O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bardziej płynny alter
Miasto
Panoramiczny Toruń
Radek
"
"
|
Wpisy z tagiem: zima
poniedziałek, 06 lutego 2012
Zimno.Mróz taki, że w pokoju trudno utrzymać temperaturę pokojową. Nawet insulinie niewiele brakuje do krystalizacji.Trudno mi pisać, bo komputer mam usytuowany przy najzimniejszej ścianie, a sam siedzę bokiem do nieszczelnego okna. Do tego, pisanie bez moich minusowych okularów nie sprawia przyjemności, gdyż wymusza jeszcze bardziej wymuszoną pozycje, niż ta normalnie wymuszona, gdy się pracuje na komputerze. Muszę się, niestety mocniej pochylać, żeby zobaczyć, co piszę, mimo że zwyczajowo piszę z pamięci i wcale nie muszę patrzeć, jak piszę. Od czasu do czasu konieczne jest jednak sprawdzenie, czy rzeczywiście piszę.Dlatego, chociaż w głowie kłębi się sporo tematów, nie chce mi się przenosić ich na dysk, a później do edytora i publikować.Zimno.Na szczęście nie brakuje mi opału i chłód mieszkania wynika ze złej termiki domu, a nie biedy. Zwyczajnie – mam w pokoju i sąsiadującej kuchni za mało grzejników, jak na takie temperatury. Na szczęście, w części domu zajmowanej przez młodych jest zdecydowanie lepiej i oni nie marzną.Wnuczki nie przestrzegają wymogów termicznych i najchętniej mieszkają u mnie, ale w dzień są ubrane na tyle ciepło, że jest im ciepło. Mi przy nich też nie jest zimno, bowiem o ile komputer wymusza pozycje statyczne, wnuczki wymuszają ich zmienność dzięki bezustannemu krążeniu, niczym elektrony, poprawiając krążenie we mnie. Albowiem i ja muszę krążyć za nimi.Zimno.Choroby nadal nie opuszczają domu, aczkolwiek wszyscy zakończyli już terapię antybiotykową. Nadal jednak najczęściej słyszanym odgłosem (poza hałasem czynionym przez wnuczki) jest pochrząkiwanie przechodzące w kaszel lub na odwrót. Nie są to już kanonady wybuchających oskrzeli i płuc, lecz raczej szeleszczące fontanny katarowych eksplozji z nosa. Takie niewielkie gejzery. Zimno.Zamarzają w głowie tematy nie tylko z powodu mrozu. Raczej, bo zmienia się chyba w Polsce klimat. Może nie tylko w Polsce.Ostatnio czytałem wiele tekstów - a to oznacza, że temat jest, poniekąd eksponowanym zamierzenie psychologicznym manipulatorem – o złej biedzie.Na własny użytek podzieliłem sobie ową złą biedę na dwie podbiedy.Pierwsza zła bieda, to jest bieda złych biednych, którzy otrzymawszy pomoc od dobrych, mniej biednych (bo każdemu ciężko) ludzi, zapominają owych dobroczyńców podjąć pod nogi i posiłkiem, by bezustannie dziękować za okazane dobro. Zamiast tego, potrafią kupować sobie (dzięki otrzymanej pomocy) telewizory, komputery nawet być bezrobotnymi i nie palić się do pracy za niewielkie pieniądze, ale przecież pieniądze, zamiast tego paląc papierosy i pić alkohol, ssąc przy tym niczym pijawki wszelka możliwą pomoc z zasobów niebogatych wszak gmin.To nie tylko zła, ale wręcz wredna bieda, bo czytałem, że tacy wredni biedni potrafią o swoich dobroczyńcach mówić brzydkie rzeczy.To na pewno prawda, bowiem ci podkradacze litości, najczęściej z samej aparycji wyglądają na takich, co tak mogą mówić i robić. Wystarczy spojrzeć na pierwszego z brzegu menela, by nie mieć wątpliwości.Druga zła podbieda, to bieda takich, co mają dochody powyżej progu ubogości i o ubóstwie mówiąc nie mogą, ale ich wydatki, z różnych przyczyn, znacznie przekraczają typowe rozchody. A, to, bo lubią sobie wypić nadmiernie, a to, bo lekarstwa są drogie, a bo to miał kosztuje prawie 700 zł /t, a renty jest (dajmy na to) 900 na miesiąc. Ta bieda jest zła, bowiem nie podlega kwantyfikacji przez instytucje pomocowe państwa, gdyż nie przewidują jej procedury, które wersji opisowych żadnego zjawiska nie przyjmują za kryterium uwagi.O kimś takim pisała znajoma blogerka, niesłusznie ujęta współczuciem, ale to pewnie, dlatego że mróz u niej większy niż u nas.Zimno.Czy ja należę do którejś z powyższych rodzajów biedy? Nie, skądże.Może jestem biedny. Ale tylko, dlatego żem głupi.
czwartek, 02 lutego 2012
- Zmarzłam. - Powiedziała Maria, wchodząc z mroźnym powiewem przez próg, jak Królowa Śniegu. - Brrr - zabrrrnąłem, widząc jej oszronione rzęsy i rozgwieżdżone diamentowymi śnieżynkami włosy. Ale uśmiech miała ciepły, i jasny, jak Słońce w upalny dzień. To mnie rozgrzało, więc poderwałem się by zdjąć z jej ramion płaszcz. Maria pozwoliła zdjąć go z siebie z wrodzoną cierpliwością i obdarzyła mnie muśnięciem warg po policzku. Nie podrażnił jej przy tym mój drapiący zarost. - Niezły z ciebie drapichrust . - Roześmiała się tylko. Muskając powtórnie, nim dałem drapaka.
niedziela, 15 stycznia 2012
Sąsiad przyszedł do mnie na rękach, bo śnieg go zaskoczył, a buty miał przemakalne i zmarzły mu stopy. Co mi tam! Każdy chodzi, jak lubi, lub umie, ja - na przykład – niewiele. Sąsiad ma ciepłe rękawiczki, więc może na rękach. Jego gust, jego wola i tylko moja zagroda, ale ja jestem gościnny, więc wszedł, i tylko go opieprzyłem, gdy furtki nie zamknął. Bo trochę impulsywny jestem na początku zimy. Tłumaczył się, że nie ma wprawy w zamykaniu nogami, co mnie nie przekonało i powiedziałem, że w takim razie niech wchodzi przez płot, a furtki nie tyka, bo to mnie wyprowadza z równowagi. A gdyby mi płot połamał, to niech to też weźmie pod uwagę, ostrzegłem, na wszelki wypadek, gdyby, co. - Z takiego, byle jakiego płotu ceregiele robisz? – Obraził mnie, prosto w oczy, gdy już przez próg go wpuściłem nieopatrznie, nie wiedząc, że tak się zachowa. - O rzesz ty! Gnoju jeden! – Powiedziałem mu dyplomatycznie i nawet niezbyt stanowczo. Zmieszał się i zapomniał języka w gębie. Miał szczęście, że psy go nie dopadły, kiedy pognałem go przez sad i pole. Szybki jest w rękach, muszę przyznać bezstronnie.
środa, 11 stycznia 2012
Wczoraj spadł pierwszy śnieg. Był mokry i lepki, jak niedowałkowane ciasto na kluski, toteż lepił mi się do butów nieregularnymi kluchami, jak przecieranki świeżo wyłowione z wody i rozrzucone na kuchennej podłodze przez Marcinka, w ramach pomocy kulinarnej. Dziś śniegu już nie ma, bo zmyła go woda jakby w kuchni podłogę, w którą się zamienił (W wodę się zamienił, nie w podłogę). Został z niego tylko skurczony do wielkości krasnoludka bałwanek na środku podwórka. Wczoraj z mozołem ulepiły go wnuczęta, nim same zmieniły się w nasączone wodą gąbki. Trudno je było zagonić do domu, a co dopiero wyżąć, ale z trudem i płaczem udało się, choć dziadek został „bebe” oraz postraszony studzienną wiedźmą, która kradnie kurczęta i małe dzieci oraz złych dziadków - Buką. Z powodu śniegu, Buki i wnucząt oraz, bo pora już ku temu była najwyższa, udałem się do przychodni zdrowia. Brnąłem przez śnieg, ślizgając się na kluskach z błota i śniegu na drugą stronę drogi niezdziwiony, że nikt jej nie odśnieżył, bo pierwszego śniegu się nie odśnieża, gdyż i tak stopnieje, co okazało się i tym razem prawdą. Szedłem, wcale nie z powodu śniegu, z duszą na ramionach. W przychodni było pusto, jak na polu. Nawet Teresy z jej malutkim synkiem nie było, czemu się nieco zdziwiłem, bo Teresę spotykam zawsze, gdy wychodzę do przychodni. A często także, gdy wychodzę gdzie indziej i wtedy idziemy razem, bo nam jest po drodze. Tym razem jej nie spotkałem. Nie spotkałem też żadnej innej nieznajomej, z którą mógłbym zjeść kolację, ani żadnego nieznajomego, z którym mógłbym napić się wódki. Może, dlatego że wódki ostatnio nie pijam, a przy nieznajomych kobietach odejmuje mi mowę, więc żaden ze mnie towarzysz konsumpcyjny. W przychodni był za to pan doktor i kilka pielęgniarek, więc gdy poprosiłem o odnowienie leków zrobiło się zamieszanie, albowiem pan doktor miał tego dnia coś z oczami i nie mógł przeczytać, na jakim poziomie refundacji są moje specyfiki. Musiały to zrobić za niego panie pielęgniarki, które, z kolei, nie do końca wiedziały, gdzie szukać informacji, więc się wtrąciłem, że pomogę, bo wcześniej sprawdziłem to w sieci, co zostało przyjęte niechętnie, ale w ostateczności zaakceptowane. Żeby nie przedłużać: Apteka zarobiła na mnie 1/3 więcej niż za te same medykamenty w ubiegłym roku. Pani aptekarka zgryźliwie zauważyła, że trzeba było w grudniu wykupić leki na zapas. - Jeść też było trzeba! – Odparłem, nie mniej zgryźliwie.
sobota, 15 października 2011
Na wprost ścieżka, dróżka raczej, szeroka na tyle, by konny wóz zmieścił się swobodnie i żeby dwa konie iść mogły w zaprzęgu bez rozpychania. Z prawej strony, w granice pola widzenia, powoli wchodzi para w starczym wieku. Kobieta trzyma mężczyznę pod ramię i po chwili widać, że nie tylko z powodu norm obyczajowych, ale dlatego także, że mężczyzna jest ułomny i podpiera się laską, stylizowaną na góralską ciupagę. Oboje idą ciężko po ubitym, stwardniałym śniegu, na którym nie widać śladów innych ludzi, ani nawet zwierząt. Tylko w jednym miejscu, na lewej stronie granicy pola widzenia, widoczne są zygzaki delikatnych znaków, jakby dziecko bawiło się świerkową gałązką, rysując wzory na śniegu. Wyglądają na ślad przejścia stadka kuropatw - kilkunastu ciemnych punktów w oddali, ku którym skierowane są oczy pary niezdarnych ludzi. - Patrz! To chyba kuropatwy? - Mówi ona i nie zapominając o podtrzymywaniu mężczyzny, drugim ramieniem, uniesionym nie do końca w poziomie, pokazując ciemne, coraz mniejsze kropki w oddali. Mężczyzna mocniej opiera się na, stylizowanej na ciupagę, lasce, jakby chciał ją wbić w zlodowaciały śnieg i przytrzymując się ramienia towarzyszki, unosi głowę, kierując wzrok we wskazanym kierunku. Przez moment Słońce odbija się w jego ciemnych okularach, jak w lusterkach i po obrzeżu drogi pląsają słoneczne zajączki. - Tak kochanie. - Mówi drżącym głosem - To kuropatwy. - To znaczy, że dobrze idziemy? – W głosie kobiety dźwięczy radość i jakaś dziecinna egzaltacja. - Lepiej nie można było. - Odpowiada starzec, a w jego głosie pobrzmiewa podobny ton, choć nieco maskowany męską powściągliwością. Po chwili ruszają w dalszą drogę, a krok ich staje się jakby pewniejszy. Mężczyzna prawie nie używa laski do podpierania, chociaż nie rezygnuje ze wspierającego ramienia kobiety. Oddalające się sylwetki zdają się nie tylko maleć w perspektywie, ale i nabierać innych proporcji, jakby malejąc, młodniały. Nim znikną, pole widzenia zasłoni biel piór i do uszu wedrze się szum, podobny odgłosom wichury. To anioły wracają do nieba swoim traktem. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||