" "

Wpisy z tagiem: kobiety

piątek, 04 maja 2012
- Wypocząłeś? – zapytała Maria znienacka przed samą nocą.
Zacząłem się zastanawiać, bowiem przeczuwałem w dociekliwości Marii podstęp. Uznałem, że najbezpieczniej będzie wzruszyć ramionami nijako.
Maria zareagowała na moje wzruszenie poruszeniem swoich ramion, ale jej ramiona w ruchu wywołały nieoczekiwany efekt we mnie. Bardzo mnie poruszyły i wzruszyły wewnętrznie.
Poczułem kluchę w gardle i wilczy apetyt, tylko nie wiedziałem na co, więc przełknąłem ślinę, lecz bez kluchy, która została w przełyku.
Maria uśmiechnęła się, ponawiając pytanie i wtedy pojąłem bezbłędnie:
 
Że mam apetyt na nią.
środa, 11 stycznia 2012
Wczoraj spadł pierwszy śnieg. Był mokry i lepki, jak niedowałkowane ciasto na kluski, toteż lepił mi się do butów nieregularnymi kluchami, jak przecieranki świeżo wyłowione z wody i rozrzucone na kuchennej podłodze przez Marcinka, w ramach pomocy kulinarnej.
Dziś śniegu już nie ma, bo zmyła go woda jakby w kuchni podłogę, w którą się zamienił   (W wodę się zamienił, nie w podłogę).
Został z niego tylko skurczony do wielkości krasnoludka bałwanek na środku podwórka. Wczoraj z mozołem ulepiły go wnuczęta, nim same zmieniły się w nasączone wodą gąbki.
Trudno je było zagonić do domu, a co dopiero wyżąć, ale z trudem i płaczem udało się, choć dziadek został „bebe” oraz postraszony studzienną wiedźmą, która kradnie kurczęta i małe dzieci oraz złych dziadków - Buką.
Z powodu śniegu, Buki i wnucząt oraz, bo pora już ku temu była najwyższa, udałem się do przychodni zdrowia.
Brnąłem przez śnieg, ślizgając się na kluskach z błota i śniegu na drugą stronę drogi niezdziwiony, że nikt jej nie odśnieżył, bo pierwszego śniegu się nie odśnieża, gdyż i tak stopnieje, co okazało się i tym razem prawdą.
Szedłem, wcale nie z powodu śniegu, z duszą na ramionach.
W przychodni było pusto, jak na polu.
Nawet Teresy z jej malutkim synkiem nie było, czemu się nieco zdziwiłem, bo Teresę spotykam zawsze, gdy wychodzę do przychodni. A często także, gdy wychodzę gdzie indziej i wtedy idziemy razem, bo nam jest po drodze.
Tym razem jej nie spotkałem. Nie spotkałem też żadnej innej nieznajomej, z którą mógłbym zjeść kolację, ani żadnego nieznajomego, z którym mógłbym napić się wódki.
Może, dlatego że wódki ostatnio nie pijam, a przy nieznajomych kobietach odejmuje mi mowę, więc żaden ze mnie towarzysz konsumpcyjny.
W przychodni był za to pan doktor i kilka pielęgniarek, więc gdy poprosiłem o odnowienie leków zrobiło się zamieszanie, albowiem pan doktor miał tego dnia coś z oczami i nie mógł przeczytać, na jakim poziomie refundacji są moje specyfiki. Musiały to zrobić za niego panie pielęgniarki, które, z kolei, nie do końca wiedziały, gdzie szukać informacji, więc się wtrąciłem, że pomogę, bo wcześniej sprawdziłem to w sieci, co zostało przyjęte niechętnie, ale w ostateczności zaakceptowane.
Żeby nie przedłużać:
Apteka zarobiła na mnie 1/3 więcej niż za te same medykamenty w ubiegłym roku. Pani aptekarka zgryźliwie zauważyła, że trzeba było w grudniu wykupić leki na zapas.

- Jeść też było trzeba! – Odparłem, nie mniej zgryźliwie.
wtorek, 10 stycznia 2012
Zarzuciło mnie na zakręcie. Zlekceważyłem poślizg i natychmiast nie zdążyłem tego pożałować, bo świat stanął na głowie, a w rzeczywistości, zakotłował się niczym bęben automatycznej pralki i nie wiedziałem, przez kilka minut, gdzie jest moja kurtka, a gdzie torba i dlaczego papiery też się piorą.
Cholera, wszystko się rozmaże! – To była pierwsza myśl, bo naprawdę uwierzyłem, że, w jakiś oniryczny sposób, znalazłem się w bębnie automatu z jakiegoś zasadnego powodu i się piorę razem z dokumentami.
Pasy, to jednak dobra rzecz, gdy kierowca jest idiotą.
Na szczęście, samochód bywa czasem mądrzejszy od swojego właściciela i po kilku fikołkach, potrafi stanąć twardo na nogach, pardon, na kołach.
Mózg potrzebuje nieco więcej czasu, by się ustabilizować.
Mój, przez kilkanaście minut, kołysał się, jak żyroskop, tyle, że antonimiczny, bo właśnie, nie pozwalał na złapanie równowagi.
- Jest pan cały? – Zapytała zwiewna i rozfalowana niewiasta, bardzo mocno zasłaniająca pole widzenia.
Ha ha ha! – Okazało się, że wcale nie była zjawą, ani się w oczach nie rozpływała, tylko miała na sobie rozpiętą, puszystą kurtkę, która falowała, przy każdym ruchu, prawdziwie.
Jaki człowiek omylny. – Pomyślałem i wdałem się w dłuższą pogawędkę.
Do czasu, gdy miejscowy traktorzysta wyciągnął mój samochód z rowu, a właściwie, jego koń, co może wygląda dziwnie w opisie, ale na miejscu, nie budziło żadnych zastrzeżeń.
Była jednak jedna, niejasna, sprawa:
 
Skądś znałem tego konia.
niedziela, 13 listopada 2011
Pamiętasz ten dzień?
Pamiętasz jak się wokół drzewa zagęszczały,
Jak zieleń trawy ciemniała soczyście
I cisza coraz mocniejszy miała aromat?
Byłaś tam ze mną – gałęzie, jak baldachim nad łóżkiem,
Nad nami wisiały...
Byliśmy tam – Ty, ja i moja żona.
Jeszcze nie wiedzieliśmy, że żoną zostanie.
Do niej i do ciebie mówiłem – kochanie,
Uważaj na krzewy...
A wy – tak kochany, oczywiście!
 
Było w tym lesie jezioro
I obieście nago w wodzie się pluskały - -
Ja pływać nie umiem -
I tak jesteś, kochanie, wspaniały
Ze śmiechem wykrzyczałaś unosząc mi duszę,
Która do najważniejszego dofrunęła kręgu,
Gdzie Cherubin - szycha - nektarem mnie spoił
I opadłem na ciebie, kiedy wyszłaś z wody,
I krzyczeliśmy z ekstazy oboje...
 
Pamiętasz?
Dzisiaj wspomnienia tego, jak śmierci się boję,
Gdyż czas zabawił się nami,
I żyjąc z kimś przez lata – we dwoje -
Wciąż jesteśmy sami...
niedziela, 02 października 2011
Przyszedł do mnie Przychodzień.
Po raz niepierwszy przyszedł, choć odmienny, inny, nie ten sam, nie on.
Przywitał się dzieńdobrem i zapytał. Czy może, zapytał.
Słyszałem, że zapytał, że czy może, ale nie słyszałem, co może i co pyta, o co pyta.
Dzieńdobrem mu odpowiedziałem w zmieszaniu, zamieszaniu, w poczuciu.
W niepewności poczuciu, bo był dziwny, jak na przychodnia. Bardzo dziwny tak.
Tak, że onieśmielał, był
Aż onieśmielał. Mnie onieśmielał.
I nie wiedziałem, jak być nie wiedziałem, gdy on tak zapytał, czy może.
Gorączkowałem, martwiałem, chłodniałem, a on stał. Pytająco stał w furtce, jak w drzwiach, odrzwiach, czy jak tam zwać.
Jak zwać? Jak zwać? Gorączkowałem malignalnie i co zwać? Co?
A on znowu:
- Czy mogę…?
I dalej w treść, ale jaką treść?
W jakimś niedosłuchu będąc, nie mogłem, nie mogłem treści, nie rozumiałem, tylko, czy mogę rozumiałem, a on stał.
Stał powolnie, jakoś tak, deprymująco, zniewalająco, jak gałąź wiotka jabłoni …
Ach! Ach! Jabłoni. Wreszcie! Wreszcie!
Treść przedarła się przez tuman maligny, przez chłód, przez gorączkę, przez, przez…
Zadudniła w głowie, jak jabłka spadające…
-Czy mogę nazbierać jabłek?
O to zapytał, cicho z nieśmiałością, jakby skrzydełkami ważki szeleścił, jakby źdźbłem trawy poruszył, jakby sercem zadygotał.
I poruszył. Moje serce poruszył tym.
Tym szelestem, tym skrzydełkiem ważki, tym dygotem, tym, tym…
 
Że był Nią.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7