwycają! – To banialuki! Bańki mydlane! K-o-l-o-k-w-i-a-ł-y! – Literował.
Literował sylabizując i znowu upodobnił się do warzęchy, ale i boćka zarazem, bo klekotał i podskakiwał raz na jednej nodze, raz na drugiej, i znowu klekotał, by zaraz literować sylabizując: t-o-s-ą-n-i-e-s-p-o-ł-e-c-z-n-e-d-y-r-d-y-m-a-ł-y!
- A mnie zachwycają. - Odpowiedziałem beztrosko.
- Dlaczego? – Wychrypiał rozpaczliwie, jakby tracił głos po wcześniejszym klekotaniu.
- Bez powodu! – Zawołałem, czując jak beztroska we mnie narasta i powoli zmienia się w uniesienie.
Wtedy ona zamarł i popatrzył gdzieś za moje plecy wzrokiem przejętym aż do zgrozy.
Odwróciłem się.
- Tego nie robi się kotu… – wyszeptał.
Przed progiem mojego domu, na sztywnych, ale miękko stawianych łapach spacerowała czarna kotka. Była piękna i dostojna, jak cesarzowa.
Niezupełnie.
 
Nie miała ogona.
piątek, 27 stycznia 2012
Jednak przybyła.
Nikt już właściwie na nią nie czekał, ale się zjawiła.
Zima.
Niczym młoda poetka o chabrowych oczach na wieczór autorski w zapadłej wiosce, której autobus nie dowiózł na czas, bo się prozaicznie rozkraczył, niczym osioł, na wyboistej drodze i niedoszli czytelnicy, mający pierwej być słuchaczami poszli do domów, nie żałując wcale, że poetka nie przyjechała, bo ani jej, ani jej wierszy nie znali.
I dobrze, gdyż zdążyli się jeszcze napić piwa, nim sklep zamknięto przed zmierzchem.
Tylko ja czekałem na poetkę o chabrowych oczach, chociaż też nie znałem jej wierszy, ale znałem jej chabrowe oczy, które zobaczyłem wcześniej przelotnie, będąc przypadkowo w powiatowej knajpie, gdzie czasem pijali poeci.
I to była poezja najwyższego lotu – te oczy jej chabrowe.
Utonąłem w nich bez tchu i zakochałem się we wszystkich wierszach świata, bo zrozumiałem, że tylko podniosłe metafory zdołają unieść moją tęsknotę za chabrowym spojrzeniem.
Dlatego, upiwszy pewnego, kiepskiego prozaika, ale znajomego poetki, wprosiłem ją sobie na spotkanie autorskie w naszej wiejskiej świetlicy pod pozorem byle jakim, rozsnuwszy iluzję tęsknicy poetyckiej, która opanowała serca młodzieży spracowanej żniwami, czy zbiorem kartofli – nie pomnę.
I zostałem przyjęty.
Och, tak się właśnie poczułem, jakbym został przyjęty przez kobietę moich marzeń, stając się narzeczonym, gdy wytrzeźwiały pisarz powiadomił mnie, iż poetka zaproszenie przyjęła i zjawi się w mojej wsi wtedy, a wtedy.
Nie było mi trudno zebrać zgraję młodych, znających pismo, bowiem liczono się nieco w wiosce z moim zdaniem.
Tyle, że ten autobus się rozkraczył prozaicznie…
A jednak poetka przybyła. Nie wiem, w jaki sposób odnalazła świetlicę, bo nikt po nią nie wyszedł i drogi nie wskazał.
Może drogę pokazała jej poświata z okien świetlicy, bo były to jedyne oświetlone okna w całej szkole (gdyż w szkole była świetlica), a może moja nieustająca tęsknota za jej chabrowymi oczami rozścieliła się na dziurawej drodze fosforyzującym dywanem i dzięki temu nieomylnie trafiła tam, gdzie trafić powinna. Nie wiem, nie pamiętam.
Nie pamiętam, bo jakoś mi przecież opowiedziała odyseję swojego przybycia.
- Nikogo już nie ma… - Szepnęła, gdy stanęła w drzwiach, ale w jej głosie tylko w połowie pierwszego słowa brzmiał smutek.
- Ja jestem. – Odpowiedziałem zwrotem, który na resztę życia stał się moim rozpoznawczym truizmem.
Wtedy jednak zabrzmiał naprawdę poetycko i chabrowe oczy rozbłysły światłem, przyćmiewając to żółte, elektryczne.

Wkrótce zbędne.
piątek, 16 grudnia 2011
Wstaję rano „i robię sobie sam śniadanie”*).
Z tym śniadaniem to jest prawda, ale ono nie jest w tej kolejności, bo po pierwsze, to gdy wstaję rano wcale nie otwieram drzwi od lodówki, tylko drzwi od łazienki, nie zauważając, że ona (ta łazienka) wciąż ma nie do końca pomalowane ściany, albowiem z takiego rana, gdy ja wstaję, to nie widać prawie nic, nawet przy zapalonym świetle, bo oczy wciąż jeszcze utkwione są wzrokiem w innej, sennej rzeczywistości, która dzisiaj, na przykład, była nareszcie zwyczajnym snem, oniryczną mgławicą zdarzeń, które sens wzajemnych powiązań miały wyłącznie w czasie śnienia, bo po przebudzeniu (już w łazience) żadnego sensu nie miały.
A takich snów dawno już nie śniłem. Bo śnię wciąż te dziwne realistyczne, fabularne sny, z których mogę przytaczać każde słowo, każde wydarzenie opisywać, niczym świadek w sądzie, nie obawiając się podchwytliwych pytań, gdyż o prawdzie zaświadczam.
A są one (te sny realistyczne) zawiane grozą, bo, budząc się, nie wiem, czy naprawdę się obudziłem, (chociaż wyraźna rysa oddzielająca sen od jawy przekonuje, że już sen się skończył), czy to tylko kolejny etap sennego wątku.
„Dzisiaj zrobię zupę szczawiową”, myślę w łazience, gdyż wczoraj był panierowany kurczak z wcześniejszego rosołu, a dla syna i wnuczki były jeszcze jajka sadzone, bo apetyt im dopisał po kurczaku i ziemniakach z dodatkiem buraczków. Wnuczkowi też dopisywał, więc zjadł połowę mojej porcji i poszedł spać po obiedzie w moim łóżku, i swoich bucikach, ale zdjąłem mu je, gdy tylko uśmiechnął się snem i poznałem już, że biega na bosaka po podwórku, i do świnek u dziadka Andrzeja, gdyż to uwielbia.
Co potem mu się spełniło na jawie, bo pojechał z siostrą do tego dziadka, a ja miałem wolne pół dnia, którego nie wykorzystałem jak należy, bo wciąż staram się przywrócić utracone dane z komputera, zamiast robić coś pożytecznego.
Kiedy wreszcie przestaję myśleć, to nadal nie robię sobie śniadania, bo idę do okna w kuchni, które chociaż małe, to widać przez nie cały świat. Oczywiście, gdy wzrok się wytęży należycie, ale ja nie wytężam wzroku wcale, tylko patrzę i czekam, aż rzedniejąca ciemność nocy rozpłynie się w powodzi pomarańczowego światła, gdy olbrzymi krąg słońca niespiesznie poturla się na prostopadle ułożonej średnicy horyzontu.
Widzę ten spektakl doskonale, pomimo drzew, które gęsto zarastają (bo przecież nie rosną jak w ogrodzie) mój sad, ale że są bezlistne, to i teatru świtu nie przesłania mi kurtyna.
Po spektaklu światła i bezdźwięku, albowiem świat jeszcze śpi, z wyłączeniem moich kotów, które kręcą mi się pod i między nogami, gdyż wiedzą, że jeżeli znika mrok i nastaje dzień, to ja robię sam śniadanie, i robię je najpierw im właśnie, co się spełnia.
Gdy koty jedzą, a psy patrzą na nie łakomie (nie żeby zjeść koty, tylko ich śniadanie), ja zaczynam swoją, setki mil liczącą, drogę.
 
W kolejny, zwykły dzień.

*) "Radio" - Lonstar

piątek, 07 stycznia 2011
- Nigdy po tobie nie zapłaczę – usłyszałem jej szept z odległości nieistnienia i natychmiast zaniosła się rozpaczliwym szlochem, który już do mnie nie dotarł, bo jako martwy uszy miałem zamknięte na dźwięki.
Otuliłem ją płaszczem nicości i objąwszy drżącą kibić ramionami galaktyk, wyprowadziłem z pokoju o brudnym oknie z firankami pajęczyn, za którym rosło drzewo jako pamięć o ogrodzie może kiedyś istniejącym.
Nie widziałem słońca, które poraziło jej oczy i na chwilę pozbawiło zmysłu wzroku, dzięki czemu zobaczyła mnie w mroku nicości.
- Nie po tobie płaczę! – Krzyknęła rozzłoszczona i pobiegła, nie czekając aż oczy przywykną do światła.
Nie obawiałem się, że upadnie, będąc prawie ślepa, bo przed nią nie było przeszkód, a pod jej stopami uginała się równo przystrzyżona trawa, co powinno mnie zdziwić w sąsiedztwie takiego brudnego okna i jeszcze brudniejszego lustra, ale nie dziwiło, gdyż wraz z martwotą ciała, zastygły we mnie wszelkie emocje i rozumienie praw oraz zasad.
Stanęła i odwróciła się w stronę domu, w którym na podłodze jednego z pokoi zostały moje zwłoki, jakby chciała się z nimi – mną pożegnać.
- Nigdy nie zapłaczę, nigdy! – Zaciśniętymi wargami wyrzuciła ponownie groźbę w moim kierunku, choć nie wiedziała gdzie jest ten kierunek, tak, jak i ja nie wiedziałem, bo przecież nie było mnie w żadnym.
Dlatego zadziwiającym była moja wiedza o zdarzeniach, których obserwować nie mogłem, bo nie miałem narządu do obserwacji, gdyż moje oczy, podobnie jak całe ciało były martwe i pewnie już się rozpłynęły w kałuży krwi i mózgowej galarecie.
Tego nie wiedziałem na pewno, gdyż z chwilą śmierci utraciłem wiedzę o swoim ciele.
Przestałem istnieć. Pozostała mi jedynie wiedza o niej – tej, która rozpłatała mi głowę, ale wcześniej uwieszona na moim ramieniu z niedowierzaniem przyjmowała wieść, że przeżyła, że głaz, który miał ją zabić powstrzymałem swoimi plecami, wysiłkiem woli wyginając kręgosłup tak, aby stał się płotem, który odgrodził ją od niebezpieczeństwa, gdy zawisła na moim ramieniu nad przepaścią.
Nie czułem już, gdy wspinając się po nim, wyłamała mi je z barku.
Rdzeń kręgowy pękł wcześniej i paraliż ocalił mnie od bólu, który później wrócił, gdy ramiona częściowo odzyskały możność działania.
Długo umiała wytrwać przy moim bezruchu, ale nie nieskończenie.

Dlatego wybiegła z domu.

*) Najgorszy początek mozna odnaleźć w archiwum bloga.
 
1 , 2