" "

Wpisy z tagiem: pogoda

czwartek, 02 lutego 2012
- Zmarzłam. - Powiedziała Maria, wchodząc z mroźnym powiewem przez próg, jak Królowa Śniegu.
- Brrr - zabrrrnąłem, widząc jej oszronione rzęsy i rozgwieżdżone diamentowymi śnieżynkami włosy.
Ale uśmiech miała ciepły, i jasny, jak Słońce w upalny dzień. To mnie rozgrzało, więc poderwałem się by zdjąć z jej ramion płaszcz.
Maria pozwoliła zdjąć go z siebie z wrodzoną cierpliwością i obdarzyła mnie muśnięciem warg po policzku.
Nie podrażnił jej przy tym mój drapiący zarost.
- Niezły z ciebie drapichrust . - Roześmiała się tylko.

Muskając powtórnie, nim dałem drapaka.
niedziela, 15 stycznia 2012

Sąsiad przyszedł do mnie na rękach, bo śnieg go zaskoczył, a buty miał przemakalne i zmarzły mu stopy.
Co mi tam!
Każdy chodzi, jak lubi, lub umie, ja  - na przykład – niewiele. Sąsiad ma ciepłe rękawiczki, więc może na rękach. Jego gust, jego wola i tylko moja zagroda, ale ja jestem gościnny, więc wszedł, i tylko go opieprzyłem, gdy furtki nie zamknął.
Bo trochę impulsywny jestem na początku zimy.
Tłumaczył się, że nie ma wprawy w zamykaniu nogami, co mnie nie przekonało i powiedziałem, że w takim razie niech wchodzi przez płot, a furtki nie tyka, bo to mnie wyprowadza z równowagi.
A gdyby mi płot połamał, to niech to też weźmie pod uwagę, ostrzegłem, na wszelki wypadek, gdyby, co.
- Z takiego, byle jakiego płotu ceregiele robisz? – Obraził mnie, prosto w oczy, gdy już przez próg go wpuściłem nieopatrznie, nie wiedząc, że tak się zachowa.
- O rzesz ty! Gnoju jeden! – Powiedziałem mu dyplomatycznie i nawet niezbyt stanowczo.
Zmieszał się i zapomniał języka w gębie.
Miał szczęście, że  psy go nie dopadły, kiedy pognałem go przez sad i pole.
 
Szybki jest w rękach, muszę przyznać bezstronnie.
środa, 11 stycznia 2012
Wczoraj spadł pierwszy śnieg. Był mokry i lepki, jak niedowałkowane ciasto na kluski, toteż lepił mi się do butów nieregularnymi kluchami, jak przecieranki świeżo wyłowione z wody i rozrzucone na kuchennej podłodze przez Marcinka, w ramach pomocy kulinarnej.
Dziś śniegu już nie ma, bo zmyła go woda jakby w kuchni podłogę, w którą się zamienił   (W wodę się zamienił, nie w podłogę).
Został z niego tylko skurczony do wielkości krasnoludka bałwanek na środku podwórka. Wczoraj z mozołem ulepiły go wnuczęta, nim same zmieniły się w nasączone wodą gąbki.
Trudno je było zagonić do domu, a co dopiero wyżąć, ale z trudem i płaczem udało się, choć dziadek został „bebe” oraz postraszony studzienną wiedźmą, która kradnie kurczęta i małe dzieci oraz złych dziadków - Buką.
Z powodu śniegu, Buki i wnucząt oraz, bo pora już ku temu była najwyższa, udałem się do przychodni zdrowia.
Brnąłem przez śnieg, ślizgając się na kluskach z błota i śniegu na drugą stronę drogi niezdziwiony, że nikt jej nie odśnieżył, bo pierwszego śniegu się nie odśnieża, gdyż i tak stopnieje, co okazało się i tym razem prawdą.
Szedłem, wcale nie z powodu śniegu, z duszą na ramionach.
W przychodni było pusto, jak na polu.
Nawet Teresy z jej malutkim synkiem nie było, czemu się nieco zdziwiłem, bo Teresę spotykam zawsze, gdy wychodzę do przychodni. A często także, gdy wychodzę gdzie indziej i wtedy idziemy razem, bo nam jest po drodze.
Tym razem jej nie spotkałem. Nie spotkałem też żadnej innej nieznajomej, z którą mógłbym zjeść kolację, ani żadnego nieznajomego, z którym mógłbym napić się wódki.
Może, dlatego że wódki ostatnio nie pijam, a przy nieznajomych kobietach odejmuje mi mowę, więc żaden ze mnie towarzysz konsumpcyjny.
W przychodni był za to pan doktor i kilka pielęgniarek, więc gdy poprosiłem o odnowienie leków zrobiło się zamieszanie, albowiem pan doktor miał tego dnia coś z oczami i nie mógł przeczytać, na jakim poziomie refundacji są moje specyfiki. Musiały to zrobić za niego panie pielęgniarki, które, z kolei, nie do końca wiedziały, gdzie szukać informacji, więc się wtrąciłem, że pomogę, bo wcześniej sprawdziłem to w sieci, co zostało przyjęte niechętnie, ale w ostateczności zaakceptowane.
Żeby nie przedłużać:
Apteka zarobiła na mnie 1/3 więcej niż za te same medykamenty w ubiegłym roku. Pani aptekarka zgryźliwie zauważyła, że trzeba było w grudniu wykupić leki na zapas.

- Jeść też było trzeba! – Odparłem, nie mniej zgryźliwie.
piątek, 04 listopada 2011
Eliza myśli sobie, że świat jest piękny, bo, gdy ona może być na dworze, to zrobiło się cieplej, prawie ciepło i choć chmurki płyną po niebie, zasłaniając błękit, to płyną ładnie i niespiesznie, i z rzadka tylko pokropią kilkoma kropelkami, by schłodzić jej, Elizy czoło.
I Eliza się cieszy, że nie będzie miała gorączki, bo chmurki chłodzą jej głowę kropelkami deszczu, a delikatny wietrzyk pozwala jej oddychać mocno, głęboko, radośnie.
Uśmiecha się Eliza więc, i rozgląda z zadowoleniem, że świat taki piękny jest, gdy ona może być na dworze, i go oglądać z bliska.
Nie dziwi Elizy, że świat się do niej uśmiecha, bo do Elizy wszystko się uśmiecha i wszyscy się uśmiechają, nawet ludzie, którym zwykle nie do śmiechu, dla Elizy mają przecież uśmiech. Nie wyniosły, nie pogardliwy, nie litościwy – szczery.
Eliza odwzajemnia każdy uśmiech, a może inaczej, Eliza wyprzedza każdy uśmiech, nim się urodzi i czyni go szczerym, i nasyca go pogodą i prawdziwą radością, jaka przystoi uśmiechowi.
I ludzie są wdzięczni Elizie, że tak potrafi wydobyć z zakamarków ich duszy prawdziwie szczery uśmiech.
 
Bo smutno im bez szczerości.
środa, 12 października 2011
Jak się pieprzy, to się pieprzy na całym froncie, nawet pogodowym, aczkolwiek w tej materii jest mały niuans – lubię popieprzoną pogodę, czyli, gdy pada deszcz oraz hula wiatr i liście spadają mokrymi chusteczkami wprost na czoła, oczy i zatykają, razem z wiatrem, usta.
Tak jest teraz, w tej chwili za oknem, a mnie tam nie ma.
Nie ma mnie tam, bo jestem tu, gdyż niestety, jak się pieprzy, to się pieprzy i właśnie spieprzył mi się komputer, co sprawia, że muszę korzystać ze sposobnej chwili, by na kompie syna coś napisać, póki jeszcze mogę, póki router działa, póki syna nie ma.
Jest to zła i dobra wiadomość, bowiem w wyniku opisanej sytuacji, najprawdopodobniej zawieszę swoją obecność w sieci.
To, w gruncie rzeczy, drobna niedogodność.
Szczerze mówiąc, spodziewałem się czegoś takiego, gdy dobrze zapowiadający się rok obsypał mnie przykrymi niespodziankami.
Nie o wszystkich pisałem i w tej notce też nie napiszę, wbrew tej mrocznej chęci, która pojawia się w moim mózgu, gdy tylko dotknę klawiatury.
Napisała mi w komentarzu Oksyd, że dosyć w sieci smutnych wieści i ja się z nią całkowicie zgadzam.
Dlatego będzie o wyborach i orzechach oraz jabłkach, i mokrej trawie, i może o jesieni.
Na wyborach nie byłem, bo niestety należę do tej znaczącej części społeczeństwa, która nie miała wśród kandydatów swojego reprezentanta ani w postaci partii, ani w postaci postaci, czyli osoby.
Albowiem kandydaci do wybrania reprezentują wyłącznie biznesmenów, choć nie każdy kandydat zdaje sobie z tego sprawę. Większość z nich, jednak zdaje.
I nie ma żadnej lewicowej siły politycznej zainteresowanej tym, żeby zmieniać coś na korzyść pracowników najemnych, i wywodzących się z tej grupy emerytów i rencistów. Nominalny nurt lewicy przecież nie z robotnikami podpisywał porozumienie, tylko z BCC, a RP Palikota, to taka lewica, jak ja Szymborska.
Zadziwiające jest, że w mojej wiosce na Palikota głosowali wszyscy moi podsklepowi przyjaciele.
Chyba z wdzięczności za jabole, ongiś przez niego produkowane.
PIS już pokazał, podobnie jak PO, że reprezentuje ten sam element społecznegokrajobrazu.
PSL rządzi w mojej gminie, więc nie będę kalał swojego gniazda.
Tyle o wyborach, bo nie ma o czym gadać.
Lepiej o orzechach, z których przynajmniej można pozyskać magnez niezbędny takim, jak ja, o wiele taniej niż w aptece.
Nie było tych orzechów w nadmiarze, ale jednak były, podobnie, jak jabłka.
Czyli w sprawie owoców rok zapowiadał się źle, a było średnio.
 
O trawie będzie, kiedy indziej, a jesień jest.
 
1 , 2