niedziela, 21 maja 2017
Kulało się coś, kulało i turlało. Myślałem, że to jaki mój zapomniany gilunek, gdy wtem! I z nagła! Oraz całkowicie niespodziewanie, turlająca się kuleczka, rozwinęła skrzydełka i jak nie furgnie koło mojej głowy!
Zląkłem się strachliwie, jak ducha i aż opadłem bez sił.
Na krzesło opadłem bez sił i dobrze, że stało blisko.
Motylion, bo on to był, przeleciał sobie przed moim zdębiałym wzrokiem i pacnął nieopodal, ale nie na wyciągnięcie ręki, cwaniaczek!
- Cześć! – Powiedział chytrze.
- O żesz ty!…- Ryknąłem jadowicie.
Zerwałbym się ku niemu i dał popalić, albo zwyczajnie skułbym mu mordę, aż by mu wlepiszcza zapuchły, lecz byłem bez sił.
Skorzystał z mojej niemocy w sposób urągający nawet jego nie najlepszemu wychowaniu.
Podfrunął na liść obszerny kwiatu jakiegoś, który ktoś mi w pokoju postawił i zostawił. Pacnął na nim, bo Motylion, jest tak niewychowany, że nigdy nie siada, jak należy, tylko zawsze paca tyłkiem jak packą, łobuz jeden! Rozparł się oczywiście, jak kto ważny, czułka na czułku sobie oparł, kolejnym czułkiem drapał się w łepicę i śmiał mi się w nos bezpiecznie, bo byłem bez sił, co przypominam.
Ale i na Motyliona znajdzie się championa.
Tako z cienia rzucanego przez liść przy pomocy promieni słonecznych, które rozszczepieniem pryzmatycznym na karafki kryształowej ścianach liść ogrodziły niematerialnym parkanem kolorowych pręcików, wychynął podstępnie i bez szmeru, najeżony mściwie i walecznie kot.
-Aha! – Pomyślałem sobie z perfidną satysfakcją.
Choć myśl krótka, mimo perfidii, jeszcze nie skończyła mi się w głowie wić, gdy podstępny kot szurnął ku liściowi, a raczej ku Motylionowi rozpartemu, jak basza.
Niestety kot młody i jak każdy młody, to nieobliczalny, więc nie obliczył czegoś w locie i sam się zderzył z liścia spodem, miast chapnąć Motyliona.
Tedy oba upadli na pyski swoje.
Motylion smyrgnął bez słowa w dal, a kot nie.
 
Ale i tak, przez chwilę, byłem usatysfakcjonowany. 
czwartek, 18 maja 2017
Nie robię dziś nic, bo nie mam sił i środków.
I tylko ze wstydu udaję lenia.
niedziela, 14 maja 2017
piątek, 05 maja 2017
1-go Maja w wielu miejscach świata odbywają się pochody. Czasem bardzo liczne, a czasem, jak obecnie w Polsce, zupełnie nie.
W naszej wiosce tego roku też mieliśmy pochód.  Prowadził go nasz wikary, ale nie jest to dowód na zawłaszczenie kolejnej dziedziny życia przez kler, bowiem akurat w tej materii kler od wieków ma swoje niepodważalne miejsce.
Niewątpliwie większość czytających odgadła nieomylnie, że pochód, który opisuję, to pogrzebowy kondukt.
Tak jest.
1-go Maja 2017 roku, kondukt pogrzebowy z udziałem strażaków w galowych strojach i z towarzyszeniem strażackich wozów bojowych zastąpił dawne radosne parady (bo były radosne, czy to się komu podoba, czy nie). 
Liczną, bardzo liczną grupą uczestników odprowadzaliśmy na miejsce ostatniego spoczynku żonę sąsiada, moją klasową koleżankę, partnerkę od kart, która nagle, po prostu, zmarła. Będąc przez wiele lat druhną OSP.
Piszę, że odprowadziłem ją na cmentarz, ale to nieprawda.  Przeszedłem w kondukcie ćwiartkę drogi, bowiem dalej iść nie pozwoliła mi moja obolała i kończąca swój żywot proteza, która dwa dni wcześniej brała udział w podobnej ceremonii, bo żegnaliśmy zmarłego teścia mojego młodszego syna.
Wówczas wydoliłem przejść Cała drogę od kościoła do cmentarza, ale nie musiałem stać półtorej godziny w kościele, opierając się na kulach, bo siedziałem wygodnie w ławce.
Na mszy pogrzebowej sąsiadki, niestety, musiałem stać, gdyż ludzi było tak wielu, że ławek nawet nie było widać.
Jedynie trumnę na podwyższeniu, do której nie podszedłem, pożegnawszy sąsiadkę dotykiem myśli z daleka.
 
Wiązankę kwiatów ode mnie na Jej grobie złożył syn.
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Gdy człowiek jest przygnębiony, zdecydowanie lepiej się czuje, kiedy jest mu źle.
11:27, zabociek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 390