" "

Wpisy z tagiem: seks

poniedziałek, 10 października 2011
Zosia pisała przecudne wiersze i kochała sztukę.
Ze mną było inaczej, kochałem Zosię dla jej sztuki i pisałem wiersze mimochodem. Moja miłość do Zosi była spontaniczna, lecz wysublimowana i nie miała nic wspólnego z erosem.
Zosia mnie zachwycała swoimi wierszami i niespotykanym, wirtuozerskim koncertowaniem na słowach.
Słowa proste, których ja używałem bezmyślnie i użytkowo, Zosia zamieniała w girlandy rozwieszone wprost na chmurach i znane znaczenia, zmieniały, wówczas, swój sens, uzyskując sens najprawdziwszy z prawdziwych.
Kochać Zosię było trzeba obowiązkowo i każdy ją kochał, i tracił rozum porażony pięknem jej wierszy, zaraz po przeczytaniu pierwszych strof.
Owszem, czasem uprawiałem z Zosią seks i nie było nam z tego powodu przykro, lecz Zosia powiedziała mi delikatnie, i z czułością, iż daleko mi do Owidiusza, Horacego, a nawet Mickiewicza, czym mnie trochę uraziła, ale osłodziła mi zawód poematem tak pięknym, że doznałem intelektualnej erekcji, która trwała jeszcze długo po tym, kiedy Zosia odeszła.
Próbowałem wykorzystać ów przypływ twórczego podniecenia.
Ale…
 
Była to już tylko masturbacja.
poniedziałek, 26 września 2011
Uniosłem się ostrożnie, opierając łokcie o brzeg łóżka i z pozycji kucznej przyglądałem się śpiącej kobiecie.
Jej sylwetka nikogo mi nie przypominała, podobnie jak odsłonięty fragment twarzy oraz krótkie, w widoczny sposób rozjaśnione sztucznie włosy z kilkoma ciemniejszymi pasemkami. Może to były odrosty, ale w tym nieco przyćmionym świetle…
O właśnie!
Nie zdążyłem o tym pomyśleć, ale rzecz byłą zastanawiająca, bowiem światło było i chociaż przyćmione, to jednak na tyle jasne, że mogłem bez wytężania wzroku spokojnie oglądać każdy szczegół wnętrza, w którym się znajdowałem, jak również ciała śpiącej kobiety, a było tych szczegółów kilka na jej ciele.
Przede wszystkim tatuaż na lewym ramieniu – typowa róża z kolczastą łodyżką – niezbyt duży, ale wyraźny.
Światło było na tyle jasne, że rozróżnić mogłem jego barwy. Były dwie: czerwona i żółta. Czerwony był pąk róży, a żółta łodyżka. Nie zastanawiałem się nad tymi kolorami, więc nic mnie w ich doborze nie dziwiło.
Inne szczegóły, to samo ciało – młode, ale dojrzałe o skórze gładkiej i opalonej, z tym że opalenizna już bladła i pomyślałem, że kobieta musiała dosyć dawno temu wrócić z urlopu.
Możliwe, że pogodziwszy się z faktem śnienia, uznałem, iż w konwencji snu nic nie jest dziwnym, choć sam proces snucia przemyśleń w trakcie śnienia jest dosyć rzadkim elementem, jednak zdarzały mi się wcześniej już takie sny, więc było to do przyjęcia.
Mimo tego, dywagowałem nad tym snem i zastanawiałem się, co właściwie mam robić dalej.
Uznałem, że skoro to sen, zasady moralne w nim nie obowiązują. Była to myśl w oczywisty sposób związana z nagą, śpiąca kobietą.
Nie wiedziałem, w jakiej roli obsadził mnie Morfeusz, ale wiedziałem, że nie w roli mnie, lecz kogoś zupełnie mi nieznanego. Coś mi mówiło, a właściwie, miałem pewność, że twarz, którą w tym momencie posiadam, w lustrze byłaby mi obca, ale lustra w zasięgu wzroku nigdzie nie było.
Na logikę wziąłem (i nie zdziwiło mnie to bardzo racjonalne rozumowanie w we śnie), że jestem najprawdopodobniej mężem tej kobiety i być może ojcem jej dzieci, co później okazało się całkowicie trafnym rozumowaniem.
Pomyślałem, że skoro to sen i zasady moralne nie obowiązują, to mogę pozwolić sobie na niewyobrażalne perwersje z jej udziałem i zrobić z nią to wszystko, o czym w swoim zwyczajnym życiu bałem się nawet pomyśleć, a co dopiero spróbować zrobić.
Chyba nie jestem jednak nawet onirycznym psychopatą, bowiem nie przyszły mi do głowy żadne sadystyczne pomysły, tylko raczej takie wyuzdane bezwstydnictwa.
Pewnie Freud zdiagnozowałbym w tym momencie syndrom braku seksu lub czegoś podobnego, pomyślałem z lekkim zdumieniem, że jednak takie myśli mogą powstać w głowie śniącego człowieka.
Acha, to ta morfina! Błysnęła mi odkrywcza myśl, przywracająca jednocześnie pamięć rzeczywistych wydarzeń.
- To tym bardziej mogę sobie pozwolić! - Pomyślałem, a właściwie wykrzyknąłem głośno, budząc kobietę.
- Na co możesz sobie pozwolić? - Zapytała zaskakująco trzeźwo, ale to mieściło się bez problemu w kanonie snu, bo wiadomo, że w śnie wydarzenia są po prostu oczywiste.
 
Chyba, że sen nie do końca jest snem.
poniedziałek, 23 maja 2011
Gdy człowiek zakopie się w swojej samotności, to myśli ociekają mu seksem, nawet jeżeli ten niezbyt już mu wychodzi.
Może wtedy, właśnie ociekają najbardziej.
 
Powyższe zdania nie mają żadnego związku z tym, co napiszę poniżej. (Przynajmniej tak zamyślam, ale jak będzie?).
Poniedziałek obudził mnie rześkością i rozrywającym głowę świergoleniem ptaków. Świergoleniem bolesnym, bo całonocnym i niecichnącym ani przez minutę.
Zazwyczaj ten ptasi harmider nie rwie mi nocy na poszarpane kawałki ciemnej materii, w której sny, równie poszarpane, pełne są koszmarnych zjaw i przerażających widziadeł, lecz dzisiejszej nocy, z powodu wieczornej burzy nie było prądu, więc była ona ciemna jak noc, a cisza rozszalała się ptasim wrzaskiem, gdyż nie mogłem włączyć radia, ani żadnej muzyki.
W ten oto prosty sposób okazało się jak daleko już odszedłem od natury, skoro ptasie głosy nie były dla mnie śpiewem zakochanych pierzastych istotek, ale zgrzytliwym i łomocącym dudnieniem upierdliwej czeredy upierzonych diabłów.
Gdybym jeszcze kochać mógł…
O, przepraszam miało być: „gdybym jeszcze spać mógł”, ale coś przeskoczyło na strunach myśli i zamiast o bezsenności napisało się coś o tym drugim, co czasem bezsenności jest równe lub z nią bardzo zespolone.
 
Znowu nie będzie orzechów włoskich tego roku a i z innymi owocami zanosi się kiepsko. Drzewa zmarzły w noc majowego mrozu.
Taki ten świat dziwny, że maj, chociaż gorący, to poraził sady najsilniejszym mrozem w historii pomiarów temperatury. Tak było u nas, w toruńskim.
Smutny to widok, takie puste drzewa, ale co, świat ma swoje zasady, a pogoda nie zawsze przestrzega reguł klimatu.
 
Przerwy w moim pisaniu są coraz dłuższe i nie mogę obiecać, że zaraz będzie inaczej. Niby jestem w domu, dostęp do komputera mam praktycznie nieograniczony. Internet też wciąż działa, czyli oprócz pieniędzy mam wszystko, ale…
 
Kiedy kilka lat temu zaczynałem pisanie bloga, po pewnym czasie zaświtała mi myśl, żeby pisać pamiętnik w sieci, ale nie taki prawdziwy, lecz fikcyjny, z tym, że miałby on być prowadzony codziennie i konsekwentnie. Tylko wydarzenia opisywane miały być fikcją.
Nawet zacząłem coś takiego, lecz zamiast pamiętnika powstał zupełnie inny twór, sam nie wiem, czym będący i wisi gdzieś w pajęczynie blogów.
Bo pisać o własnym życiu, nawet fikcyjnym, jakoś mi trudno i kiedy to robię, to piszę o czymś innym, nie wiadomo, o czym.
 
Dzisiejszy wpis także miał być o czymś innym, chociaż nie o seksie, a wyszło jakoś tak, jak widać i bez zakończenia.
sobota, 23 kwietnia 2011
- Zazdroszczę pana żonie… - Powiedziała do mnie ze smutnym wdziękiem dziewczyna.
- Czego tu zazdrościć?– Odpowiedziałem z równie smutną galanterią.
- Bo taki mąż, to skarb… - Upierała się z pogłębiającym smutkiem ta sama dziewczyna.
- Och, to… - Westchnąłem melancholijnie z niedokończoną nutką tragizmu w głosie.
Dlatego poszliśmy do łóżka.
- Właściwie, to nie ma czego zazdrościć.

Wyznała dziewczyna potem, myśląc o mojej żonie.
sobota, 12 marca 2011
Nie jest tajemnicą, że Maria czasem odwraca się do mnie plecami i daje w ten sposób coś do zrozumienia.
Na szczęście nie jestem zbyt lotny i nie wiem, co Maria pragnie mi takim zachowaniem okazać.
Wpatruje się w jej plecy, ale - o nie! - wcale nie bezmyślnie, lecz właśnie przeciwnie, w głowie mam taki tumult myśli, że dziwne, iż z uszu  kurz mi nie leci. Może jednak leci, a tylko ja nie widzę?
Cokolwiek sobie wtedy myślę, to zawsze o niej i bez zahamowań, wręcz perwersyjnie i wcale nie chodzi o seks, choć również, albowiem słabym jestem człowiekiem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, chociaż nie wszystko dostępne.
W plecy Marii wpatruje się bez niechęci i wręcz z nadzieją, bo mam jakieś wewnętrzne przekonanie, że nawet, jeśli jej gest coś oznacza, to nic tak złego, bym nie potrafił przemienić tego w dobro poprzez położenie swoich dłoni na jej barkach,  przyciśnięcie swojego torsu do jej ostentacyjnie wystawionych pleców i poprzez  milczenie, które zbliża.

Bardziej, niż najpiękniejsze słowa.
 
1 , 2 , 3 , 4