piątek, 12 października 2018
Nie jest dobrze i lepiej już nie będzie, nawet, gdy jakoś połatałem buty. Może nie prezentują się najładniej, ale nie o prezencję chodzi, lecz o chodzenie właśnie.
Na ten rok zakończyłem też już leczenie i wszystko inne, a o przyszłym nie myślę.
Praktycznie, to nie myślę już o niczym.
 
To, łatwiejsze.
czwartek, 04 października 2018
Rozpirzyły mi się buty, a dokładniej, jeden but, co ma znaczenie, gdyż buty ortopedyczne liczy się pojedynczo przy refundacji w NFZ.
Nie zdarzyło się to w najlepszym momencie, ale mam już tak, że nic mi nie zdarza się najlepszym momencie, wręcz przeciwnie.
Gdybym był w innym nastroju, dajmy na to, tylko minorowym, w tym miejscu tego tekstu pojawiłaby się dygresja o, którejś z moich niespełnionych miłości lub sympatii jedynie, które nie zdążyły się zmienić w wyższy stan uniesienia duszy.
Niestety, stan mojego nastroju jest zdecydowanie gorszy od minorowego, bowiem zbyt wiele zdarzeń nastąpiło ostatnio w nieodpowiednim momencie, tak, jakby czas się uwziął na mnie, więc obrzuca mnie nieodpowiednimi momentami.
Idąc za ciosem, wyrzuciłem kolejne przedostatnie dresy, bo zmierzły mi już ażurowe nogawki nadzwyczajnie przepuszczające wiatr, co jeszcze niedawno stanowiło nawet plus dodatni, wszak był upał, ale, od kiedy wiatr dmucha jesiennie, przewiewność dresów nie stanowi wartości dodanej.
Mam jeszcze inne dresy, w których nie zdążyłem podziurawić nogawic protezą i ponadrywać przydeptywaniem butami.
Zatem, dres nie jest najgorszym przypadkiem z ostatniego czasu, dodałem go wyłącznie, dlatego że właśnie w dresie piszę ten tekst, a piżama leży spokojnie na obrzeżu łóżka, czy raczej tapczanu, na którym śpi Maciuś (U mnie, jak u Spielberga, zawsze musi pojawić się, choć na chwilę, dziecko. I jest Maciuś), bo mam przecież jeszcze inne jakieś ciuchy i myślę, że nawet na bliskie spotkanie absolwentów mojej dawnej szkoły będę miał w czym się udać, choć możliwe, że lekko niedopięty.
 
Oczywiście, gdy uda mi się naprawić but.
czwartek, 27 września 2018
Wnuczki już śpią sprawiedliwym snem łobuziaków, które do ostatniej kropli wody w wannie broniły się przed położeniem do łóżka, przedłużając czas kąpieli. Żeby tylko nie iść spać.
Niestety, jutro szkoła – dla nich jutro, bo śpią, a dla mnie dziś, bowiem ja nie śpię.
Śpią wszyscy inni domownicy i dom szumi monotonną ciszą nocy.
Cisza.
Na zewnątrz także cisza, bo wiatr ucichł, jakby uznał, że dosyć już strząchnął orzechów z drzew.
Jesienne wiatry dlatego tak silnie wieją, żeby właśnie orzechy pospadały.
Dowiedziałem się o tym niedawno, nie wiem skąd i od kogo.
Nie śpię i borykam się ze swoimi depresyjnymi myślami, które próbuję stłumić i stłamsić obrazowaniem bieżącej chwili swojego niesnu.
Nie bardzo mi to się udaje. Wizualnie jestem, jak beczka radości i śmiechu, ale najczęściej jest to śmiech gorzki, czego na zewnątrz, na szczęście dla innych, nie widać.
Pozory.
 
To jedyne, na co mnie stać. 
czwartek, 20 września 2018
Smutno mi i zastanawiam się, czy to taka moja maniera (nie po raz pierwszy zresztą), czy może jestem już znudzony do cna tym wszystkim.
To wszystko, to życie, po prostu. Zwyczajne, szare życie, w którym nie dzieje się nic.
Albo nie, dzieje się monotonia. Typowa coroczna monotonia na koniec lata, kiedy w sadzie dojrzewają i spadają z drzew orzechy, a przejmujący zapach przejrzałych jabłek wierci w nosie, niczym wnuczek dziurę w brzuchu dziadka, gdy czegoś chce.
Na przykład, dzisiaj po południu. Maćkowi zachciało się jeść, ale nie bardzo miał w czym wybierać, więc zdecydował się na resztki.
Nie, nie. Nie wpadajcie w zgorszone przerażenie. Resztki, w oryginale, to są pozostałości ziemniaków po ścieraniu ich na masę do placków, a nie przedśmietnikowe odpadki.
Kiedyś zrobiłem placki, a że tarłem je dosyć powierzchownie, pozostało mi sporo "niedotartych" kawałków, które, z braku lepszego zajęcia (bo placki już były usmażone) wrzuciłem na patelnie z gorącym olejem i w sposób bardzo podobny do smażenia frytek doprowadziłem do stanu jadalności.
Nieoczekiwanie okazało się, iż bardzo zasmakowały Maciusiowi.
Dziś, a w zasadzie, wczoraj przypomniało mu się to jedzonko i musiałem mu je zrobić.
Oczywiście nie tarłem ziemniaków, tylko obrawszy kilka kartofli, najzwyczajniej w świecie pokroiłem je na drobne części, ale - Broń Boże! - nie tak, by choć w przybliżeniu były podobne do frytek, bowiem na frytki, Maciek ochoty nie miał.
Miała pretensje synowa, iż takim jedzeniem karmię przed snem dzieciaka, ale nic lepszego nie wymyśliła.
 
Ten tekst miał być o czym innym, lecz byłby smutny, jak ja jestem permanentnie, więc przerywam jego kontynuację ...
niedziela, 16 września 2018
Dziewczyna podeszła i dała mi w pysk.
Oblizałem się, bo dłoń miała delikatną. Tak delikatną, że sieć drobnych żyłek na zewnętrznej części dłoni wydała mi się rysunkiem wyjętym z ołowianych ramek witraża.
Przez czas plaśnięcia tej dłoni na moim policzku wyobraziłem sobie, jak przez ten witraż przeciska się jeden, jedyny promyk światła i porozcinany, jak włos dzielony na czworo w sporze, rozbiega się po zakamarkach mojej duszy wielobarwnym, nieziemskim strumieniem ognistej lawy i rozpala tę moją duszę do niewyobrażalnie wysokiej temperatury.
 
Tak mnie buzia piekła!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 405