poniedziałek, 19 lutego 2018
O Esterce
 
Cz.I
 

Droga Czytelniczko!

 
Bez zdziwienia przyjąłem Twój negatywny brak reakcji na opowieść o Esterce.
Kurtuazja każe mi nazywać Twój stosunek do tej historii chłodnym, ale uczciwość, przydaje mu już bardziej drastyczne określenia. Pominę je.
Stoi przede mną siedmioramienny świecznik z czarnego złota. Gdybyś go zobaczyła, natychmiast podważyłabyś moją prawdomówność, udowadniając, iż nie ma czarnego złota, iż złoto nigdy nie czarnieje.
A co Byś powiedziała na to, że palące się świece nie rozjaśniają ani trochę otaczającego mnie mroku, że, spływająca po siedmiu ramionach, stearyna, jest równie czarna, jak złoto, po którym spływa?
Nie znam Cię, więc wiem, że ironicznie Powiedziałabyś, iż skoro świece się nie palą, to i płomień pewnie czarny.
Jakże blisko Jesteś jądra prawdy, które jest może jądrem ciemności...
Droga Czytelniczko.
Twoje ostatnie uwagi, które, jak zwykle zatrzymałaś dla siebie, nie umieszczając ich w liście do mnie, przesycone są dużą dozą goryczy i pełne powątpiewania w moją prawdomówność.
Kropki z nieniebieskiego atramentu są jak krople łez skapnięte podczas pisania na pożółkły papier.
Domyślam się, dlaczego nie wybrałaś właśnie tego papieru, żółtego ze starości i pokrytego niewidocznymi cieniami liter, będących kiedyś, dawno temu, gdy czas płynął za szybko, a miłość spalała się niemetaforycznie, tylko przy odgłosie skwierczenia zwęglającej się skóry i prawie bezgłośnego szelestu kości, rozsypujących się w proch.
Twój pierwszy, niepostawiony mi zarzut, że wpisując, w niewiarygodną i niemogącą zaistnieć historię Esterki, dziwną i jeszcze bardziej niewiarygodną opowieść o chłopach, którzy zakatowują na śmierć Żyda zbiegłego z Niemieckiego Nazistowskiego Obozu Koncentracyjnego, z transportu do krematorium, celowo wzbudzam odrazę do istoty człowieczeństwa, że okazuję, w sposób ekstremalny, swój antypolonizm i kpię z historii, bo takie rzeczy nie mogły się zdarzać.
Nie stawiając mi zarzutu, że przecież, prawie martwy Żyd - przynajmniej za takiego uznany - nie miałby sił zwlec się z platformy, spośród wielu martwych, konwulsyjnie poplątanych ciał, bo jeśliby nawet żył, to zemdlałby od smrodu. A ja mu nakazuję, nie dość, że zwlec się, niezauważenie z platformy, to jeszcze, niewiarygodnym przypadkiem, pozwalam mu przekroczyć ogrodzenie z drutów i ukryć się przed wzrokiem czujnych strażników.
Nie dziwię Ci się, kiedy nie napomykasz słowem, że przekroczyłem granicę Twojej wyrozumiałości, gdy każę mu patrzeć na czarny dym wydobywający się z komina i płakać łzami wielkimi, jak grochy, gdy uświadamia sobie, że właśnie ogląda ostatnie ślady po swoich najbliższych, które zapisują się niezmywalnym atramentem na błękicie nieba...
I mierzi Cię jego wewnętrzny monolog, w którym, z wielką mocą, objawia, że wierzy, iż czarne kłęby, to hebrajskie litery, które zapisują w sercu Boga pamięć o jego najbliższych.
I ten błękit nieba wydaje Ci się jeszcze bardziej niemożliwy, niż wszystko, co było przed i wszystko, co będzie po, w tej historii.
To prawda, są takie historie, w które nie wolno wierzyć, bo tak dalece przekraczają granice ludzkiego pojęcia, że gdyby wydarzyły się naprawdę, to ludzkie pojęcie straciłoby rację wszelkiego bytu. A rozum straciłby przyrodzoną zdolność pojmowania.
Spoglądam na pożółkłe kartki, których z premedytacją nie użyłaś, by mi wyłuszczyć wszystkie zastrzeżenia, a bardziej, by przelać na nie całą swoją wściekłość, dzięki której prawie udało ci się przywrócić we mnie genetyczną pamięć win niepopełnionych na przestrzeni wieków przez rodaków zbiega z obozu.
Ciskasz we mnie gromami za to, że wydobywszy tegoż biedaka (że też słowo "biedak" nie wymknęło ci się przypadkowo) z dna rozpaczy, nie pozwalam mu się cieszyć zbyt długo i stawiam na jego drodze pięciu, niewiele mniej od niego wychudzonych chłopów z widłami i cepami.
Nie potrafisz się opanować i nie wytykasz mi, że jak mogłem nie pozwolić, by ci prości ludzie otoczyli biedaka opieką, przechowali wśród swoich i po latach zasłużyli na medal sprawiedliwych wśród narodów świata.
To nie, ja rzucam ich na niego z całą zawziętością, na jaką stać chłopa i każe zatłuc ledwie żywego zbiega widłami, i cepami, na śmierć.
Po tej scenie, krople Twoich łez, z nieniebieskiego atramentu, zmieniają się w palące krople jadu nienawiści, przepalającego pożółkły papier listu, który nie zdołał się zachować do naszych czasów. Listu podwójnie metafizycznego, bo będącego ostatnim wyznaniem miłości do mojej ciotecznej babci - tym, które spłonęło w Dachau, wraz z szarym tużurkiem wujecznego dziadka - i Twoim, niewysłanym do mnie.
Masz mi za złe i nie piszesz, że brak Ci zrozumienia celu, dla którego ciągnę jeszcze dalej historię, jakby mi było mało. Zżymasz się, że wśród rachitycznych źdźbeł żyta leży zmasakrowane ciało byłego więźnia Niemieckiego Nazistowskiego Obozu Śmierci, przy którym, z milczącą satysfakcją, jednym papierosem, solidarnie dzielą się chłopi i puszczają kółka dymu.
Nie rozumiesz, czemu dym z tego papierosa jest tak samo czarny, jak ten unoszący się z krematoryjnego komina. Przyznam Ci się - też tego nie rozumiem.
Piszesz, że nie rozumiesz, dlaczego, sprowadzam niemieckiego majora Gotmitunsa, wraz z kilkoma esesmanami, skoro ucieczki Żyda nikt nie zauważył, więc pojawienie się Gotmitunsa jest nielogiczne i w konsekwencji nieuzasadnione.
Odpowiem Ci szczerze. Nie wiem, dlaczego i skąd wziął się tam ten major wraz z esesmanami, ale powiem Ci, że jego obecność jest, jak najbardziej uzasadniona i konieczna w tej historii.
Po pierwsze, bo łączy te wydarzenia spod obozu z tymi, w których główną role odegra Esterka, nieco później.
Po drugie, bo uzasadnia wielopłaszczyznowość moralności i przybliża zrozumienie sensu porządku moralnego.
Nie piszesz, przelewając swój gniew w nieniebieskie kleksy, że nie rozumiesz decyzji majora, który po przesłuchaniu zadowolonych z siebie chłopów - dodajmy, uważnym i wnikliwym przesłuchaniu - obwieszcza im wyrok, w którego konsekwencji zostają niezwłocznie i na miejscu rozstrzelani przez esesmanów.
Za cóż? Nie zadajesz jadowitego pytania. Przecież chłopi tylko dokończyli dzieło Niemców, zwieńczyli je.
A widzisz!
Gotmituns wyraziście i akademicko udowodnił, że moralność ma swoje poziomy.
On reprezentował ten najwyższy, który nie dozwala, by morderca pozostał przy życiu. Nawet, jeżeli ofiara również miała umrzeć z mocy prawa.
To przecież kanon biblijny.
Wewnętrzny ład moralny Gotmitunsa byłby zachwiany, gdyby nie ukarał morderców, nawet, jeśli wykonali za niego wyrok.
 
„Bo jakiż byłby porządek świata, gdyby każdy był sędzią i katem?" - Uzasadnia w swoim monologu wewnętrznym.
 
O Esterce
 
cz.II
 
Droga Czytelniczko!
 
 
Rozumiem, dlaczego nie płaczesz i dlaczego nienawidzisz mnie bardziej niż dotąd.
Pojmuję, czemu masz oczy suche i pozbawione iskry życia, kiedy nie pozostawiasz na mnie suchej nitki za dalszą część niekontynuowanej opowieści o Esterce.
Nie żądasz bym Ci wyjaśnił, dlaczego, moja bohaterka ma takie trywialne imię, które w sposób jednoznaczny określa jej przynależność narodową, a w moim opowiadaniu okazuje się blondynką o niesamowicie błękitnych oczach i siostrzenicą bogatych włościan. Do tego niezwykle mądrą i utalentowaną, szczególnie na niwie poezji.
Cóż ci mogę powiedzieć na taki zarzut?
To kaprys. Ale nie mój, tylko natury, bo prawo naturalne, jak może wiesz, wcale nie kieruje się tak oczywistymi przesłankami i nic w nim nie jest tak precyzyjnie wyartykułowane, by nie wzbudzać wątpliwości. Bywa, jak w mojej opowieści, kapryśne i niekonsekwentne.
Nie zapytałaś skąd to banalne imię. Odpowiadam, zatem, z Biblii.
Estera, jak niewątpliwie pamiętasz, (przepraszam, że piszę, jakbym wątpił w Twoją erudycję) dzięki swojej odważnej postawie i gotowości do poświęceń, zniweczyła plan wytępienia swoich rodaków od Indii aż po Etiopię. I doprowadziła do tego, że to oni mogli, w ramach akcji wyprzedzającej, wytępić niemałą liczbę swoich wrogów, co też uczynili. I dobrze im się wiodło potem.
Ale, to dawne dzieje.
Rozumiesz teraz, że Estera jest swoistym wykrętem intelektualnym, unikiem przed kołem historii, na zasadzie analogii, która nie jest analogią, a upodobnia wielką królową z dawnych czasów, do wiejskiej, niewinnej dziewczyny.
Przypomnę - co przecież wiesz, bo nie czytałaś - zakochanej bezgranicznie w pięknym chłopcu. Tylko, że - Fatum chce - o urodzie zniewalającej, lecz o rysach nieprzystających do tamtej epoki, bo czarnowłosym, śniadym, o nosie lekko opuszczonym, chociaż nie haczykowatym i wydatnych wargach, tak przyprawiających o omdlenie Esterkę, gdy pozwalała się im całować namiętnie. A pozwalała.
Nie rozumiem, czemu odważyłaś się nie zarzucać mi nadmiernej sielankowości tej części historii, do której przeszedłem, jakby wybierając inną ścieżkę w gęstym lesie, od tamtej, traumatycznej i ohydnej - jak nie stwierdziłaś - spod obozu.
Bronię się nienajmocniejszym argumentem, że w tamtym, dziwnym czasie, kiedy wszystko było inne i miało inne znaczenie, istniała również zwykła, czysta miłość, która, być może pozwalała wszystkim ją podglądającym, żyć z mniejszym balastem lęku i z jakimś ciepłem wokół serc.
Nie piszesz, oburzona, a ja rozumiem twoje oburzenie, że na tym powinienem zakończyć swoja opowieść, dopowiadając najwyżej: „... i żyli długo itd....", a ja, zamiast tego, brnę dalej, komplikuje piękno świata, który zdawał się już powracać do swojej harmonijnej urody i ponownie sprowadzam do bukolicznej wioski, nadwrażliwego moralnie, majora Gotmitunsa, który nie wiadomo, czemu (znowu nie wiadomo!) szuka jakiegoś żydowskiego dziecka, bo ktoś doniósł na posterunek żandarmerii, że we wsi ukrywa się dziecko żydowskie, udające dziecko polskie.
Nie naigrywasz się i masz prawo z mojego pomysłu, że donos jest papierową owijką kamienia, który wpada przez okno posterunku w czasie, gdy żandarmi szykują się do spoczynku.
Nie kpisz, i znowu przyznaje Ci rację, z nieudolności językowych na donosie, które sprawiają, że Niemcy, nie od razu, domyślają się, że chodzi o ukrywające się Żydziątko.
Tu, ze skruchą, Ci się przyznam, że po prostu nie znalazłem mądrzejszego pretekstu do uzasadnienie przyszłego nieporozumienia, które z Esterki uczyni postać - bohaterkę antycznej tragedii.
Pominę tutaj, Moja Droga, kilka Twoich pochlebnych ocen miłosnych scen, nieopisanych przeze mnie, pomiędzy Esterką, a jej ukochanym i pomimo rumieńca na mojej pucołowatej twarzy, nie potwierdzę tych niewypowiedzianych insynuacji, jakobym owe sceny ze swojej pamięci opisywał.
Ujmę to tak: każdy pisarz coś z siebie daje w swoich dziełach, pisarz kiepski, tym bardziej.
I pozwól, że przejdę do kulminacji i finału mojej historii, bo na temat tego finału wprost nie umiałaś znaleźć tak mocnych obelg, by mnie nimi nie obrzucić.
Przyjmuję z pokorą Twój nieokazany gniew.
Rozumiem, że poczułaś się urażona, gdy w tłumnym ansamblu na środku wsi, major Gotmituns, oznajmia pięknemu młodzieńcowi, o urodzie, jakby kaukaskiej, że zostanie rozstrzelany, jako ukrywający się Żyd, a w monologu wewnętrznym wyjaśnia, że nie chce, mu się wozić żydowskiego ścierwa w swoim terenowym samochodzie, bo to obrzydliwość siedzieć potem we wnętrzu pojazdu skalanym żydowskim smrodem.
Gdy nie pytasz, dlaczego tak, a nie inaczej, rozwiązuję ów nieistniejący konflikt sumienia majora, który miał obowiązek Żyda zabrać i odesłać do obozu koncentracyjnego, wprost odpowiadam - nie miałem już sił kontynuować tej zafałszowanej opowieści i czyniłem wszystko, by ją skończyć najszybciej, jak można. Dlatego - tu wyjaśniam Ci następne Twoje nienapisane pytanie - akcja nagle przyspiesza, staje się porwana i chaotyczna, jak zachowania zebranych mieszkańców wioski, którzy nie rozumieją, dlaczego chłopak, od urodzenia z nimi żyjący i będący, na pewno, dzieckiem polskich rodziców, od wieków Polaków, potomków powstańców styczniowych, okazuje się nagle zwykłym żydowskim śmieciem, parchem. Przecież pamiętają, że wszystkich Żydów ze wsi wywieźli sami na swoich wozach jeszcze w 42-gim tam, za ten lasek, gdzie te, takie ładne brzózki i tam wszyscy zakopani w dole z wapnem. „ O i ten zegarek od wtedy mam... „ - powie ktoś w nieumyślnej rozpaczy i zamilknie, przerażony, by po chwili, w niezrozumiałym odruchu zdeptać ten przedmiot na poboczu wydarzeń, w odległym zakątku placu.
I już nie powróci w żadnej scenie.
A ty się nie czepiasz, że ja nagle wszystko odwracam i wykonuje takiego kozła przez fabułę, że zęby ci zdrętwiały.
Sama się nie domyślasz, że to kozioł ofiarny, choć przybiera postać białej kozy, a ta koza okazuje się niebieskooką blondynką, która wychodzi przed zgromadzenie i całą siłą swojego niewyobrażalnego poświęcenia woła:
- To nie on, to ja jestem żydowskim bękartem, którego szukacie, to ja. To ja, Estera Achasz, córka Mordochaja, którego zabili chłopi pod Waszym Nazistowskim Obozem Zagłady w Auschwitz. I ratuje życie chłopca, prawdziwego Polaka.
Mówi te słowa, to straszliwe wyznanie wiary, w bezbłędnym języku Goethego i Nietzschego, bez żadnych potknięć, twardo akcentując każdą twardą głoskę i miękko wyśpiewując każde zmiękczenie w tym języku poetów i filozofów.
Po czym obnaża się do zupełnej nagości, by pokazać swoją żydowską bezbronność i rozwiać wszelkie wątpliwości, jeśliby je, kto jeszcze miał.
Major Gotmituns podziwia w niej wszystko i mówi o tym w wewnętrznym monologu.
„Dziewczyno, gdybyś ty mi to pokazała na boku, cicho szepnęła na ucho swoją żydowską świętość, nikt by cię już nie tknął i ja już bym nikogo nie tknął, Żyda szczególnie, a tak..."
- Biada Żydom! - To powie już głośno, by usłyszał go każdy mieszkaniec wioski i strzela dziewczynie w skroń...
Wiem, bo o tym nie mówisz, że w tym momencie na moment braknie ci tchu, a potem wybuchasz spazmatycznym śmiechem, który Cię skręca, aż do bólu.
Prawie się nie oburzasz, po nieprzeczytaniu, nieumieszczonych przeze mnie w głównej treści, kilku zdań, które nazwałem didaskaliami.
Jest to opis tego, jak Esterka, dla udowodnienia, że jej ukochany nie jest Żydem, nagle na oczach wszystkich Niemców i mieszkańców wsi, wydobywa z jego spodni członka, by pokazać, że nie jest obrzezany, a major Gotmituns nakazuje jej masturbować chłopca do skutku i wypowiada wówczas ów monolog wewnętrzny, który brzmi nieco inaczej, bo słowa początkowe brzmią w jego wnętrzu tak: „Dziewczyno, gdybyś to mi zrobiła..." a dalej już identycznie, jak poprzednie.
Nie zarzuciłaś mi wulgarności, ani obsceniczności w tej scenie, nie napomykając też, czegoś o chorej wyobraźni.
Trudno nie mieć chorej wyobraźni, gdy - pomyśl - że ten nieżydowski Polak, którego uratowała, poświęcając swoje życie, polska niearyjska...
 
Mógł nie być moim ojcem.   
niedziela, 11 lutego 2018
Maria zajęła się jakimiś kobiecymi sprawami, nierozumialnymi dla żadnego mężczyzny, więc wyniosłem się precz, gdyż i tak mnie to czekało, albowiem Maria, gdy absorbują ją sprawy kobiece, mówi do mnie krótko i bez ogólników:
- Idź precz!
Wtedy idę i nie pytam się, dlaczego, bo odpowiedź mogłaby mnie wprowadzić jedynie w zakłopotanie, nie pogłębiając w żaden sposób mojej wiedzy o Marii, albo o czymkolwiek.
 
Świat jest prostszy, jeśli nie wszystko wiem.
niedziela, 04 lutego 2018
Różnica między mną a Grekiem jest taka, iż on jest sobą, a ja go udaję, ale mi nie wychodzi, bo nie znam greckiego, żadnego innego, też nie znam, choć kilku się uczyłem, ale, jak to w szkole, zajęty człowiek był tyloma sprawami, że na języki czasu brakło.
I na naukę też.
Mimo, to udaję Greka, a płakać mi się chcę, lecz nie wypada, bo mężczyzna nigdy nie płacze, co wierutną jest bzdurą, gdyż nikt tak wodnistych oczu nie ma, jak mężczyzna.
Naprawdę.
Rzuciłbym wszystko w diabły i poszedł sobie się wypłakać, aż do sucha, na wiór i byłoby wtedy nareszcie.
Co, nareszcie?
 
A, to i śmo – spokój. 
poniedziałek, 22 stycznia 2018
Dobrze.
Opowiedziałem już wszystko o tym, jak mi źle, a skoro lepiej być nie może, to przestanę wreszcie omijać szczeliny w płytkach chodnika. W końcu, co! Jak się potknę, to mam się czym podeprzeć. Jak się przewrócę, to sobie poleżę, bo w końcu, nie od pozycji masy ciała, zależy pozycja osobnicza człowieka.
Skoro najlepsza historia składa się z powstań, to ochotnie się nawet przewrócę, by powstać, choć nieudanie, gdyż liczy się zamiar, a nie, skręcona noga. Pomóc, nikt, nie pomoże, ale widowisko będzie przednie i zabawy niemało.
A ja lubię sprawiać radość i wstyd mi, że czasem o tym zapominam, egoistycznie grzebiąc we własnych wnętrznościach, przyprawiając niektórych o skręt kiszek ze wstrętu.
Ze smutkiem było mi do twarzy lat temu wiele, bo, to taka szalbiercza była uroda, na naiwność imaginowana.
W końcu, życie to taka piękna i naiwna bajka o niezmiennym zakończeniu, zawsze szczęśliwym, bowiem dobry zostaje nagrodzony, a zły nie zostaje.
Nie należy, zatem obarczać serca trwogą, nawet jeżeli inaczej się wydaje.
 
"To ,mylą się znaczenia"
piątek, 19 stycznia 2018
- Jaka piękna kaczuszka! – Wykrzyknęła Maria.
Popatrzyłem na nią z dezaprobatą w oczach, bo kaczka była brzydka niemożliwie, ale przytaknąłem.
- No już dobrze, głuptasku. – Pogłaskała mnie Maria po policzkach ciepłym wnętrzem dłoni.
 
– Chciałam sprawdzić tylko, czy wciąż jesteś taki bezgranicznie uległy.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 400