środa, 24 sierpnia 2016
Odwiedził mnie sąsiad, żeby pogadać. To gadaliśmy, a wtem nastał wieczór z całym swoim arsenałem cieni i skóra nam ścierpła, bo tak zrobiło się jakoś, że nie wiem.
Pożegnałem sąsiada niewylewnie, gdyż chodziło o szybkość.
Też się spieszył, na szczęście, bowiem i jego wieczór zastał nieprzygotowanego, gdyż, kto się tam na coś szykuje, idąc do sąsiada na kilka minut?
Mogło być groźnie, ale potknął się tylko dwa razy, w tym raz z przyklękiem, ale dotarł, bo słyszałem jak skrzypi jego furtka, a potem jego małżonka.
Wycofałem się powoli w domowe zacisze, a za mną wszystkie psy, ostrożnie szczekając.
Odetchnąłem z ulgą, uff.
Mimo nagłego wieczoru, nocy już się nie dałem zaskoczyć.
 
I patrzę w mrok. 
piątek, 29 lipca 2016
Motylion przyleciał i siadł, posiniaczony.
Nie okazałem zdziwienia, bo we mgle nietrudno o siniaka, a nawet, łatwo o guza. Mimo to uśmiechnąłem się z satysfakcją i niemoralnym zadowoleniem, bo – po pierwsze, Motylion wyglądał śmiesznie z siniakami pod wlepiszczami i na czole, między czułkami, a - po drugie, bo dobrze mu tak!
Rzucił mi kilka spojrzeń spode łba, zasępił się i wpadł w katatoniczne milczenie.
Udawałem współczucie, tamując napierający od wewnątrz śmiech i ukradkiem zacierałem łapki, że mu tak!
- Cieszysz się, co? - Zamajtał czułkami i zmarszczył się cały, bo jemu tak łatwo, gdyż, w całości, niewiele większy jest od pospolitej, zwykłej twarzy i nie opłaca mu się marszczyć w mniejszym stopniu, więc marszczy się, jako rzekłem.
- A skąd! – Zaparłem się, jak osioł i ryknąłem, jak osioł, śmiechem.
Motylion podfyrgnął w górę i wyładował złość w opętańczym locie wokół mojej głowy.
 
I nabił sobie guza o moją, wystającą, rękę.
niedziela, 24 lipca 2016
Miałem powody by czuć się nietęgo, więc tak się właśnie czułem.
Siedziałem sobie nad brzegiem jeziora i (jak to ja) tępo gapiłem się w wodę.
Woda nie była mi dłużna i też błyszczała. Pod jej powierzchnią pływały leniwie rybki, przeważnie złote i pokazywały mnie sobie płetwami.
W końcu jedna, widać najodważniejsza, wypłynęła na wierzch i zagadała do mnie (jak to u nich w zwyczaju) subtelnym głosikiem, z niewymuszoną elegancją:
- Czego chamie jeden się tak na nas ślipisz?
- Wcale nie na was, tylko na wodę, dziwko wodna! - Odparłem grzecznie z wyraźną intonacją szlachetności i intencją wyrozumiałości w głosie.
 
Widocznie mój spokój i dobitne opanowanie podziałało na nią jak gotowana woda, bo zagulgotała tylko i nurknęła w krystaliczne odmęty jeziora.
sobota, 23 lipca 2016
Szukać w marzeniach
Wizji niebosiężnej,
Dążyć do wyjścia
Przez drogi okrężne,
Do przyjścia
Chwili zakończenia
Czasy zbyt potężne
- Na nic myśli mężne.
 
Oszukasz sam siebie
Zdobiąc złotym snem
Ciemności na niebie,
Gdy otoczą ciebie…
 
Wszystko to jest dnem.
niedziela, 10 lipca 2016
Witam Państwo!
 
Trochę mnie tu nie było i jest to stan naturalny, odpowiadający temu, jak umiejscowiony jestem w przestrzeni społecznej, bo w niej mnie już faktycznie nie ma.
Funkcjonuję jeszcze, jako pożółkła fotografia, na którą ktoś czasem popatrzy z krótkim zastanowieniem: „chyba znam tę twarz…”, ale po chwili, ten ktoś, odwraca wzrok z myślą: „E, nie, to światło… złudzenie optyczne…”.
Gdyż tym jestem - złudzeniem optycznym.
 
Wybaczcie mi, Państwo, ten refleksyjny, sam przyznam, dziwacznie wstęp, ale taka myśl mnie naszła już tydzień temu i turlała się w mojej głowie niczym skorupka ubiegłorocznego orzecha, która przetrwała zbyt lekką zimę, niefrasobliwą wiosnę i wciąż, niepęknięta, plącze się w bujnej, letniej trawie.
Tę skorupkę przyniósł mi Maciuś, żebym mu ją rozłupał siekierką, bo on lubi orzechy, więc ją rozłupałem i okazało się, iż wciąż jeszcze tkwi w jej wnętrzu nieco pożółkłe, ale mleczne jądro z nieutraconym smakiem magnezu.
Czy moja wstępna refleksja ma, choć odrobinę jakiegoś smaku, nie wiem, lecz skoro przetrwała tyle dni w skorupie mojej głowy, uznałem, że warto ją rozłupać (metaforycznie przecież, a nie siekierką, jak Maciusiowego orzeszka) i zobaczyć, czy oprócz goryczy jest w niej coś jeszcze.
I jest, ale nie wiadomo, co.
 
Ileż w człowieku jest pychy, że bawi się w filozofa, mimo że zakres jego wiedzy o świecie nie przekracza obramowania otworu okiennego, przez który na ten świat popatrzeć może. I jeżeli tym widokiem, chce ogarnąć jego sens, to nie dziwi, iż wie, że nic nie wie.
 
Przewaga materii nad duchem przybrała u mnie rozmiary ciężaru nie do uniesienia prawie.
Duch mnie opuścił po raz, nie pamiętam, który, a materia przytłoczyła.
Ubiegły tydzień miałem taki trochę gorzki, ale nie ma, co robić dramatu, choćby z tej przyczyny, że jednostkowe przykrości nie mają żadnego wpływu na dobrostan ogółu, a ten jest zawsze najważniejszy.
I jest swoistym zadziwieniem fakt, że w mojej gorzkiej czasoprzestrzeni najweselszym elementem była wizyta komornika, którego nasłała na mnie firma windykacyjna.
Nie wiem, czy tak można, lecz nie zanegowałem komornikowi ani jednego z praw, które sobie rościł, z przeszukaniem domu i obejścia włącznie. Nie zażądałem nawet dokumentów identyfikacyjnych, ale, bo się trochę z komornikiem znamy. O obecność policji nie dopomniałem się również.
Komornik najpierw zajął mi wszystko, w tym komputer, ale najbardziej zajął samochód stojący na podwórku.
Oznajmiłem mu, że robi błąd, gdyż nie mam prawa jazdy, więc samochód nie jest moją własnością, na co stwierdził, ze to żadna przeszkoda i miał rację, gdyż faktycznie przez kilka lat jeździłem bez prawa jazdy po całym kraju i nigdy nie zapłaciłem nawet mandatu.
Użyłem, więc argumentu formalnego i przywołałem synową, która pokazała mu dowód rejestracyjny, w którym niestety (dla komornika) nie figurowałem, jako nikt.
Musiał oddać samochód, to znaczy, zwolnić go z zajęcia.
Zamrażarki jednak nie zwolnił, tylko pozostawił ją pod moim zarządem, co jest pewną niedogodnością, ale niewielką, bowiem i tak stoi prawie pusta, jeżeli pominąć kości dla psów.
Następnie coś sobie pomyślał po cichu i stwierdził, że komputer i nie mój telewizor, oraz pralka nie przedstawiają wartości handlowej, zatem ich nie zajął także.
 
Dlatego ten wpis dzisiaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 381