" "
sobota, 28 stycznia 2012
Cóż, zima jest przepiękna od kilku dni. Nareszcie mróz prawdziwie szczypie w nos zimnem, a nieudawanym chłodem wietrznych podmuchów. Teraz wiatr dodaje tylko kilka stopni animuszu spacerowiczom, którzy postanowili orzeźwić się klimatycznie, nim w upale globalnego ocieplenia z pamięci znikną śniegowe bałwany i twarde grudy zamarzniętego piasku na chodnikach.
Cóż zima jest przepiękna, ale nie mogę z jej uroków korzystać za bardzo, bowiem wszyscy chorujemy, począwszy od wnucząt, po mnie.
Marcin dostaje zastrzyki i ten fakt odbiera mi chęć do życia oraz ochotę na cokolwiek. Wiktoria leczy się, na szczęście, mniej dolegliwymi specyfikami. Rodzice wnucząt zażywają także jakieś wstrętne medykamenty.
Dla mnie już nie starczyło, więc leczę się siłą woli, gotowaną wodą z cytryną wydezynfekowaną czosnkowym aromatem i szczypiącym w oczy smakiem cebuli.
Pomaga, jak umarłemu kadzidło, czyli dusi i przyprawia o mdłości, co dla umarłego jest objawem nadzwyczaj pozytywnym, bo kto rzyga, ten na pewno żyje.
Choroba w domu jest jak kataklizm. Nagle okazuje się, że wszystkie plany diabli wzięli, bo jakoś leki, które przecież w większości potaniały nie leczą chorób, na które zapadliśmy, tylko jakieś inne.
Nie mówię o swoich planach, bowiem ja już niczego nie planuję, gdyż wyciągnąłem nareszcie naukę z życia.
I chociaż niekiedy zdarza mi się z rozpędu chlapnąć coś o tym, że zrobię to, a może nawet tamto, lecz taka moja wypowiedź jest zwyczajne przyzwyczajeniem semantycznym, niemającym związku z prawdziwymi zamiarami na przyszłość, bowiem przyszłości nie traktuję już jako pewnika.

I nawet nie zakładam jej warunkowo.

piątek, 27 stycznia 2012
Jednak przybyła.
Nikt już właściwie na nią nie czekał, ale się zjawiła.
Zima.
Niczym młoda poetka o chabrowych oczach na wieczór autorski w zapadłej wiosce, której autobus nie dowiózł na czas, bo się prozaicznie rozkraczył, niczym osioł, na wyboistej drodze i niedoszli czytelnicy, mający pierwej być słuchaczami poszli do domów, nie żałując wcale, że poetka nie przyjechała, bo ani jej, ani jej wierszy nie znali.
I dobrze, gdyż zdążyli się jeszcze napić piwa, nim sklep zamknięto przed zmierzchem.
Tylko ja czekałem na poetkę o chabrowych oczach, chociaż też nie znałem jej wierszy, ale znałem jej chabrowe oczy, które zobaczyłem wcześniej przelotnie, będąc przypadkowo w powiatowej knajpie, gdzie czasem pijali poeci.
I to była poezja najwyższego lotu – te oczy jej chabrowe.
Utonąłem w nich bez tchu i zakochałem się we wszystkich wierszach świata, bo zrozumiałem, że tylko podniosłe metafory zdołają unieść moją tęsknotę za chabrowym spojrzeniem.
Dlatego, upiwszy pewnego, kiepskiego prozaika, ale znajomego poetki, wprosiłem ją sobie na spotkanie autorskie w naszej wiejskiej świetlicy pod pozorem byle jakim, rozsnuwszy iluzję tęsknicy poetyckiej, która opanowała serca młodzieży spracowanej żniwami, czy zbiorem kartofli – nie pomnę.
I zostałem przyjęty.
Och, tak się właśnie poczułem, jakbym został przyjęty przez kobietę moich marzeń, stając się narzeczonym, gdy wytrzeźwiały pisarz powiadomił mnie, iż poetka zaproszenie przyjęła i zjawi się w mojej wsi wtedy, a wtedy.
Nie było mi trudno zebrać zgraję młodych, znających pismo, bowiem liczono się nieco w wiosce z moim zdaniem.
Tyle, że ten autobus się rozkraczył prozaicznie…
A jednak poetka przybyła. Nie wiem, w jaki sposób odnalazła świetlicę, bo nikt po nią nie wyszedł i drogi nie wskazał.
Może drogę pokazała jej poświata z okien świetlicy, bo były to jedyne oświetlone okna w całej szkole (gdyż w szkole była świetlica), a może moja nieustająca tęsknota za jej chabrowymi oczami rozścieliła się na dziurawej drodze fosforyzującym dywanem i dzięki temu nieomylnie trafiła tam, gdzie trafić powinna. Nie wiem, nie pamiętam.
Nie pamiętam, bo jakoś mi przecież opowiedziała odyseję swojego przybycia.
- Nikogo już nie ma… - Szepnęła, gdy stanęła w drzwiach, ale w jej głosie tylko w połowie pierwszego słowa brzmiał smutek.
- Ja jestem. – Odpowiedziałem zwrotem, który na resztę życia stał się moim rozpoznawczym truizmem.
Wtedy jednak zabrzmiał naprawdę poetycko i chabrowe oczy rozbłysły światłem, przyćmiewając to żółte, elektryczne.

Wkrótce zbędne.
wtorek, 24 stycznia 2012
Myślę sobie...
Usiadłem sobie, by pomyśleć sobie i nie wiem, po co to zrobiłem, bo przecież myślę sobie nie tylko, gdy usiądę, ale i kiedy idę sobie, to myślę sobie, kiedy stoję, to myślę sobie, nawet, kiedy leżę, także myślę sobie.
Dlatego, tak myślę sobie, że czasem, nie robię niczego innego, jak tylko myślę sobie.
,„Po jaką cholerę!” – Myślę sobie –„ Tak bez przerwy myślę sobie?”.
Z tego myślenia nic nie wynika, nic konstruktywnego, więc nie wiem, dlaczego tak nieustannie myślę sobie.
Na usprawiedliwienie, może nienajlepsze, powiem:
 
Że czasami, gdy tak myślę sobie, to myślę o innych.
czwartek, 19 stycznia 2012
opieram się czasem o dzień
obręcz słońca złocistą
i turlając go idę bo jak śpiewa ktoś chcę
pozwalając w powietrzu rozwiewać się myślom
niemądrym niegłupim różnym
jak u każdego wędrowca w podróży
którego życie za krótkie
choć  boleśnie się dłuży
niedziela, 15 stycznia 2012

Sąsiad przyszedł do mnie na rękach, bo śnieg go zaskoczył, a buty miał przemakalne i zmarzły mu stopy.
Co mi tam!
Każdy chodzi, jak lubi, lub umie, ja  - na przykład – niewiele. Sąsiad ma ciepłe rękawiczki, więc może na rękach. Jego gust, jego wola i tylko moja zagroda, ale ja jestem gościnny, więc wszedł, i tylko go opieprzyłem, gdy furtki nie zamknął.
Bo trochę impulsywny jestem na początku zimy.
Tłumaczył się, że nie ma wprawy w zamykaniu nogami, co mnie nie przekonało i powiedziałem, że w takim razie niech wchodzi przez płot, a furtki nie tyka, bo to mnie wyprowadza z równowagi.
A gdyby mi płot połamał, to niech to też weźmie pod uwagę, ostrzegłem, na wszelki wypadek, gdyby, co.
- Z takiego, byle jakiego płotu ceregiele robisz? – Obraził mnie, prosto w oczy, gdy już przez próg go wpuściłem nieopatrznie, nie wiedząc, że tak się zachowa.
- O rzesz ty! Gnoju jeden! – Powiedziałem mu dyplomatycznie i nawet niezbyt stanowczo.
Zmieszał się i zapomniał języka w gębie.
Miał szczęście, że  psy go nie dopadły, kiedy pognałem go przez sad i pole.
 
Szybki jest w rękach, muszę przyznać bezstronnie.
piątek, 13 stycznia 2012
Niniejszym proszę moich blogowych przyjaciół i sympatyków o oddanie głosu na lubiany przeze mnie blog, biorący udział w konkursie na Blog roku.
Blog nosi nazwę Moja koteria”.
Uważam, że zasługuje na finał konkursu.
Za spełnienie prośby dziękuję z góry i na zapas.
 
Żabociek
czwartek, 12 stycznia 2012
- Po prostu cię nie rozumiem! – Zaskoczyłem ją pierwszym zdaniem, które udało mi się wreszcie wtrącić w nawałnicę jej słów, a zasypywała mnie nimi, jak najęta, mimo że była mi nieznajomą.
Popatrzyła na mnie krowioocznie z dwóch powodów, bo miała oczy prześliczne, zmiennej barwy nieba; od lazuru po granat przednocnych chmur, które, nad horyzontem malują niezapomniane i niesamowite kształty baszt, zamków i ustronnych, przywołujących tęsknicą, parowów, oraz, bo zdumiałem ją swoim wtrętem.
- Jak to mnie nie rozumiesz?! – Wykrzyknęła, oburzona, pojedynczą frazą.
- Zwyczajnie. – Nie siliłem się na dyplomatyczne wykręty – pleciesz i pleciesz, a ja nie wiem, o czym.
Zachłysnęła się złością i piwem. Musiałem ją w plecy klepnąć, by się wychlusnęła z obu.
No i chlusnęła na mnie bluzgami niewybrednymi, ale radośnie i bez urazy. W tym, bez mojej.
Wsłuchiwałem się w baraszkujący dźwięk jej słów i popijałem piwo z uśmiechem, smakując wszystkie elementy sytuacji, a to: jej krowiookie spojrzenie, rumieniec klasycznego wzburzenia, falujący biust, o niemałej amplitudzie i nawet dym wypływający z pomiędzy jej warg, zaciskanych gniewnie, ale nie przy każdym uśmiechu.
Bo się uśmiechała, co też smakowałem, mimo podejrzenia, że nieco naigrywa się ze mnie, ale nie psuło mi to smaku.
- Ładnie się podniecasz – rzuciłem, tak sobie, bez podtekstu, choć… może?
Tym razem zakrztusiła się dymem i wybuchła śmiechem.
- Pajac jesteś! – Powiedziała.
 
I poszła sobie, niestety.
środa, 11 stycznia 2012
Wczoraj spadł pierwszy śnieg. Był mokry i lepki, jak niedowałkowane ciasto na kluski, toteż lepił mi się do butów nieregularnymi kluchami, jak przecieranki świeżo wyłowione z wody i rozrzucone na kuchennej podłodze przez Marcinka, w ramach pomocy kulinarnej.
Dziś śniegu już nie ma, bo zmyła go woda jakby w kuchni podłogę, w którą się zamienił   (W wodę się zamienił, nie w podłogę).
Został z niego tylko skurczony do wielkości krasnoludka bałwanek na środku podwórka. Wczoraj z mozołem ulepiły go wnuczęta, nim same zmieniły się w nasączone wodą gąbki.
Trudno je było zagonić do domu, a co dopiero wyżąć, ale z trudem i płaczem udało się, choć dziadek został „bebe” oraz postraszony studzienną wiedźmą, która kradnie kurczęta i małe dzieci oraz złych dziadków - Buką.
Z powodu śniegu, Buki i wnucząt oraz, bo pora już ku temu była najwyższa, udałem się do przychodni zdrowia.
Brnąłem przez śnieg, ślizgając się na kluskach z błota i śniegu na drugą stronę drogi niezdziwiony, że nikt jej nie odśnieżył, bo pierwszego śniegu się nie odśnieża, gdyż i tak stopnieje, co okazało się i tym razem prawdą.
Szedłem, wcale nie z powodu śniegu, z duszą na ramionach.
W przychodni było pusto, jak na polu.
Nawet Teresy z jej malutkim synkiem nie było, czemu się nieco zdziwiłem, bo Teresę spotykam zawsze, gdy wychodzę do przychodni. A często także, gdy wychodzę gdzie indziej i wtedy idziemy razem, bo nam jest po drodze.
Tym razem jej nie spotkałem. Nie spotkałem też żadnej innej nieznajomej, z którą mógłbym zjeść kolację, ani żadnego nieznajomego, z którym mógłbym napić się wódki.
Może, dlatego że wódki ostatnio nie pijam, a przy nieznajomych kobietach odejmuje mi mowę, więc żaden ze mnie towarzysz konsumpcyjny.
W przychodni był za to pan doktor i kilka pielęgniarek, więc gdy poprosiłem o odnowienie leków zrobiło się zamieszanie, albowiem pan doktor miał tego dnia coś z oczami i nie mógł przeczytać, na jakim poziomie refundacji są moje specyfiki. Musiały to zrobić za niego panie pielęgniarki, które, z kolei, nie do końca wiedziały, gdzie szukać informacji, więc się wtrąciłem, że pomogę, bo wcześniej sprawdziłem to w sieci, co zostało przyjęte niechętnie, ale w ostateczności zaakceptowane.
Żeby nie przedłużać:
Apteka zarobiła na mnie 1/3 więcej niż za te same medykamenty w ubiegłym roku. Pani aptekarka zgryźliwie zauważyła, że trzeba było w grudniu wykupić leki na zapas.

- Jeść też było trzeba! – Odparłem, nie mniej zgryźliwie.
wtorek, 10 stycznia 2012
Zarzuciło mnie na zakręcie. Zlekceważyłem poślizg i natychmiast nie zdążyłem tego pożałować, bo świat stanął na głowie, a w rzeczywistości, zakotłował się niczym bęben automatycznej pralki i nie wiedziałem, przez kilka minut, gdzie jest moja kurtka, a gdzie torba i dlaczego papiery też się piorą.
Cholera, wszystko się rozmaże! – To była pierwsza myśl, bo naprawdę uwierzyłem, że, w jakiś oniryczny sposób, znalazłem się w bębnie automatu z jakiegoś zasadnego powodu i się piorę razem z dokumentami.
Pasy, to jednak dobra rzecz, gdy kierowca jest idiotą.
Na szczęście, samochód bywa czasem mądrzejszy od swojego właściciela i po kilku fikołkach, potrafi stanąć twardo na nogach, pardon, na kołach.
Mózg potrzebuje nieco więcej czasu, by się ustabilizować.
Mój, przez kilkanaście minut, kołysał się, jak żyroskop, tyle, że antonimiczny, bo właśnie, nie pozwalał na złapanie równowagi.
- Jest pan cały? – Zapytała zwiewna i rozfalowana niewiasta, bardzo mocno zasłaniająca pole widzenia.
Ha ha ha! – Okazało się, że wcale nie była zjawą, ani się w oczach nie rozpływała, tylko miała na sobie rozpiętą, puszystą kurtkę, która falowała, przy każdym ruchu, prawdziwie.
Jaki człowiek omylny. – Pomyślałem i wdałem się w dłuższą pogawędkę.
Do czasu, gdy miejscowy traktorzysta wyciągnął mój samochód z rowu, a właściwie, jego koń, co może wygląda dziwnie w opisie, ale na miejscu, nie budziło żadnych zastrzeżeń.
Była jednak jedna, niejasna, sprawa:
 
Skądś znałem tego konia.
niedziela, 08 stycznia 2012
Odwiesiłem czas w poczekalni, bo zbędny mi teraz.
Jesteś.
Spełnia się moja niecierpliwość w łagodności Twoich oczu i delikatności Twoich pieszczot niepospiesznych w konieczni bezczasu.
Jest tak, bo tak być miało...
Widziałem motyla, który trzepotał skrzydłami Twoich rzęs, gdy szukałaś moich oczu.
Przeznaczenie uległo mocy pragnień, bo wsparłaś je swoimi marzeniami.
Popatrz - jak prosto los zwyciężyć.
Niewiele trzeba - tylko się w siebie zapatrzeć.
Zobacz - z niematerialnego, Twój oddech stał się najtrwalszym dotykiem.

I w objęciach mnie trzyma.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 150