piątek, 16 czerwca 2017
Zrozumiałem, że nie należy pozostawiać po sobie śladów, bo zajmują niepotrzebnie miejsce i zmuszają do niechętnego wspominania tego, co warte wspominania nie było już wtedy, gdy jeszcze trwało.
Uświadamiam sobie, więc, że pisanie, bloga, pamiętnika, czegokolwiek, jest niesamowitym objawem zarozumiałości i pychy, nieuzasadnionego przekonania, że coś znaczę, że jestem jakimś sensem, a to jest kłamstwo.
Kłamstwo, na które przyzwalają wszyscy, bo wszyscy równie zarozumiale i podobnie myślą na swój temat.
Dla podtrzymania wiary w jakikolwiek sens życia, ludzie progresywnie, przez wieki, wymyślali nowe, umowne wartości, nadając im wreszcie miano kultury, wmawiając sobie wzajemnie, że należy te wartości zapamiętywać zachowywać, jakby pomijając oczywisty fakt, iż nie da się ich zachować na wieczność, bo wieczność jest niedostępna i dla ludzkiego umysłu, nawet jako pojęcie, niezrozumiała.
Entropia nieubłaganie prze do chaosu, w którym nie ma miejsca na pamiątki i gadżety, w żadnej postaci.
Zapamiętywanie, gromadzenie pamiątek, tak naprawdę niczemu nie służy, bo ich zachowywanie jest jedynie przesunięciem w czasie momentu definitywnego unicestwienia.
Drobne, osobiste pamiątki i wspomnienia dezintegrują się szybciej i doskonalej, i lepiej, że tak. Społeczne, narodowe i cywilizacyjne, czy kręgów kulturowych, jak mawiają mędrcy i hipokryci, dłużej przygnębiają, bo przez wiele pokoleń.
Dziwi mnie, że jakoś lekko przechodzi się do porządku nad faktami przeinaczania znaczeń zachowanych sentymentalii kulturowych.
Gdybyż one były tylko zbiorem śmieci w zamkniętych muzeach, które oglądałyby nieliczne grupki pokręconych kulturalnie fanatyków, ale nie, one muszą uzyskiwać znaczenie w danym momencie teraźniejszości, najczęściej bezsensowne, w stosunku do pierwotnego.
Tzw. znawcy i populatorzy wartości kulturowych, tradycji i czego tam jeszcze, z abstrakcji nieistotnych do życia, pokazują mi palcami punkty zachwytu na kosztownych landszaftach, mamią niedostrzegalną urodą tajemnicy w sparaliżowanym grymasie ust, chorej pewnie na syfilis, dobrze urodzonej ladacznicy, wyśmiewając, jednocześnie, szlachetny kształt nabrzmiałego emocjami i uczuciem zwierzęcia z kartonowego obrazka, w pięknych złoconych ramach, ironizując, że ramy podnoszą cenę.
Bo podnoszą, ale słusznie, gdyż jak dowodzi obserwacja, od wielu pokoleń, wielka kultura, o tyle jest wielka, o ile daje z siebie żyć.
Wielu z niej żyje znakomicie, dbając, w głębi serca, głównie o ramy.
Czy ja tak myślę naprawdę?
 
Kto mnie, tam, wie.
środa, 14 czerwca 2017
- Mógłbyś mnie chociaż raz czymś zaskoczyć! - Powiedziała Maria, z nieukrywaną pretensją w głosie.
W jej gestach też było sporo żalu.
- Podobasz mi się. – Odparłem od niechcenia.
Maria, zaskoczona, otworzyła usta i upuściła porcelanowy talerz na podłogę, gdzie się stłukł doszczętnie.
 
Nie przypuszczałem, że tak łatwo mi pójdzie.
Tagi: Maria
01:56, zabociek , Maria
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 czerwca 2017
Droga moja, za chwilę będzie padał deszcz.
Znowu będzie padał.
Po raz kolejny rozkwitnie na twoich wargach kłamstwo, że lubisz kiedy pada deszcz.
A ja powiem: to dobrze, bo uwielbiam pić deszcz z kielicha twoich warg, smakując ich miękkość i delikatność, jak wiotkość uległych płatków róży, rozchylonych ku pragnieniu mojego języka.
Powiesz bez oddechu starodawne kłamstwo:
Lubię kiedy pada deszcz, gdy ty jesteś przy mnie…
 
Droga moja, za chwilę będzie padał deszcz.
Znowu będzie padał.
 
Spadną krople tęsknoty za kłamstwem, dla którego nie ma już ust. 
niedziela, 04 czerwca 2017
Pisz, jak czujesz, choć słowo czasem zadaje większy ból, niż gwóźdź wbity w serce.
Nie zwracaj uwagi na moje grymasy, wykrzywienia ust. Patrz na błysk moich oczu, gdy czytam.
Kiedy poczujesz żar płomienia w pobliżu, wiedz - właśnie ciskam gromy na twoje pisanie.

Po to, by je sobie rozjaśnić.
niedziela, 21 maja 2017
Kulało się coś, kulało i turlało. Myślałem, że to jaki mój zapomniany gilunek, gdy wtem! I z nagła! Oraz całkowicie niespodziewanie, turlająca się kuleczka, rozwinęła skrzydełka i jak nie furgnie koło mojej głowy!
Zląkłem się strachliwie, jak ducha i aż opadłem bez sił.
Na krzesło opadłem bez sił i dobrze, że stało blisko.
Motylion, bo on to był, przeleciał sobie przed moim zdębiałym wzrokiem i pacnął nieopodal, ale nie na wyciągnięcie ręki, cwaniaczek!
- Cześć! – Powiedział chytrze.
- O żesz ty!…- Ryknąłem jadowicie.
Zerwałbym się ku niemu i dał popalić, albo zwyczajnie skułbym mu mordę, aż by mu wlepiszcza zapuchły, lecz byłem bez sił.
Skorzystał z mojej niemocy w sposób urągający nawet jego nie najlepszemu wychowaniu.
Podfrunął na liść obszerny kwiatu jakiegoś, który ktoś mi w pokoju postawił i zostawił. Pacnął na nim, bo Motylion, jest tak niewychowany, że nigdy nie siada, jak należy, tylko zawsze paca tyłkiem jak packą, łobuz jeden! Rozparł się oczywiście, jak kto ważny, czułka na czułku sobie oparł, kolejnym czułkiem drapał się w łepicę i śmiał mi się w nos bezpiecznie, bo byłem bez sił, co przypominam.
Ale i na Motyliona znajdzie się championa.
Tako z cienia rzucanego przez liść przy pomocy promieni słonecznych, które rozszczepieniem pryzmatycznym na karafki kryształowej ścianach liść ogrodziły niematerialnym parkanem kolorowych pręcików, wychynął podstępnie i bez szmeru, najeżony mściwie i walecznie kot.
-Aha! – Pomyślałem sobie z perfidną satysfakcją.
Choć myśl krótka, mimo perfidii, jeszcze nie skończyła mi się w głowie wić, gdy podstępny kot szurnął ku liściowi, a raczej ku Motylionowi rozpartemu, jak basza.
Niestety kot młody i jak każdy młody, to nieobliczalny, więc nie obliczył czegoś w locie i sam się zderzył z liścia spodem, miast chapnąć Motyliona.
Tedy oba upadli na pyski swoje.
Motylion smyrgnął bez słowa w dal, a kot nie.
 
Ale i tak, przez chwilę, byłem usatysfakcjonowany. 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 391