" "

Wpisy z tagiem: Ballada

piątek, 27 stycznia 2012
Jednak przybyła.
Nikt już właściwie na nią nie czekał, ale się zjawiła.
Zima.
Niczym młoda poetka o chabrowych oczach na wieczór autorski w zapadłej wiosce, której autobus nie dowiózł na czas, bo się prozaicznie rozkraczył, niczym osioł, na wyboistej drodze i niedoszli czytelnicy, mający pierwej być słuchaczami poszli do domów, nie żałując wcale, że poetka nie przyjechała, bo ani jej, ani jej wierszy nie znali.
I dobrze, gdyż zdążyli się jeszcze napić piwa, nim sklep zamknięto przed zmierzchem.
Tylko ja czekałem na poetkę o chabrowych oczach, chociaż też nie znałem jej wierszy, ale znałem jej chabrowe oczy, które zobaczyłem wcześniej przelotnie, będąc przypadkowo w powiatowej knajpie, gdzie czasem pijali poeci.
I to była poezja najwyższego lotu – te oczy jej chabrowe.
Utonąłem w nich bez tchu i zakochałem się we wszystkich wierszach świata, bo zrozumiałem, że tylko podniosłe metafory zdołają unieść moją tęsknotę za chabrowym spojrzeniem.
Dlatego, upiwszy pewnego, kiepskiego prozaika, ale znajomego poetki, wprosiłem ją sobie na spotkanie autorskie w naszej wiejskiej świetlicy pod pozorem byle jakim, rozsnuwszy iluzję tęsknicy poetyckiej, która opanowała serca młodzieży spracowanej żniwami, czy zbiorem kartofli – nie pomnę.
I zostałem przyjęty.
Och, tak się właśnie poczułem, jakbym został przyjęty przez kobietę moich marzeń, stając się narzeczonym, gdy wytrzeźwiały pisarz powiadomił mnie, iż poetka zaproszenie przyjęła i zjawi się w mojej wsi wtedy, a wtedy.
Nie było mi trudno zebrać zgraję młodych, znających pismo, bowiem liczono się nieco w wiosce z moim zdaniem.
Tyle, że ten autobus się rozkraczył prozaicznie…
A jednak poetka przybyła. Nie wiem, w jaki sposób odnalazła świetlicę, bo nikt po nią nie wyszedł i drogi nie wskazał.
Może drogę pokazała jej poświata z okien świetlicy, bo były to jedyne oświetlone okna w całej szkole (gdyż w szkole była świetlica), a może moja nieustająca tęsknota za jej chabrowymi oczami rozścieliła się na dziurawej drodze fosforyzującym dywanem i dzięki temu nieomylnie trafiła tam, gdzie trafić powinna. Nie wiem, nie pamiętam.
Nie pamiętam, bo jakoś mi przecież opowiedziała odyseję swojego przybycia.
- Nikogo już nie ma… - Szepnęła, gdy stanęła w drzwiach, ale w jej głosie tylko w połowie pierwszego słowa brzmiał smutek.
- Ja jestem. – Odpowiedziałem zwrotem, który na resztę życia stał się moim rozpoznawczym truizmem.
Wtedy jednak zabrzmiał naprawdę poetycko i chabrowe oczy rozbłysły światłem, przyćmiewając to żółte, elektryczne.

Wkrótce zbędne.
niedziela, 13 listopada 2011
Pamiętasz ten dzień?
Pamiętasz jak się wokół drzewa zagęszczały,
Jak zieleń trawy ciemniała soczyście
I cisza coraz mocniejszy miała aromat?
Byłaś tam ze mną – gałęzie, jak baldachim nad łóżkiem,
Nad nami wisiały...
Byliśmy tam – Ty, ja i moja żona.
Jeszcze nie wiedzieliśmy, że żoną zostanie.
Do niej i do ciebie mówiłem – kochanie,
Uważaj na krzewy...
A wy – tak kochany, oczywiście!
 
Było w tym lesie jezioro
I obieście nago w wodzie się pluskały - -
Ja pływać nie umiem -
I tak jesteś, kochanie, wspaniały
Ze śmiechem wykrzyczałaś unosząc mi duszę,
Która do najważniejszego dofrunęła kręgu,
Gdzie Cherubin - szycha - nektarem mnie spoił
I opadłem na ciebie, kiedy wyszłaś z wody,
I krzyczeliśmy z ekstazy oboje...
 
Pamiętasz?
Dzisiaj wspomnienia tego, jak śmierci się boję,
Gdyż czas zabawił się nami,
I żyjąc z kimś przez lata – we dwoje -
Wciąż jesteśmy sami...
piątek, 02 września 2011
Droga Czytelniczko!
Piszę do Ciebie dzisiaj wreszcie. Wreszcie, bo długo już milczały moje zamknięte w półuśmiechu usta i zawieszone w próżni dłonie, gdy chcąc napisać list pochylałem się nad wielką płaszczyzną czerpanego papieru, pachnącego igliwiem, poziomkami i tym subtelnym aromatem tajemnicy, którą możesz poczuć w każdym lesie, w każdym gaju, a ja ją czuję nawet w moim ogrodzie – moim tajemniczym ogrodzie, bowiem od pewnego – nieustalonego – czasu mój ogród stał się dla mnie tajemniczy i ogromny, i nie szukałbym przyczyny w tym, że trudno mi przemierzać go teraz wzdłuż i wszerz, jakby z wiekiem starzejących się powoli drzew go zamieszkujących przybywało mu przestrzeni.
Myślę, że po prostu ogrody już tak mają, iż z wiekiem ze zwykłych sadów przemieniają się w tajemnicze ogrody, zamieszkiwane nie tylko przez ptaki, wiewiórki, a bywa, że i rude, jak jesienne liście lisy, straszące rozbrykane koty, ale również przez elfy, nimfy i driady, nie mówiąc o rusałkach, które, co prawda potrzebują stawu pełnego wody, ale czasem wpadają na kilka nocy – szczególnie księżycowych – aby potańczyć w wysokiej trawie, poswawolić na wonnym rumianku, nie zważając na piekące smagnięcia pokrzyw, gdyż rusałkom pokrzywy nie szkodzą.
W moim tajemniczym ogrodzie mieszka także tajemnicza maleńka księżniczka, kochająca mnie bezgranicznie miłością tak ogromną, że gdyby tę miłość przyrównać do czegokolwiek we wszechświecie, to nie ma takiego czegoś, po prostu.
A przecież potrafi ta moja miłośnica dąsać się na mnie okropnie nadąsaniem tak nadąsanym, że słodkowinne jabłka kwaśnieją na gałęzi i spadają w trawę jako rozpryski octowych zgniłków.
Gdybyś kiedyś, Moja Droga Czytelniczko, zawitała do mojego tajemniczego ogrodu, zobaczyłabyś niezliczone dowody dąsań mojej małej księżniczki leżące pod każdym jabłonnym drzewem na kształt różnych kształtów – bywa i serc.
Na szczęście przywykłem do kaprysów swojej rozkochanej miłośnicy i nie przejmuję się nimi zanadto, a wręcz przeciwnie, przekomarzam się z nią często i na jej oczach całuję mokre usta i włosy Rusałki, bo taki jestem niedobry w swojej ogromnej ku księżniczce miłości, a i Rusałkę kocham ponad pojęcie, gdyż w sercu moim przestrzeń do miłości ogromna i wciąż ogromniejąca.
 
Jak przestrzeń mojego starzejącego się sadu.
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Ma niezwykły wpływ na mnie.
Kilka jej słów i już zapominam o cierpieniu, troskach i złym samopoczuciu. Od niechcenia leczy i dodaje sił.
Mimowolnymi gestami wygładza moją twarz skrzywioną z bólu. Niechcący, ociera łzę, którą miałem połknąć, bo przecież chłopaki nie płaczą.
Chyba, że boli, że cholernie boli.
Wtedy też nie, tylko ze ściśniętym gardłem maskują swoje uczucia, których nie wypada mieć.
Ona to doskonale rozumie i z uśmiechem utwardza mnie w tym mniemaniu.
Tuląc w dłoniach moje serce, jak pluszowego misia, zapewnia, że jestem dzielny i strach się mnie bać.
 
I nie okazuje, jak bardzo boi się o mnie. 
środa, 20 lipca 2011
Maria pije kawę a ja się przyglądam jak ona to robi.
Leżę sobie wygodnie na dywanie i patrzę szeroko otwartymi oczami na Marię pijącą kawę.
Zaczynam się zastanawiać, dlaczego tak intryguje mnie obserwowanie pijącej kawę Marii.
Przecież w tym piciu kawy nie ma nic nadzwyczajnego. Żadnej poezji, a i o prozę jakby też niełatwo.
Kubek Marii z kawą stoi sobie na stole, a Maria, pochylona, od czasu do czasu sięga po niego ręką i patrząc przed siebie – czasem z uśmiechem na mnie – popija kawę.
Skądiną wiem, że z mlekiem i słodką.
Niekiedy, gdy pochyli się za bardzo, włosy opadają jej na twarz. Wtedy subtelnym, prawie niezauważalnym ruchem drugiej ręki, poprawia je i nadal patrzy gdzieś tam.
Maria patrzy gdzieś, nie wiadomo gdzie.
 
A ja wpatruję się, nie wiadomo dlaczego - jak zawsze - w nią.
 
1 , 2 , 3