O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bardziej płynny alter
Miasto
Panoramiczny Toruń
Radek
"
"
|
Wpisy z tagiem: ludzie
środa, 21 marca 2012
Dzięki Waszemu zmasowanemu atakowi na banery reklamowe z mojego bloga, dzisiaj, po raz pierwszy mogłem skorzystać z finansowej gratyfikacji.Dziękuję bardzo. Dodam tylko, że moment był wręcz idealnie trafiony.
niedziela, 18 marca 2012
Tracę znajomych, przyjaciół i tylko wrogów mi chyba przybywa, ale tak już bywa u ludzi mojego pokroju – jak powiada znajomy menel – że nawet, kiedy wieje od południa, to sypie dymem w oczy. Albowiem dym z palącej się trawy pełen jest paprochów, które wzlatują w górę iskrami, by opadać wprost do oczu czarnymi, kaleczącymi drzazgami, tak drobnymi, że bez trudu mieszczącymi się w źrenicach.Wczoraj paliła się trawa w moim sadzie. Na szczęście tylko trawa bez szkody dla drzew.Kto rozniecił ogień nie wiadomo – jakiś wróg – i nie pociesza mnie fakt, że również u sąsiada paliły się chwasty na polu.Wspólny wróg i tak nie uczyni mi przyjaciela z mojego sąsiada.Powiadali niektórzy, że to sąsiad sam ogień zaprószył, bo chciał sobie trawę wypalić, żeby nie kosić, gdy przyjdzie pora, ale to byli niechętni sąsiadowi ludzie (ponoć innych sąsiad nie ma), więc nie daję im ucha, a bo i po co?Sąsiad ma u mnie i tak nagrabione z natury rzeczy, więc więcej pretekstów mi nie potrzeba.Skądinąd, sąsiad, czy to poczuwając się do winy, czy też zwyczajnie, jak to przy pożarze po sąsiedzku, dzielnie walczył z ogniem w moim ogrodzie, łopata w łopatę ze mną, nie okazując lęku przed ogniem ani mną.Przypomniały mi się dawne strażackie czasy i może, dlatego sąsiadowi nawet nie nagadałem, a dowódcy strażaków powiedziałem, że to jakiś głupek z drogi peta rzucił.Dowódca trochę nieufnie przyjął moją wersję do wiadomości, próbując podważyć ją stwierdzeniem, że ogień szedł od pola sąsiada, a nie od szosy, ale spytałem go, czy wie o tym, że gdy się pali trawa albo las, to ogień potrafi sam wywołać lokalny wiatr, który nigdy nie wiadomo, gdzie poniesie iskrę.- No tak, no tak – kiwnął głową. I tak zakończyła się sekwencja pożaru w moim ogrodzie.
poniedziałek, 05 marca 2012
W ubiegłym tygodniu, odebrałem wreszcie swoje wspomaganie do chodzenia, a bez eufemizmów, tzw. mobilizator stopy, a bez wymądrzania, po prostu, protezę.Czekałem na nią ponad rok – licząc od złożenia zamówienia.Przyczyny tak długiego oczekiwania były różne, głównie finansowe.Niby NFZ refunduje 100%, ale owe 100%, w moim przypadku stanowiło 20%, czyli 800zł.Prawie 1000 zł dorzuciliście Wy, Moi Czytelnicy lub Wasi znajomi, bo nie wszystkie osoby wspierające kojarzę z nazwiska.Reszta była moja.A teraz zastanawiam się, czy cała ta inwestycja ma sens i czy nie wyrzuciłem swoich i Waszych pieniędzy w błoto.Nie, dlatego że sprzęt jest źle wykonany, bo wykonany jest dobrze, tylko ja się chyba do niego już nie nadaję.Bowiem doprowadziłem swoją kończynę do takiego stanu, że, być może, wkrótce będę musiał dać ją sobie amputować.Ale nie dowiecie się o tym, bo nie napiszę.Oczywiście, złożyłem wniosek o dofinansowanie w PFRON, ale z informacji, jakich mi udzielono, wynika, że nie mam szans, bo: nie ma już limitu na ten rok, nie kwalifikuje się do refundacji i lepiej od razu mam się nastawić na odliczenie od podatku.Moje odliczenia konsumuje komornik, albowiem, chociaż mam rentę niższą, niż ojciec Rydzyk dochody, to komornik zabiera mi z niej 25 % (a czasem więcej) i wszystko, co mógłbym otrzymać z US.Oczywiście, to moja wina, a nie ojca Rydzyka, że się zadłużyłem ponad stan, ale mimo to ogarnia mnie frustracja, zawiść i inne podobne uczucia, gdy dowiaduje się, iż z w/w nie można skutecznie wyegzekwować grzywny, bo za mało zarabia.Wracając do protezy.Jest, jak pisałem, niczym kij od szczotki i tak na niej chodzę.Dzisiaj robiłem próbę generalną. Poruszając się, niczym Długi John Silver na pokładzie rozchybotanej łajby, szukałem, po raz kolejny w życiu, swojego stylu poruszania.Byłoby dużo łatwiej, gdybym zgodził się na wykonanie specjalnych butów, ale wtedy musiałbym założyć fundację, żeby je wykupić.Na razie, wspólnie z synem, przystosowaliśmy zwykłe kamasze na wysokich obcasach. Jeszcze, mimo wszystko, nieco za niskich, bo potrzebowałbym właściwie butów na koturnach.Dla jednych mój chód będzie śmieszny, a dla innych pokraczny, ale mnie to już nie wzrusza.Niniejszy wpis jest ostatnim na temat mojego życia i zdrowia pisanym wprost.Przyszła, bowiem pora, żeby postąpić jak Wołodyjowski z Kmicicem: Wstydu oszczędzić. P.S. Klikajcie w reklamy. Naklikaliście już ponad 50zł, ale wybrać można nie mniej niż 100.
niedziela, 26 lutego 2012
Dawno temu miałem taki tydzień. Medyczny. Stanąłem wówczas na komisję orzekającą w ZUS. Nic ciekawego. Budynek, jak każdy zusowski – wielki, niczym stodoła dla całej wsi, tyle, że drewna w nim więcej nie było, niż było. Niemały hall, z oszklonymi klatkami, które głośnik nazywał boksami lub stanowiskami. Zależało to od tego, czy głos był męski, czy żeński lub męski, ale dyszkant. W hallu nie zabawiłem długo, przemykając do korytarza, w którym też nic ciekawego właściwie nie było. Jedynie kilka kalek i kilkoro opiekujących się nimi, oraz dziewczyna na wózku, o drobnym ciele, jak to niechodząca od wielu lat, no i ja. Wszyscy (prócz opiekunów) byli ponumerowani, co sprawiło, że nie stworzyliśmy jednej grupy, bo numerek przypisywał nas do drzwi, na których wisiała kartka go zawierająca. Mi trafiły drzwi z trzema numerkami, w tym: z dziewczyną na wózku i lwowiakiem, który zagadał do mnie dowcipami, bo to był wesoły człowiek, w czym idealnie dopasował się do dziewczyny, która najbardziej w życiu lubiła się śmiać i robiła to często. Wcale nie z byle, czego, tylko przy każdej okazji, a wierzcie mi, że umiała te okazje znaleźć i natychmiast wykorzystać tak, że aż i nam się śmiać chciało, chociaż w tym miejscu to raczej nie bywa do śmiechu. To był jednak jakiś dobry dzień i chyba, dlatego że lwowiak sypał żartami sprzed niejednej wojny, a dziewczyna śmiała się i opowiadała, co weselsze, historie ze swojego życia i gdzieś w międzyczasie, zastanawiałem się głupawo, że ona to ma życie składające się z samych wesołych historii, bo np. wózek, to strasznie wesoła historia była, gdy jeden pan, który miał chory kręgosłup i nie miał już nigdy stanąć na nogach (miał nawet stałą rentę, choć nie potrzebował, bo bogaty z domu) pojechał do Austrii i tam się okazało, że wyzdrowiał i chodzi, więc wózek mu niepotrzebny. - Ale on miał pieniądze, to się zoperował, a ten wózek, to przysłał mi, chociaż jest droższy niż samochód i sterowany, jak rakieta kosmiczna. Bo, akurat, gdy stawał na komisję, to ze mną - i dziewczyna zaśmiała się wszystkimi kropelkami rosy, jak skowronek, którą ten w chmurach dziobkiem zagarnął, a my się pokasłaliśmy, bo jakiś przeciąg, czy co. - A żadnych pieniędzy nie chciał – dziewczyna dobiła nas kolejną porcją rosistych perełek śmiechu i obaj z lwowiakiem wysmarkaliśmy się uczciwie, jak stare chłopy, bo przeciąg się zrobił, jak Cyryl. Przechodziła jakaś bardzo poważna pani doktor, z miną tak straszną, że wszystkim nam ciarki przeszły i każdy zamarzył, aby nie jego orzekała, ale kiedy dziewczyna na wózku powiedziała jej swoje radosne „dzień dobry!”, z poważnej twarzy spłynęła straszna mina i roześmiała się aż pojaśniało. I wiecie? Wszyscy dostali orzeczenia lepsze dla siebie, niż się spodziewali.
poniedziałek, 06 lutego 2012
Zimno.Mróz taki, że w pokoju trudno utrzymać temperaturę pokojową. Nawet insulinie niewiele brakuje do krystalizacji.Trudno mi pisać, bo komputer mam usytuowany przy najzimniejszej ścianie, a sam siedzę bokiem do nieszczelnego okna. Do tego, pisanie bez moich minusowych okularów nie sprawia przyjemności, gdyż wymusza jeszcze bardziej wymuszoną pozycje, niż ta normalnie wymuszona, gdy się pracuje na komputerze. Muszę się, niestety mocniej pochylać, żeby zobaczyć, co piszę, mimo że zwyczajowo piszę z pamięci i wcale nie muszę patrzeć, jak piszę. Od czasu do czasu konieczne jest jednak sprawdzenie, czy rzeczywiście piszę.Dlatego, chociaż w głowie kłębi się sporo tematów, nie chce mi się przenosić ich na dysk, a później do edytora i publikować.Zimno.Na szczęście nie brakuje mi opału i chłód mieszkania wynika ze złej termiki domu, a nie biedy. Zwyczajnie – mam w pokoju i sąsiadującej kuchni za mało grzejników, jak na takie temperatury. Na szczęście, w części domu zajmowanej przez młodych jest zdecydowanie lepiej i oni nie marzną.Wnuczki nie przestrzegają wymogów termicznych i najchętniej mieszkają u mnie, ale w dzień są ubrane na tyle ciepło, że jest im ciepło. Mi przy nich też nie jest zimno, bowiem o ile komputer wymusza pozycje statyczne, wnuczki wymuszają ich zmienność dzięki bezustannemu krążeniu, niczym elektrony, poprawiając krążenie we mnie. Albowiem i ja muszę krążyć za nimi.Zimno.Choroby nadal nie opuszczają domu, aczkolwiek wszyscy zakończyli już terapię antybiotykową. Nadal jednak najczęściej słyszanym odgłosem (poza hałasem czynionym przez wnuczki) jest pochrząkiwanie przechodzące w kaszel lub na odwrót. Nie są to już kanonady wybuchających oskrzeli i płuc, lecz raczej szeleszczące fontanny katarowych eksplozji z nosa. Takie niewielkie gejzery. Zimno.Zamarzają w głowie tematy nie tylko z powodu mrozu. Raczej, bo zmienia się chyba w Polsce klimat. Może nie tylko w Polsce.Ostatnio czytałem wiele tekstów - a to oznacza, że temat jest, poniekąd eksponowanym zamierzenie psychologicznym manipulatorem – o złej biedzie.Na własny użytek podzieliłem sobie ową złą biedę na dwie podbiedy.Pierwsza zła bieda, to jest bieda złych biednych, którzy otrzymawszy pomoc od dobrych, mniej biednych (bo każdemu ciężko) ludzi, zapominają owych dobroczyńców podjąć pod nogi i posiłkiem, by bezustannie dziękować za okazane dobro. Zamiast tego, potrafią kupować sobie (dzięki otrzymanej pomocy) telewizory, komputery nawet być bezrobotnymi i nie palić się do pracy za niewielkie pieniądze, ale przecież pieniądze, zamiast tego paląc papierosy i pić alkohol, ssąc przy tym niczym pijawki wszelka możliwą pomoc z zasobów niebogatych wszak gmin.To nie tylko zła, ale wręcz wredna bieda, bo czytałem, że tacy wredni biedni potrafią o swoich dobroczyńcach mówić brzydkie rzeczy.To na pewno prawda, bowiem ci podkradacze litości, najczęściej z samej aparycji wyglądają na takich, co tak mogą mówić i robić. Wystarczy spojrzeć na pierwszego z brzegu menela, by nie mieć wątpliwości.Druga zła podbieda, to bieda takich, co mają dochody powyżej progu ubogości i o ubóstwie mówiąc nie mogą, ale ich wydatki, z różnych przyczyn, znacznie przekraczają typowe rozchody. A, to, bo lubią sobie wypić nadmiernie, a to, bo lekarstwa są drogie, a bo to miał kosztuje prawie 700 zł /t, a renty jest (dajmy na to) 900 na miesiąc. Ta bieda jest zła, bowiem nie podlega kwantyfikacji przez instytucje pomocowe państwa, gdyż nie przewidują jej procedury, które wersji opisowych żadnego zjawiska nie przyjmują za kryterium uwagi.O kimś takim pisała znajoma blogerka, niesłusznie ujęta współczuciem, ale to pewnie, dlatego że mróz u niej większy niż u nas.Zimno.Czy ja należę do którejś z powyższych rodzajów biedy? Nie, skądże.Może jestem biedny. Ale tylko, dlatego żem głupi. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||