czwartek, 17 sierpnia 2017
- Lubię cię - powiedziałem do lustra z nieukrywaną wzajemnością.
Tagi: cytaty
01:37, zabociek , Z archiwum
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 sierpnia 2017
I-sza Nagroda w Konkursie Prozy Fundacji Sztuki Osób Niepełnosprawnych w 2017r
 
Mężczyzna do kobiety
 
Trudno mi będzie Ci to wytłumaczyć. Muszę cofnąć się pamięcią trochę do dni, kiedy byłaś jeszcze dla mnie nieznajomą.
Pamiętam to, jednak dokładnie.
Kilkadziesiąt tysięcy lat temu, a może nawet kilkaset – to drobna różnica, uwierz - wybiegłem z jaskini umorusany od dymu z ogniska i popiołu, w którym tarzałem się, by zabić insekty nieznośnie wgryzające się w moją skórę, a których nie potrafiła mi wyiskać ani matka, ani mój nieudolny, kosmaty brat, czy głupkowate siostry. Ojciec nie iskał. Ojcu, to my musieliśmy iskać wszyscy, a on tylko powarkiwał i czasem grzmocił nas po plecach sękatym kijem.
Nie oszczędzał nikogo, nawet matki i sióstr. Matki szczególnie nie oszczędzał.
Nawet, gdy dosiadał jej w kącie groty i gwałtownie, brutalnie zapładniał kolejnym rodzeństwem, po skończonej kopulacji nierzadko okładał ją pięściami i swoim kosturem - maczugą.
My, w tym czasie, zbici w jeden dygocący kołtun w drugim, jak najdalszym, kącie nie śmieliśmy warknąć, nawet, ze strachu.
Tego pamiętnego, mglistego poranka, kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy lat temu, wybiegłem na zewnątrz tuż po wschodzie Słońca, naszego ognistego boga, który w swej nieprzebranej łaskawości grzał nas i obdarzał ogniem, z pieczołowitością przechowywanym w naszych pieczarach.
Wtedy, wybiegając, nie myślałem o nim Bogu- Słońcu. Gnało mnie coś niepowstrzymanego, niezrozumiałego, czego nie umiałem nazwać, bo jeszcze niczego nie umiałem nazywać, bo jeszcze mówić nie umiałem.
Coś jednak gnało mnie z jaskini na złamanie karku w dół skalistej skośni. Pamiętam, że zbiegając na czterech, to na dwóch kończynach, gdyż nie umiałem się jeszcze zdecydować, jak mi wygodniej, upadałem wielekroć i turlałem się w dół, by znowu zbiegać na nogo-rękach ku czemuś, co mnie wołało w sposób nieuznający oporu.
To mnie wyrwało z wnętrza jaskini, złamało mój strach przed warczącym groźnie ojcem i zastępująca mi drogę, niemądrą, najmłodszą siostrą. Nie zatrzymał mnie jej rozpaczliwy kwik bólu, kiedy wywróciłem ją brutalnie na, pełne ostrych kamyków, przedwejście groty.
Pognałem, niczym rozjuszony niedźwiedź i pewnie podobnie wyglądałem, podskakując na swoich łapo-nogach, kosmaty, z unoszącą się chmurą kurzu wytrzepywanego z moich kudłów i wzbijanego przeze mnie z pomiędzy kamieni na zboczu.
Pamiętam i nigdy, nigdy nie zapomnę, jak u samego podnóża góry, na ostatnim odcinku swojego samobójczego gonu, stoczyłem się bezwładnie, niczym głaz wytrącony z lawiny i odbity jakimś rykoszetem w inne zupełnie rejony, niż lawina.
Byłem głazem, bezwolnym kamieniem, skałą bezmyślną, która, z impetem śmierci, rozrzuciła, niczym drewniane figurki cycatej Bogini – Matki, grupę – stado istot mi podobnych, ale obcych, wrogich na wszelki wypadek, skazanych z góry na śmierć z naszych łapo-rąk.
Pewnie tym im się wydałem, gdy zagarnąwszy długimi ramionami tylu ilu sięgnąłem, położyłem pokotem wszystkich. Nieliczne, bo przetrzebione przez inne, równie lękliwe, stada, jak moje i dlatego zabijające, by sobie bezpieczeństwo zapewnić.
A ja wcale nie chciałem zabijać. Nie tym razem. Chciałem się tylko zatrzymać, przerwać swój oszalały, wściekły pęd.
Zerwałem się na nogi – na dwie – pamiętam, jak dziś i wydałem z siebie ryk. Straszny i tym rykiem powstrzymałem wszystkich leżących przed próbą powstania. Przewrócili się na grzbiety i odsłonili mi gardła, i podbrzusza w geście uległości, i rezygnacji.
Tylko jeden osobnik tego nie zrobił. Wstał i rzucił się ku mnie z łapami, mając nieukrywaną chęć wydrapania mi oczu. Nim zmiażdżyłem mu owłosione nadgarstki uściskiem swoich rąk, zdążył mi przeorać twarz swoim szponiastym pazurem.
Kiedy wydał z ust głos bólu i trwogi, nagle dopadała mnie dziwna słabość. Ledwie potrafiłem utrzymać jego ręce w swoich.
Moją słabość potęgował zapach tej istoty, tego osobnika, który nie wystraszył się mojego ryku i impetu.
To był zapach samicy. Niezwalczalny zapach kobiety, wdzierający się przez nozdrza do najgłębszej głębi zmysłów, zniewalający je i czyniący bezbronnym najpotężniejszego łowcę.
Pamiętam i nigdy, nigdy nie zapomnę, jak nagle Twoje nozdrza - bo to Ty byłaś - zadrgały i zaczęły wciągać mój zapach. Moje czyniły to samo, wciągając Twój.
Napawaliśmy się wzajemnie swoim aromatem, przenikliwym odorem naszych brudnych, kosmatych ciał, oblepionych strupami zaschłej krwi, odpadkami naszych i cudzych ekskrementów, zezwłoków pomiażdżonych owadów i powczepianych w nasze kudły strzępów roślin.
Marszczył ci się nos i z pomiędzy szczerzonych kłów dobywał się warkot. Zrazu groźny i odstraszający, ale gdy ja nie odwarkiwałem, a jedynie chrząkałem z powodu zupełnego ogłupienia, dźwięki wydawane przez ciebie łagodniały, by zmienić się w łagodne mruczenie. W twoich oczach pojawił się wtedy błysk, ten błysk, który już na zawsze zapamiętałem, który stał się niegasnącym światłem moich oczu.
Uwolniłem twoje ramiona, a ty wtedy wewnętrzną częścią dłoni dotknęłaś mej twarzy i po raz pierwszy poczułem nieprzeczuwalne wcześniej ciepło, ciepło łagodności.
Dotknęliśmy się twarzami i nigdy, przenigdy nie zapomnę tego naszego najpierwszego pocałunku, który jeszcze nie znał warg, ani języka, ale już przeniknął nas dreszczem i niemocą wzajemną, natychmiast przemienioną w potęgę jedności, gdyż wtedy, kilkadziesiąt tysięcy lat temu, a może i kilkaset – to nieistotna różnica, wiesz przecież – wynaleźliśmy miłość prawdziwą, która przełamała bariery obcości.
To wtedy weszliśmy na wyższy szczebel drabiny ewolucyjnej.
 
Pamiętam, jak już z naszej własnej jaskini wyprawiałaś mnie na łowy i udawałaś, że nie widzisz moich drżących łydek, które dla niepoznaki owijałaś mi skórami upolowanych wcześniej zwierząt.
Nie wypadało, żeby widoczny był mój strach, kiedy potrzebny był każdy strzęp dzielności, by osaczyć i zabić potężnego mamuta, który pozwoli nam przeżyć kolejną, coraz dłuższą zimę.
To nie był strach mój o mnie, o moje życie, które przecież traciłem później wielokrotnie. To był lęk o ciebie, że kiedy nie wrócę, wpadniesz w łapy starego łowcy, który jak niegdyś mój ojciec będzie okładał ciebie kosturem- maczugą, nie widząc, jaką masz delikatną, mimo sierści, skórę i jak łagodnie ciepłe dłonie.
Pamiętam, jak przynoszone mnie martwego z nieudanych polowań lub międzyplemiennych walk, jak kładziono mnie u wejścia jaskini, a ty siadałaś z podwiniętymi nogami i kładłaś sobie na nich moją, prawie na dwoję rozłupaną głowę i tymi łagodnie ciepłymi dłońmi mierzwiłaś moje sztywne od skrzepłej krwi kołtuny.
Czułem jak nasiąkają wilgocią, mimo, że nie było deszczu, a na rosę było za wcześnie.
Pamiętam, jak później, kiedy już zagrzebałaś mnie pod stertą mozolnie układanych kamieni, siadałaś przed wejściem jaskini i nie bacząc na krążące wokół drapieżniki unosiłaś swoją głowę i przejmująco wyłaś do spływającego moją krwią Księżyca.
W promieniu Twojej boleści wszystko milkło i w nieporuszonej solidarności oddawało hołd Twojej niewysłowionej, jeszcze niewysłowionej, rozpaczy.
Zresztą, nawet, gdy już nauczyłaś się mówić, nigdy nie potrafiłaś wysłowić swojej rozpaczy, kiedy umierałem...
Wielokrotnie przynoszono Ci moje ciało z pól bitewnych, z wypraw dalekich, z miejsc pracy ponad ludzkie siły, z piekieł i nigdy, pamiętam, nigdy nie umiałaś nazwać swojej udręki, kiedy mnie traciłaś.
Zrozum, więc, że trudno mi jest wytłumaczyć Tobie, dlaczego nie możesz oglądać moich łez, czemu nie możesz widzieć jak drży mi powieka z nieopanowanego strachu. Jedynego lęku, jaki odczuwam.
 
Obawy o Ciebie.
 
 
II-ga nagroda w Konkursie Poezji  Fundacji Sztuki Osób Niepełnosprawnych w  2017r
 
 
Zestaw  wierszy
 
 
 
Skonsternowane przeprosiny
 
bardzo wszystkich przepraszam
że umieram nieładnie
łeb jak hydra podnoszę
i bełkoczę nieskładnie
zamiast milczeć wymownie
gesty wstrzymać w pół drogi
to ja siadam i jeszcze
staję sztywny na nogi

a tu kondukt już czeka
konie w szkarłat przybrane
krewni przyszli z daleka
a ksiądz klepie różaniec
ukochana łzy roni
mój konkurent je otrze
bo chusteczkę ma w dłoni
wszak to pogrzeb mój pogrzeb

przykro mi jest najmilsi
że tak konam prostacko
że wciąż bredzę swe myśli
lecz uwierzcie niełatwo
jest tak umrzeć niedbale
gdy się żyło jak żyło
jakby wcale a wcale
że śmierć jest nie wierzyło
 
Ty po mnie nie płacz…
 
 
Ty po mnie nie płacz łzami,
Bo łzami płakać każda umie.
Ty mnie opłakuj ramionami
Zaplecionymi na mej trumnie.
 
Ty mnie opłakuj krokiem chwiejnym,
Kiedy przez nawę mnie przeniosą
I śladem kropli krwi, niejednym,
Gdy za mą trumną pójdziesz boso.
 
Opłakuj mnie też grudką soli -
Rzuconą w dół, nim liny zbiorą -
Cierpieniem, które już nie boli,
Bo jest jedynie metaforą.
 
 
Zejście
 
schodzę po schodach dnia
powoli
by się nie przewrócić
po policzku spływa mi łza
z żalu
że nie mogę zawrócić
 
na barkach niewykorzystane sny
niedospane
zwietrzałe marzenia
powietrze dokoła drży
głucho
echem zmarnowanego westchnienia
 
schodzę po schodach w dół
powoli
żeby zejście przedłużyć
na równinę gładką jak stół
noc
w której się trzeba zanurzyć.
 
 
Może to nic wielkiego, ale jestem ogromnie dumny, że w gronie tak wielu pięknie - naprawdę pięknie! - piszących osób moje opowiadanie i kilka smętnych wierszy zyskało uznanie.
czwartek, 03 sierpnia 2017
Prawie o niej nie pamiętam,
Chociaż była tą ostatnią.
No, nie była jakaś święta…
W każdym razie nie zanadto.
 
Oszukała mnie na wstępie,
Później nic się nie zmieniło,
Bo kłamała jeszcze lepiej…
Ale przecież było miło.
 
Gdy czas minął wyznaczony,
Który ona zakreśliła,
Przepędziła mnie do żony…
Krótko mówiąc: zostawiła.
 
Dziś jej prawie nie pamiętam,
Chociaż była tą ostatnią.
Czasem tylko myśl natrętna,
O niej, ściśnie gardło.
piątek, 28 lipca 2017
Budzę się – domyślam, że rano – i zastanawiam się, czy unieść powieki. Ciężkie, jak z ołowiu i nieruchawe, jak drzwi na urwanych zawiasach.
Gruboziarnisty piasek na gałkach ocznych skrzypi gdzieś w głębi mózgu ścierając z tęczówki barwy oczu.
- Są szare, jak pogoda za oknem, nie otwieraj ich – mówi mi moja depresja, zwana niekiedy bezdennym przygnębieniem – i nie wstawaj, nie warto się ruszać z pościeli…
- Ale muszę… mam obowiązki … - próbuję przekonać bezdenną niechęć owiniętą wokół mojego ciała.
- Leż, bo cię będę bolała! – Straszy mnie moja lewa stopa.
- I tak mnie bolisz - silę się na rozpaczliwą ironię, opuszczając na poduszkę, nie wiem kiedy, uniesioną głowę.
- Będę bolała jeszcze mocniej, najmocniej! – Nie przestaje grozić moja lewa stopa.
Dyskusję z moją lewą stopą przerywa moja depresja histerycznym śmiechem, bo przecież ból lewej stopy, to gówniany ból w porównaniu z bólem, którym przenika mnie depresja.
Obudzony, pozostaję w bezruchu i choć przemożnym wysiłkiem otwieram oczy i z trudem utrzymuję ołowiane pokrywy powiek w pozycji uniesionej, nie widzę właściwie niczego poza sączącą się zewsząd lepką szarością.
Gdzieś w oddali pokoju przesuwa się bezkonturowy cień kotki dopominającej się jedzenia.
Wiem o tym z jakiegoś przedsennego zakamarka pamięci, którego nie ogarnęła jeszcze otchłań bezdennego przygnębienia, ale co mnie to obchodzi?
 
Niech ktoś inny ją nakarmi.
sobota, 22 lipca 2017
Jutro na pewno coś napiszę,
Jutro na pewno spadnie deszcz,
Jutro na pewno się wyciszę,
Jutro, na pewno jutro… wiesz. 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 392