niedziela, 26 marca 2017
Obudziłem się późno, sam jeden w caluśkim domku, nie licząc psów.
Nie licząc, gdyż spały.
Koty też spały.
Cały dom spał, takie można było odnieść wrażenie i je odniosłem. Okazało się bardzo złudne, a zasadniczo mylne.
Dom nie spał, gdyż domy nigdy nie śpią i mój nie jest wyjątkiem, nawet, jeśli go nazwę domkiem. Jest ponadto. Nie rusza go, nawet, gdy nazywam go chałupą.
Raz tylko się zatrząsł, gdy nazwałem go ruiną, ale przejeżdżał akurat konwój dłużyc z drewnem, więc może od tego. Mimo to, wolę tak o nim się nie wypowiadać i określam jego stan raczej eufemicznie, jako: stary dom, lub wiekiem pochylony dom.
Zdaje się akceptować takie miana i się nie trzęsie. Czasem tylko dachem dzwoni, ale nie mam pojęcia, czy to jest irytacja, czy to wiatr, bo zazwyczaj dzwoni, kiedy wiatr wieje, nie licząc deszczu, ale to deszcz wtedy dzwoni o dach, a nie dom dachem, więc wtedy nie uwzględniam.
Czyli, dom nie spał i ja już nie spałem. O reszcie stworzeń było.
Rzuciłem okiem na dom, a dom odbłysnął mi od okna poświatą na szybie i tak, ni stąd, ni zowąd, powiedział mi, że jest słonecznie, a pieszczotliwość tego odbłysku dopowiedziała mi, że jest wiosennie.
Zerwałem się, zatem, jak z batutu, bo podskoczywszy plecami na łóżku, zrobiłem fikuśną przewrotkę i wyskoczyłem przed próg.
Ufam swojemu domowi, gdy mi coś mówi, ale – wiecie – opowieści o wiośnie, często bywają przedwczesne.
Dom jednak nie kłamał.
 
Pachniało wiosną, aż w nosie kręciło. 
poniedziałek, 13 marca 2017
Tak nie umiem pływać, a Ty wciąż, jak niemowlaka, zanurzasz mnie w oceanie.
Kochasz mnie, a nie brak Ci bezlitości, by mnie nasączyć jak gąbkę i takiego obrzmiałego od wilgoci położyć na gorącym piasku, żebym usychał z tęsknoty.
Zanurzony w oceanie Twoich łez i wydobyty, by poddać mnie działaniu gorąca Twoich uczuć, zmarnieję wkrótce i pozostanie po mnie jedynie nieforemna grudka soli.
Żebyś, chociaż, wzięła ją potem na język, pozwalając mi w ten sposób rozpłynąć się w Tobie i przeszyć Ciebie, jak nitką, swoim smakiem, i otoczyć, jak przestwór, wniebowzniosłym zachwyceniem, na łące, gdzie spoczywasz z kubkiem mleka i papierosem w ustach, czytając książkę nienapisaną przeze mnie.
 
Żebym stał się, chociaż, pyłem księżycowym, w chabrach twoich oczu, a nie dymem z papierosa….
środa, 08 marca 2017
niedziela, 05 marca 2017
Na wyspach szczęśliwych jesteś,
Bo ocean snów potrafisz przepłynąć,
Żagiel pragnień najskrytszych rozwinąć
I być gdzie  zwykłe rozkwita  szczęście.

Dla ciebie te wyspy zaistniały,
Na środku oceanu z erupcji emocji,
Z marzeń przepłakanych i samotnych nocy,
Wbrew świata naturze, z niespełnień, powstały.
środa, 01 marca 2017
- Nie rozumiem - Maria spojrzała w niebo nad łąką, bo na łące dopadło ją niezrozumienie.
Przemknąłem wzrokiem z pajączka na łodyżce trawy (zastanawiał się, jak ominąć gruzłowate zgrubienie) na twarz Marii. Widząc, że wzrokiem błądzi po błękicie, który był bez chmur, jedynie rozproszone ślady samolotowych spalin przerzedzały barwę nieba w jakiś, nieistotnie blady, oranż, nie zapytałem, czego nie rozumie, bo Maria zawsze dookreśla swoje wypowiedzi, chyba, że nie ma ochoty, wtedy ja pozostaję bez wiedzy i ogłady, gdyż ogłady nie mam permanentnie.
Maria szeleszcząco pogłaskała kępkę trawy, te kępkę, która wiosennie wymknęła się spod śniegu i przyciągnęła Marię, mnie i pajączka, nieumiejącego umiał zgrubienia na łodyżce ominąć, bowiem było na całym obwodzie. 
Aż mi mięśnie napęczniały, kiedy tak patrzyłem na jego wysiłek, gdy próbował pokonać ten Everestu jego świata. Że też, zachciało mu się zimowego podejścia. 
Nawet szeleszczący dotyk palców Marii na końcach źdźbeł nie zmienił zajadłości pajączka wspinającego się na olbrzymią górę badylkowego kolanka.
- Nie rozumiem twojej częstej, uległej paniki - wróciła Maria do tematu, a jej wzrok podążył za moim spojrzeniem i tej bezsilnej determinacji w dążeniu do klęski - niewątpliwie nawiązała do pajączka na źdźble.
- To bezradność, Mario - ująłem zwięźle i pajączek, jakby w zaprzeczeniu, pchnięty podmuchem energii,  przemknął po zgrubieniu, by z samego ostrza czubka trawiastej łodyżki wzlecieć do rozrzedzonego oranżem samolotowych spalin błękitu.
- To chodźmy! - wyprostowała się Maria. 
 
Jak zwykle zwięźlejsza ode mnie. 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 388