" "

Wpisy z tagiem: bieda

środa, 21 marca 2012
Babcia menela ma do mnie żal, bo już nie chodzę z nim na piwo i menel się stacza w coraz gorsze towarzystwo.
Dziwię się, że moje uważała za lepsze, bo nikt już tak nie uważa, ale cóż – stara jest i prawie nie wstaje z łóżka, to o świecie wie tylko tyle, co z Radia Maryja i TVN, bo Trwamu nie ma w jej telewizorze.
O mnie tam nie gadają, więc jej wiedza na mój temat jest staroświecka i, jak każda historyczna, bardziej jest interpretacją, niż faktami.
Babcia martwi się o menela, gdyż menel nie pracuje, a jej renty przecież tylko tyle, co jej życia. I z czego biedak będzie żył, jak jej nie stanie?
Nie wiem.
 
Może państwo wie.
niedziela, 19 lutego 2012
Staram się zachować stoicki spokój i nawet coś w rodzaju tzw. pogody ducha, ale pomysły na życie już mi się wyczerpały.
W poniedziałek byłem wreszcie przymierzyć sprzęt ortopedyczny, na który od roku czekam i co rusz do niego dopłacam.
Tym razem nikt ode mnie nie zażądał kolejnej dopłaty, ale sama podróż kosztowała mnie ponad stówę, bo pociągiem nie odważyłem się jechać (Już nie jestem chojrakiem, jak widać) i musiałem poprosić syna, żeby mnie podwiózł do Bydgoszczy.
Gdyby koniunktura była lepsza, podróż nie kosztowałaby mnie nic, ale syn już trzeci miesiąc nie dostaje wypłaty, a jedynie jakieś zaliczki, które ledwie starczają na przeżycie.
Dlatego w marcu wyjeżdża do pracy za granicę, a ja musiałem kupić paliwo do jego samochodu.
W przymierzalni doznałem małego szoku, bo po pierwsze to, na co czekam, mimo wysokiej ceny, niewiele lepsze jest od kija do szczotki, po drugie zaś miałem okazję zobaczyć sprzęt, o którym, że może taki istnieć, nigdy bym nie pomyślał. Po prostu kosmiczna technologia.
Prawie sam chodzi.
Oczywiście, dla mnie tak sprzęt się nie nadawał, gdyż był wykonany na konkretne zamówienie i – niestety – za bardzo konkretne pieniądze.
Na urządzenia tego rodzaju zbierają w telewizji przyjaciele i rodziny bohaterskich inwalidów, którzy mają niezwykłe marzenia.
Ja nie mam marzeń nawet zwykłych. Zresztą, jak pisałem, nawet planów nie mam, bo jak bym mądrze nie postępował, jak rozsądnie sobie nie poczynał i tak spadnie meteoryt na moją budowlę, choćby to był tylko szałas z desek.
Tak mam zapisane w gwiazdach.
Piszę w ponurym tonie, bo cały tydzień był ponury. Mimo to, każdego dnia wyglądałem jakiejś przyjaznej wieści, jakiegoś miłego zdarzenia...
Dałem się nawet namówić na planową wizytę u lekarza, chociaż nie chce już się leczyć, bo męczą mnie te wszystkie medyczne procedury i to ciągłe proszenie w aptece o odłożoną płatność.
Nie byłoby tak źle może z moim nastrojem, gdyby nie ponowna choroba wnucząt i dzieci, spowodowana – moim zdaniem – niepotrzebną i przedwczesną (po chorobie) eskapadą młodych do drugich dziadków, u których panują inne zwyczaje termiczne (nie palą w nocy w piecu, bo uważają, że wystarczy dom nagrzać w dzień, a śpi się przecież pod przykryciem).
U lekarza była jedna przyjemna niespodzianka, bo okazało się, że przyjęła mnie dawna znajoma, bliska niegdyś osoba.
Trafiło jej się zastępstwo i ja w pakiecie.
Porozmawialiśmy sobie długo, ale na szczęście nikt nie narzekał, gdyż byłem jej ostatnim pacjentem.
Poza towarzyska pogawędką, a dokładniej, w jej trakcie, przepytała mnie dokładnie na okoliczność wszelkich moich dolegliwości, a następnie sporządziła mi coś w rodzaju wykazu nowoczesnych i skutecznych środków medycznych (nie tylko leków), które poprawiłyby mi komfort życia, oraz skierowała na kilka badań.
Pięknie, ale musiałbym na same leczenie przeznaczać ponad 1000zł miesięcznie.
Zatem, jak żyć?
Zapytałbym Pana Premiera,
 
Ale on taki zalatany.
poniedziałek, 06 lutego 2012
Zimno.
Mróz taki, że w pokoju trudno utrzymać temperaturę pokojową. Nawet insulinie niewiele brakuje do krystalizacji.
Trudno mi pisać, bo komputer mam usytuowany przy najzimniejszej ścianie, a sam siedzę bokiem do nieszczelnego okna. Do tego, pisanie bez moich minusowych okularów nie sprawia przyjemności, gdyż wymusza jeszcze bardziej wymuszoną pozycje, niż ta normalnie wymuszona, gdy się pracuje na komputerze. Muszę się, niestety mocniej pochylać, żeby zobaczyć, co piszę, mimo że zwyczajowo piszę z pamięci i wcale nie muszę patrzeć, jak piszę. Od czasu do czasu konieczne jest jednak sprawdzenie, czy rzeczywiście piszę.
Dlatego, chociaż w głowie kłębi się sporo tematów, nie chce mi się przenosić ich na dysk, a później do edytora i publikować.
Zimno.
Na szczęście nie brakuje mi opału i chłód mieszkania wynika ze złej termiki domu, a nie biedy. Zwyczajnie – mam w pokoju i sąsiadującej kuchni za mało grzejników, jak na takie temperatury. Na szczęście, w części domu zajmowanej przez młodych jest zdecydowanie lepiej i oni nie marzną.
Wnuczki nie przestrzegają wymogów termicznych i najchętniej mieszkają u mnie, ale w dzień są ubrane na tyle ciepło, że jest im ciepło. Mi przy nich też nie jest zimno, bowiem o ile komputer wymusza pozycje statyczne, wnuczki wymuszają ich zmienność dzięki bezustannemu krążeniu, niczym elektrony, poprawiając krążenie we mnie. Albowiem i ja muszę krążyć za nimi.
Zimno.
Choroby nadal nie opuszczają domu, aczkolwiek wszyscy zakończyli już terapię antybiotykową. Nadal jednak najczęściej słyszanym odgłosem (poza hałasem czynionym przez wnuczki) jest pochrząkiwanie przechodzące w kaszel lub na odwrót. Nie są to już kanonady wybuchających oskrzeli i płuc, lecz raczej szeleszczące fontanny katarowych eksplozji z nosa. Takie niewielkie gejzery.
Zimno.
Zamarzają w głowie tematy nie tylko z powodu mrozu. Raczej, bo zmienia się chyba w Polsce klimat. Może nie tylko w Polsce.
Ostatnio czytałem wiele tekstów - a to oznacza, że temat jest, poniekąd eksponowanym zamierzenie psychologicznym manipulatorem – o złej biedzie.
Na własny użytek podzieliłem sobie ową złą biedę na dwie podbiedy.
Pierwsza zła bieda, to jest bieda złych biednych, którzy otrzymawszy pomoc od dobrych, mniej biednych (bo każdemu ciężko) ludzi, zapominają owych dobroczyńców podjąć pod nogi i posiłkiem, by bezustannie dziękować za okazane dobro. Zamiast tego, potrafią kupować sobie (dzięki otrzymanej pomocy) telewizory, komputery nawet być bezrobotnymi i nie palić się do pracy za niewielkie pieniądze, ale przecież pieniądze, zamiast tego paląc papierosy i pić alkohol, ssąc przy tym niczym pijawki wszelka możliwą pomoc z zasobów niebogatych wszak gmin.
To nie tylko zła, ale wręcz wredna bieda, bo czytałem, że tacy wredni biedni potrafią o swoich dobroczyńcach mówić brzydkie rzeczy.
To na pewno prawda, bowiem ci podkradacze litości, najczęściej z samej aparycji wyglądają na takich, co tak mogą mówić i robić. Wystarczy spojrzeć na pierwszego z brzegu menela, by nie mieć wątpliwości.
Druga zła podbieda, to bieda takich, co mają dochody powyżej progu ubogości i o ubóstwie mówiąc nie mogą, ale ich wydatki, z różnych przyczyn, znacznie przekraczają typowe rozchody. A, to, bo lubią sobie wypić nadmiernie, a to, bo lekarstwa są drogie, a bo to miał kosztuje prawie 700 zł /t, a renty jest (dajmy na to) 900 na miesiąc. Ta bieda jest zła, bowiem nie podlega kwantyfikacji przez instytucje pomocowe państwa, gdyż nie przewidują jej procedury, które wersji opisowych żadnego zjawiska nie przyjmują za kryterium uwagi.
O kimś takim pisała znajoma blogerka, niesłusznie ujęta współczuciem, ale to pewnie, dlatego że mróz u niej większy niż u nas.
Zimno.
Czy ja należę do którejś z powyższych rodzajów biedy? Nie, skądże.
Może jestem biedny.
 
Ale tylko, dlatego żem głupi.
czwartek, 08 grudnia 2011
Dzień dobry Wam!
Witam się trochę nietypowo, ale mała zmiana nie zaszkodzi, jak mawia mój kolega, Lenin, stawiając na stół butelkę Finlandii po osuszeniu Absolwenta.
W pierwszych słowach mojego postu chciałem powiedzieć, że tego roku Mikołaj był dla mnie niezwykle szczodry. Obdarował mnie, z niewielką pomocą przyjaciół, tak bardzo, że nie do pomyślenia.
Zawstydził mnie tym, bowiem tego roku, ja nie pomogłem Mikołajowi nikogo obdarować. Trochę to wstyd kończyć rok tak zawstydzająco. Tak jednak jest i tak pozostanie, bo nie liczę tych koszyków, do których wkładam przy zakupach jakieś drobne artykuły.
Te kosze to wspaniała sprawa. Niekoniecznie dla tych, którzy coś z nich otrzymają, ale dla takich, choćby - bój się Boga! - darczyńców, jak ja.
Bowiem, chcąc coś włożyć do takiego kosza, muszę tak rozplanować wydatki, żeby i na „darczyństwo” starczyło. Dzięki tej prostej logice, okazało się, że nawet ja, potrafię zaoszczędzić na zakupach, wybierając dla siebie tańsze produkty bez szkody dla nikogo.
I okazuje się, że można nasycić wilka nie zdzierając skóry z owieczki, aczkolwiek ogolić ją nieco trzeba.
Dobre uczynki należy robić w ukryciu, jak uczył Pan Jezus, a nie wypisywać imiona fundatorów na dzwonach, za które i tak najwięcej zapłacili bezimienni, ale mi się nie udało.
Bo u nas, to prawdziwa prowincja, mimo że nie zadupie, gdyż przy drodze nr 10 do Warszawy my są i zaraz przy pierwszym moim wsadzie do kosza, o którym wyżej, odezwał się do mnie za pleców jakiś jegomość (znam go, ale nie zasługuje na publiczną wzmiankę), co w metropolii byłoby nie do pomyślenia:
- Co ty, kurwa, biedaków chcesz delicjami karmić?
Bo wrzuciłem do koszyka nieco słodyczy, właśnie, pomyślawszy, że, owszem, głównie chlebem człowiek żyje, ale nie każdy, bo dzieci wolą czekoladę. Do tego mąkę i kaszę, czy ryż najbardziej potrzebującym rozdaje już UE i organizacje charytatywne.
Stąd moje słodycze w koszu.
Gościa zbyłem, jak to ja, słowem obojętnie obraźliwym i było nieco śmiechu, a w dodatku ruchu przy koszyku, który zapełnił się w mig i trzeba było dostawić drugi.
- A puszki być mogą? – Zapytała mnie nieśmiało jedna pani, gdy się skończyłem wymądrzać do jegomościa zza pleców (o którym publicznie wspominać nie warto).
- Mogą – odpowiedziałem surowo – ale raczej nie te promocyjne, bo moje koty też ich jeść nie chcą, więc proszę wybrać coś lepszego.
Powiedziałem jej to, jak rzekłem, surowo, lecz po cichemu, żeby nie psuć sklepowej interesu w promocjach.
Bardzo Was przepraszam, że o tym piszę, mimo że mogę o czym innym, ale jakoś mi tak wyszło z głowy na klawiaturę.
W ogóle, to wyszło mi z głowy wprost na język i to, że do tych koszyków, to raczej warto jest wkładać towary nieco bardziej świąteczne, a nie tylko makaron i mąkę, i nie specjalnie kupować „dla biednych”, ale właśnie ze swoich zakupów coś ująć, i tam włożyć, traktując to tak, jakbyśmy podejmowali niespodziewanego gościa na wigilijnej wieczerzy.
 
Bo nie każdego tak hojnie obdaruje Mikołaj, jak mnie w tym roku.
niedziela, 06 listopada 2011
Gdybym umiał pisać...
Gdybym umiał tak pisać, jak nie potrafię, opisałbym jeden niewielki, cichy grób. Niewielki kopczyk usypanej ziemi z drewnianym krzyżem bez tabliczki w jednym końcu i wgniecionym, utwardzonym prostokątem ziemi, takim, akurat by zmieściły się dwa kolana klęczącej kobiety, w drugim końcu.
Skromna mogiła, ziemny grób, a nie kamienny pomnik, jakie wystawiają bliscy swoim bliskim, którzy odeszli daleko, najdalej.
Pomnika nie ma i nie będzie, gdyż spoczywający w grobie człowiek zbyt mało miał, by bliscy mu go postawili i zbyt mało znaczył, by obcy chcieli mu to uczynić.
A jednak, ten grób wyróżniał się spośród innych, nie tylko tym, że nie ma na nim, tak modnego ostatnio granitu, ani, udającej skromność, czarnej płyty, z drogiego kamienia, ledwie wystającej nad poziom gruntu.
Na każdym innym gniotły się wzajemnie i łamały sterty kwiatów, wieńców i ozdóbek, przypalały się wzajemnie, napuszone, jak kuchenne garnki, wielkie znicze, furkotały wstążki, ale na tym jednym leżała jedynie skromna, czerwona róża o niezbyt rozwiniętym pączku.
Ktoś, bez serca, zauważył, że na pewno ukradziona.
Ta róża, też nie wyróżniła tego ziemnego schroniska, nieważnego za życia, człowieka.
Nikt nie zauważał na innych, cudzych grobach, wspaniałych pomnikach, przepięknych kompozycji z kwiatów i świerkowych gałązek, a tym bardziej urody seryjnie produkowanych, niepowtarzalnych, olbrzymich zniczy.
Obcy ludzie mijali obce groby bez spojrzenia, bez zaciekawienia, bo tak naprawdę, choć każdy chciał się pochwalić wystrojem najwspanialszym grobu swojego bliskiego, to sam przecież na cudze, wspaniałe groby, nie patrzył. Nikt, zatem nie pochwalił się przed nikim, jedynie przed sobą.
Przed tym jednak, skromnym, kopczykowanym grobem, przystawało wielu i niejeden, a może każdy, zmówił „Zdrowaś Maryja” i Ojcze Nasz”, a pewnie, i niejeden, w zadziwionym rozpędzie i „Wieczny odpoczynek wymamrotał.
Bo grób, spośród innych, wyróżniała jedna, skromna, żółta świeczka, która wbrew wiatrowi, deszczowi i urągając zasadzie staranności, niedbale wetknięta w mokra gliniastą ziemię, bez dbałości o estetyczne usytuowanie, paliła się chwiejnym rozciągliwym płomykiem. I ten chwiejny płomyk przyciągał wzrok, jakby olbrzymie ognisko płonęło na środku głównej alei cmentarza.
Gdybym umiał tak pisać, jak pisać nie potrafię, to ta historia byłaby prawdziwa i wzruszałaby serdecznie.
Lecz ja, tak pisać, nie potrafię, dlatego ją bezczelnie zmyśliłem.
 
Mamrocząc zapomniany pacierz nad mogiłą Manuela.
 
1 , 2