" "
wtorek, 14 lutego 2012
To była taka dziewczyna z innej wsi, ale jak z sąsiedztwa.
Poznałem ją, któregoś zimowego poranka, w autobusie, gdy, przez stłamszoną ciżbę, podobnych sobie uczniaków, przepychałem się na tył pojazdu do kolegów z innej wioski, z którymi miałem coś do omówienia, lub tylko, bo się znaliśmy i lubiliśmy.
Okazała się siostrą jednego z nich.
Ale, jaka to była siostra, Bracie!
Po prostu mnie zatknęło i nie mogłem przez kilka minut ochłonąć.
Na szczęście, tylko ona spostrzegła moją konfuzję i zaśmiała się, ale strzeliła oczkami błyskotliwie, więc mimo braku konceptu, nie utraciłem nadziei na coś, na co zawsze mają nadzieję szesnastoletni chłopcy, gdy strzeli ku nim błyskookiem dziewczyna piękna i rezolutna – bo to widać na pierwszy rzut oka, kiedy dziewczyna jest rezolutna.
Bracie! Jak ja się tam w tym autobusie namęczyłem w głowie, by powiedzieć coś dowcipem skrzącego, jak jej strzelne oczobłyski, a tu, bracie, kicha - klucha w gardle, gil w nosie i sieczka w mózgu, a w butach słoma.
Poruta, bracie, jak stąd do tamtąd, i jeszcze kawał na skróty.
A ona roześmiana, swobodna i rezolutna w każdym uśmiechu, rozluźniona, mimo potwornej ciasnoty w autobusie.
Bracie! – Księżniczka! - Tak sobie pomyślałem i to była jedyna myśl z sensem, jaka mi w głowie się urodziła, ale co – nie do wypowiedzenia, bo słyszał, kto by szesnastoletni chłopak mówił, do, o rok młodszej dziewczyny, w zatłoczonym autobusie: „Księżniczko?”
 
Do tamtego dnia, nikt. 
sobota, 11 lutego 2012
Z siarczystego mrozu nocy nagłe nastąpiło ocieplenie i w moim sercu takoż jakby chłód zelżał. Za chłodem serca zelżały również wiązania, pęta raczej, duszy mojej zmatowiałej podobnie do szyb wysmaganych północnym wiatrem i siarczystego mrozu tchnieniem, nieuprawnienie opisywanych przez artystów jako obrazy kwieciste, jednolite bezołowiowe witraże.
A to maty tylko matowe są, bezbarwne i nieprzenikliwe i zimne jak dłonie nieboszczyka w kaplicy, pozornie poddawane do pocałunku samotniejącym po nim bliskim.
Tak było, tak widziałem i czułem przyklejony do zmatowiałej szyby twarzą zmartwiałą.
Ale czy to mój oddech, czy to nagłe ocieplenie sprawiło, że oto przed moimi oczyma - każdym z osobna – jakby okulary się zmaterializowały i w dali, choć blisko, bo na podwórku ujrzałem jasność bieli i połać rozległą tejże barwy.
Skarciłem się zaraz za ten poetyzm, za szarm dziwaczny, niepasujący do mojej tożsamości i prostym wzrokiem popatrzyłem przez dwa rozciekłe kółka w zmarzlinie szyby, przez chwilę łudząco podobne do starych binokli bez oprawek.
Nic już poetyckiego nie zobaczyłem za oknem, jeno posypkę śniegu na stwardniałej skorupie ziemi.
Tyle, że słońce mocno świeciło i domyślałem się po ostrości oślepiania, iż grzać może jak piec.
Wyjść warto – pomyślałem – na ten śnieg, na to słońce i ten żar z pieca, i pobyć tam w nich, tych wszystkich: śniegach, słońcach i żarach, w tej całej połaci. Bo połać nagle wróciła do myśli moich, jakbym samym zamiarem wyjścia w nią znowu się odmienił ku czemuś innemu, niźli mojej tożsamości przyrodzone nic.
Z pustymi dłońmi nie wyjdę – uznałem już jakby niemoją myślą, niemoją tożsamością – i wziąłem znikąd (bo zmaterializował mi się na stoliku samoistnie) tom wierszy.
Książkę zawierającą zestawy słów niezrozumiale powiązanych, jakby ktoś (ten, ta, co pisał) nim skończył zdania kropką lub bez kropek pozostawiając, skreślał w nich słowa niepotrzebne, krzywiące sens, a może przeciwnie – sensem najważniejszym będące, dlatego je wykreślał, aby jeno sens pozostał słowami nieskrzywiony.
Nie wiedziałem i nie zamierzałem wiedzieć, bo nie dla wiedzy czytałem, nie dla uniesień, a tylko by oczy zatrzymać na czymś, co nie jest oślepiającą jasnością bieli i głowę zająć czymkolwiek, żeby uwolnione nagłym ociepleniem myśli nie rozłupały mi jej na bezkształtne strzępy.
Bez tego głowa mi pęka i nie wiem, czy więcej mam zmarszczek, czy spękań, bo wzajemnie się maskują - zmarszczki rysy spękań, a pęknięcia zmarszczki. A one razem, moje rysy maskują, czyniąc mi twarz nijaką i niepoznawalną.
Tedy wziąłem ów tom i wyszedłem.
Za progiem wionął na mnie mróz zmieszany z gorącem i znalazłem się w rześkiej otulinie promienistych tęcz wytryskających wprost spod moich butów, ze śniegu.
Rześkość ta spłynęła po mnie i we mnie – do wnętrza - rozgrzewając i dając ulgę kojącą wszelkim strapieniom.
Rozpiąłem serdak i spacerując niespiesznie po białym kobiercu (bo śnieg w połaci, z wolna, niespiesznie, w dywan-kobierzec się transformował), czytałem werset po wersecie, wiersz po wierszu, w coraz większy popadając zachwyt (bo i zachwyt pojawił się znikąd i choć nie zmaterializował się w niczym, to był).
Aż skrzypnęła furtka i śnieg zaskrzypiał pod niemoimi nogami (bo ja celowo nie skrzypiałem by kontemplować), odrywając mój wzrok od stronic i przeciągając go ku skrzypowi.
Zatrzymałem wzrok swój na tym skrzypie, by niespiesznie (jako że nie spieszyłem się nigdzie ani donikąd) przenieść go na buty ów skrzyp wywołujące.
Buty były ciemne, nogawki spodni nad nimi takoż. Całe nogi były ciemne, ale tylko buty skrzypiały.
Był to Przychodzeń.
Z bliska (bo podszedł blisko do mnie) ubranie jego okazało się czysto białe, tylko nogi (co i z daleka dostrzegłem) były ciemne (może brązowe bardziej, niż czarne), bo takie miał nogawki spodni.
Na twarzy jego zauważyłem nieregularne faliste rysy poprzeczne brązowego koloru. Nos miał na końcu żółty, łyżkowato rozszerzony i spłaszczony. U nasady nosa i wokół oczu skóra była również żółta, a pod samymi oczami czarna.
Pod szyją, a raczej na podgardlu miał ni to apaszkę, ni to żabot żółtego koloru, jakby chciał się barwą stroju dopasować do kolorytu twarzy.
Podobnież włosy, zaczesane do tyłu w dziwacznie sterczący, żółcią połyskujący, grzebień podsuwały na myśl skojarzenie celowego oraz racjonalnego dostrojenia stroju do wyglądu i odwrotnie.
Jakby chcąc podkreślić swoją młodość (choć na młodego nie wyglądał) na dłoniach miał czarne rękawiczki, a czerń ich unaoczniał rozkładając nieco ramiona i wyglądał wtedy, jak ptak z białymi skrzydłami o czarnych końcach.
Jakoś wszystko u niego skupiało się na tych końcach, a to nos żółty, a to grzebień z włosów (też żółty) i na końcu wreszcie te końce ramion, tym razem czarne.
Zdał mi się uderzająco podobny do ptaka, bo i chód jego był ptasiemu podobny: nogi unosił sztywno ugięte w kolanach pod kątem prostym, a kolanem zdawał się mieć zamiar uderzyć w swój spłaszczony nos, ale zawsze w pół ruchu nogę opuszczał ku ziemi i drugą podnosił z takim samym wrażeniem chęci zmiażdżenia nosa.
Bocian – pomyślałem w pierwszej chwili nazywając w myślach skojarzenie, ale zaraz inną myślą, przybyłą z zakamarków pamięci, z miejsca składowania niepotrzebnej wiedzy poprawiłem się i nazwałem adekwatniej: warzęcha.
Przelotny ptak brodzący, z rzadka nawiedzający nasze strony. Podobnie, jak on – Przychodzeń, pojawiający się nieczęsto u mnie.
- Czytasz pan wiersze! – Zagaił od razu z przyganą i sarkazmem.
- Czytam wiersze. – Odpowiedziałem z naiwną szczerością.
- I zachwycasz się pan? – W jego głosie słychać było już nie sarkazm, nie ironię, ale czyste, nieskalane szyderstwo.
Nie przeląkłem się, nie zmieszałem, odparłem, więc prostolinijnie i jeszcze bardziej naiwnie:
Zachwycam się!
- Jak to się pan zachwycasz?! – Krzyknął -jak możesz się zachwycać! – Starał się sprostytuować mnie krzykiem – przecież te wiersze nie zachwycają! – To banialuki! Bańki mydlane! K-o-l-o-k-w-i-a-ł-y! – Literował.
Literował sylabizując i znowu upodobnił się do warzęchy, ale i boćka zarazem, bo klekotał i podskakiwał raz na jednej nodze, raz na drugiej, i znowu klekotał, by zaraz literować sylabizując: t-o-s-ą-n-i-e-s-p-o-ł-e-c-z-n-e-d-y-r-d-y-m-a-ł-y!
- A mnie zachwycają. - Odpowiedziałem beztrosko.
- Dlaczego? – Wychrypiał rozpaczliwie, jakby tracił głos po wcześniejszym klekotaniu.
- Bez powodu! – Zawołałem, czując jak beztroska we mnie narasta i powoli zmienia się w uniesienie.
Wtedy ona zamarł i popatrzył gdzieś za moje plecy wzrokiem przejętym aż do zgrozy.
Odwróciłem się.
- Tego nie robi się kotu… – wyszeptał.
Przed progiem mojego domu, na sztywnych, ale miękko stawianych łapach spacerowała czarna kotka. Była piękna i dostojna, jak cesarzowa.
Niezupełnie.
 
Nie miała ogona.
Nie miej mi za złe, mowo, że pożyczam patetycznych słów,
a potem trudu dokładam, żeby wydały się lekkie. *)
 
 
*) Wisława Szymborska
środa, 08 lutego 2012
Zaginął podmiot liryczny i konstrukcja się rozsypała.
Gdyby podmiot liryczny nie zaginął, wiedziałbym, jak się rozsypała konstrukcja, a tak, wiedza moja cząstkowa, czyli żadna.
Wiem, że było coś, lecz już nie ma i nie wiem czy nie ma go, czy jego, czy coś, to to, czy coś, to kto, czyli - z nosa gil.
Jestem roztrzęsiony. Zatem - być może - konstrukcja się rozsypała, gdyż się zatrzęsła rezonantycznie od mojego roztrzęsienia. A dlatego, rezonantycznie, a nie inaczej, mimo, iż powodem być mogło przeniesienie drgań, typowe dla rezonansu, gdyż wygląda to bardzo romantycznie, gdy nazwa jest miła dla ucha, mimo, że bezsensowna, jak na przykład Księżyc, który przecież z księdzem nic nie ma wspólnego i księży nie jest, tylko lunatyczny. A mimo to jest i się nazywa, jak się nazywa.
Nie posądzam podmiotu lirycznego o złośliwość, bo co on – biedny – może za złość pokazać?
Rozumiem jednak, iż poczuł w sobie prawo do oporu i sprzeciwu, gdyż każdy ma chwilę, gdy nie ma ochoty być dłużej manipulowany i wykorzystany inaczej, niż by chciał.
A podmiot liryczny nigdy nie miał prawa do własnego zdania. Ba do własnego braku zdania, też nie miał. Robił, co mu kazałem, a jak nie robił, to też robił tak, bo mu kazałem nie robić nic, albo niewiele.
Spoglądam sobie teraz na miejsce podmiotu lirycznego, w którym go nie ma i uśmiecham się żałośnie, ale nie z żalu, tylko, że ten podmiot taki żałosny, bo nie rozumie, iż jego sprzeciw okazany zniknięciem jest równie bezprzedmiotowy, jak zdanie bez podmiotu i orzeczenia.
Jego sprzeciw nie jest buntem.

To nawet nie równoważnik.

poniedziałek, 06 lutego 2012
Zimno.
Mróz taki, że w pokoju trudno utrzymać temperaturę pokojową. Nawet insulinie niewiele brakuje do krystalizacji.
Trudno mi pisać, bo komputer mam usytuowany przy najzimniejszej ścianie, a sam siedzę bokiem do nieszczelnego okna. Do tego, pisanie bez moich minusowych okularów nie sprawia przyjemności, gdyż wymusza jeszcze bardziej wymuszoną pozycje, niż ta normalnie wymuszona, gdy się pracuje na komputerze. Muszę się, niestety mocniej pochylać, żeby zobaczyć, co piszę, mimo że zwyczajowo piszę z pamięci i wcale nie muszę patrzeć, jak piszę. Od czasu do czasu konieczne jest jednak sprawdzenie, czy rzeczywiście piszę.
Dlatego, chociaż w głowie kłębi się sporo tematów, nie chce mi się przenosić ich na dysk, a później do edytora i publikować.
Zimno.
Na szczęście nie brakuje mi opału i chłód mieszkania wynika ze złej termiki domu, a nie biedy. Zwyczajnie – mam w pokoju i sąsiadującej kuchni za mało grzejników, jak na takie temperatury. Na szczęście, w części domu zajmowanej przez młodych jest zdecydowanie lepiej i oni nie marzną.
Wnuczki nie przestrzegają wymogów termicznych i najchętniej mieszkają u mnie, ale w dzień są ubrane na tyle ciepło, że jest im ciepło. Mi przy nich też nie jest zimno, bowiem o ile komputer wymusza pozycje statyczne, wnuczki wymuszają ich zmienność dzięki bezustannemu krążeniu, niczym elektrony, poprawiając krążenie we mnie. Albowiem i ja muszę krążyć za nimi.
Zimno.
Choroby nadal nie opuszczają domu, aczkolwiek wszyscy zakończyli już terapię antybiotykową. Nadal jednak najczęściej słyszanym odgłosem (poza hałasem czynionym przez wnuczki) jest pochrząkiwanie przechodzące w kaszel lub na odwrót. Nie są to już kanonady wybuchających oskrzeli i płuc, lecz raczej szeleszczące fontanny katarowych eksplozji z nosa. Takie niewielkie gejzery.
Zimno.
Zamarzają w głowie tematy nie tylko z powodu mrozu. Raczej, bo zmienia się chyba w Polsce klimat. Może nie tylko w Polsce.
Ostatnio czytałem wiele tekstów - a to oznacza, że temat jest, poniekąd eksponowanym zamierzenie psychologicznym manipulatorem – o złej biedzie.
Na własny użytek podzieliłem sobie ową złą biedę na dwie podbiedy.
Pierwsza zła bieda, to jest bieda złych biednych, którzy otrzymawszy pomoc od dobrych, mniej biednych (bo każdemu ciężko) ludzi, zapominają owych dobroczyńców podjąć pod nogi i posiłkiem, by bezustannie dziękować za okazane dobro. Zamiast tego, potrafią kupować sobie (dzięki otrzymanej pomocy) telewizory, komputery nawet być bezrobotnymi i nie palić się do pracy za niewielkie pieniądze, ale przecież pieniądze, zamiast tego paląc papierosy i pić alkohol, ssąc przy tym niczym pijawki wszelka możliwą pomoc z zasobów niebogatych wszak gmin.
To nie tylko zła, ale wręcz wredna bieda, bo czytałem, że tacy wredni biedni potrafią o swoich dobroczyńcach mówić brzydkie rzeczy.
To na pewno prawda, bowiem ci podkradacze litości, najczęściej z samej aparycji wyglądają na takich, co tak mogą mówić i robić. Wystarczy spojrzeć na pierwszego z brzegu menela, by nie mieć wątpliwości.
Druga zła podbieda, to bieda takich, co mają dochody powyżej progu ubogości i o ubóstwie mówiąc nie mogą, ale ich wydatki, z różnych przyczyn, znacznie przekraczają typowe rozchody. A, to, bo lubią sobie wypić nadmiernie, a to, bo lekarstwa są drogie, a bo to miał kosztuje prawie 700 zł /t, a renty jest (dajmy na to) 900 na miesiąc. Ta bieda jest zła, bowiem nie podlega kwantyfikacji przez instytucje pomocowe państwa, gdyż nie przewidują jej procedury, które wersji opisowych żadnego zjawiska nie przyjmują za kryterium uwagi.
O kimś takim pisała znajoma blogerka, niesłusznie ujęta współczuciem, ale to pewnie, dlatego że mróz u niej większy niż u nas.
Zimno.
Czy ja należę do którejś z powyższych rodzajów biedy? Nie, skądże.
Może jestem biedny.
 
Ale tylko, dlatego żem głupi.
czwartek, 02 lutego 2012
- Zmarzłam. - Powiedziała Maria, wchodząc z mroźnym powiewem przez próg, jak Królowa Śniegu.
- Brrr - zabrrrnąłem, widząc jej oszronione rzęsy i rozgwieżdżone diamentowymi śnieżynkami włosy.
Ale uśmiech miała ciepły, i jasny, jak Słońce w upalny dzień. To mnie rozgrzało, więc poderwałem się by zdjąć z jej ramion płaszcz.
Maria pozwoliła zdjąć go z siebie z wrodzoną cierpliwością i obdarzyła mnie muśnięciem warg po policzku.
Nie podrażnił jej przy tym mój drapiący zarost.
- Niezły z ciebie drapichrust . - Roześmiała się tylko.

Muskając powtórnie, nim dałem drapaka.
środa, 01 lutego 2012
Zmarła Wisława Szymborska
Poetka
Niepowetowana strata
Tak sądzę
Bo nikt taki dwa razy się nie zdarza.
21:16, zabociek
Link Komentarze (9) »
wtorek, 31 stycznia 2012
Byłem u lekarza i rzeczywiście okazało się, że jestem chory.
Przepisał mi antybiotyk.
Poszedłem do niego wcale nie po to, ale jakoś tak wyszło przy badaniu, że bez antybiotyku się nie da, a sprawa, z którą poszedłem jest nieuleczalna, więc mam o niej nie myśleć, bo myśleniem sobie tylko bardziej szkodzę.
Tak czułem, że myślenie mi szkodzi, lecz niestety nie umiem nad sobą zapanować i myślę nawet wtedy, gdy myślę, że nie myślę.
Ostatnio myślę właśnie o tym, o czym staram się nie myśleć, ale biologia jest nieugięta i przymusza do myślenia, niczym pewna polonistka z podstawówki, która zamiast za nienapisane wypracowanie postawić pałę, tak długo truła mi głowę (nawet na przerwach i nieswoich lekcjach), że pożyczałem od kogoś jakiś zeszyt (bo swój rzadko zabierałem do szkoły) i parę fajek, zrywałem się z którejś godziny i pisałem to głupie wypracowanie z taką złością, że było aż za dobre, i dopiero wtedy dostawałem pałę za lenistwo oraz piątkę za wykonanie.
Doprawdy, życie miałem niełatwe w szkole, co – jak się okazało – przydało się w dalszym życiu, bo ono też takie się okazało.
To zaś, o czym mam i staram się nie myśleć, to przedwczesne skurcze serca. Kto ma, ten wie, jakie to jest niemiłe i jak potrafi człowieka wystraszyć wbrew jego woli, bo nawet, jeżeli nie myśli się o śmierci z lękiem, to taki dodatkowy skurcz lęk powoduje niezależnie od umysłu i charakteru.
Po prostu biologia i chemia organizmu.
Jej nie podskoczy nawet Bubka na najdłuższej tyczce.
A tego się właściwie nie leczy. Przynajmniej w Polsce, co wiem z Internetu, bo, zwyczajowo sprawdziłem w sieci nim poszedłem do lekarza.
- I jak ja mam się wyleczyć z depresji? – Zapytałem go, licząc na zrozumienie, bo on też ją ma i większość chorób znanych ludzkości.
Nawiasem mówiąc, ze mną robi się podobnie.
- Przepisałem już panu antybiotyk! – Burknął grubiańsko, choć chwilę wcześniej był miły i cierpliwie wyszukiwał w komputerze najtańsze odpowiedniki leków, które miał mi wypisać na te inne choroby, bo akurat jakoś mi się skończyły.
- Na depresje antybiotyk?! – Aż ożywiłem się ze zdumienia i chyba poruszyłem ciałem, bo znowu burknął:
- Niech pan tak nie podskakuje, jak Bubka na tyczce (stąd wcześniejsza metafora), bo sobie pan coś złamie, jak – zaśmiał się nieładnie - … kość ogonową, na przykład.
A potem chyba załkał, bowiem zakrył twarz palcami, a nie dłońmi, ale nie wiem, dlaczego tak.
Przyglądałem mu się podejrzliwie, bo byłem przekonany, iż chciał powiedzieć wcale nie „kość ogonową” tylko jakiś personalizm, ale się powstrzymał niezrozumiale, gdyż depresjanci nie pamiętają o tym by się powstrzymywać, chociaż generalnie, to nie muszą, skoro właściwie nie robią nic, co trzeba powstrzymywać, prócz dążenia do autodestrukcji.
- Na depresję każdy lek jest dobry, byle nie myśleć, że nie pomaga! – Odpowiedział mi wreszcie unosząc głowę i to wreszcie było takie gombrowiczowskie, dopełniające kontekst, albowiem tyczyło i uniesienia wreszcie głowy i padającej wreszcie odpowiedzi.
I zaraz tych wreszcie posypało się niczym z rogu wiele, a bo to wreszcie wypisał mi recepty, a bo to kazał mi się wreszcie ubrać, a trzęsło mnie już z zimna, aczkolwiek w gabinecie miał ciepło i rozpiętą koszulę, chociaż tę z powodu duszności, w depresji nierzadkiej, co wiem, gdyż też je mam, kiedy depresja się nasila we mnie; wreszcie też wstałem, wreszcie wyszedłem i wreszcie było po wizycie.
- No, już myślałam, że nie wyjdziesz nigdy z tych drzwi! – Wykrzyknęła Maria, która wreszcie się doczekała.
I pobiegła do apteki, by wykupić leki, ale przyniosła tylko antybiotyk, bo wszystkich nie było, gdyż będą jutro.
 
Jak i pieniądze.
sobota, 28 stycznia 2012
Cóż, zima jest przepiękna od kilku dni. Nareszcie mróz prawdziwie szczypie w nos zimnem, a nieudawanym chłodem wietrznych podmuchów. Teraz wiatr dodaje tylko kilka stopni animuszu spacerowiczom, którzy postanowili orzeźwić się klimatycznie, nim w upale globalnego ocieplenia z pamięci znikną śniegowe bałwany i twarde grudy zamarzniętego piasku na chodnikach.
Cóż zima jest przepiękna, ale nie mogę z jej uroków korzystać za bardzo, bowiem wszyscy chorujemy, począwszy od wnucząt, po mnie.
Marcin dostaje zastrzyki i ten fakt odbiera mi chęć do życia oraz ochotę na cokolwiek. Wiktoria leczy się, na szczęście, mniej dolegliwymi specyfikami. Rodzice wnucząt zażywają także jakieś wstrętne medykamenty.
Dla mnie już nie starczyło, więc leczę się siłą woli, gotowaną wodą z cytryną wydezynfekowaną czosnkowym aromatem i szczypiącym w oczy smakiem cebuli.
Pomaga, jak umarłemu kadzidło, czyli dusi i przyprawia o mdłości, co dla umarłego jest objawem nadzwyczaj pozytywnym, bo kto rzyga, ten na pewno żyje.
Choroba w domu jest jak kataklizm. Nagle okazuje się, że wszystkie plany diabli wzięli, bo jakoś leki, które przecież w większości potaniały nie leczą chorób, na które zapadliśmy, tylko jakieś inne.
Nie mówię o swoich planach, bowiem ja już niczego nie planuję, gdyż wyciągnąłem nareszcie naukę z życia.
I chociaż niekiedy zdarza mi się z rozpędu chlapnąć coś o tym, że zrobię to, a może nawet tamto, lecz taka moja wypowiedź jest zwyczajne przyzwyczajeniem semantycznym, niemającym związku z prawdziwymi zamiarami na przyszłość, bowiem przyszłości nie traktuję już jako pewnika.

I nawet nie zakładam jej warunkowo.

piątek, 27 stycznia 2012
Jednak przybyła.
Nikt już właściwie na nią nie czekał, ale się zjawiła.
Zima.
Niczym młoda poetka o chabrowych oczach na wieczór autorski w zapadłej wiosce, której autobus nie dowiózł na czas, bo się prozaicznie rozkraczył, niczym osioł, na wyboistej drodze i niedoszli czytelnicy, mający pierwej być słuchaczami poszli do domów, nie żałując wcale, że poetka nie przyjechała, bo ani jej, ani jej wierszy nie znali.
I dobrze, gdyż zdążyli się jeszcze napić piwa, nim sklep zamknięto przed zmierzchem.
Tylko ja czekałem na poetkę o chabrowych oczach, chociaż też nie znałem jej wierszy, ale znałem jej chabrowe oczy, które zobaczyłem wcześniej przelotnie, będąc przypadkowo w powiatowej knajpie, gdzie czasem pijali poeci.
I to była poezja najwyższego lotu – te oczy jej chabrowe.
Utonąłem w nich bez tchu i zakochałem się we wszystkich wierszach świata, bo zrozumiałem, że tylko podniosłe metafory zdołają unieść moją tęsknotę za chabrowym spojrzeniem.
Dlatego, upiwszy pewnego, kiepskiego prozaika, ale znajomego poetki, wprosiłem ją sobie na spotkanie autorskie w naszej wiejskiej świetlicy pod pozorem byle jakim, rozsnuwszy iluzję tęsknicy poetyckiej, która opanowała serca młodzieży spracowanej żniwami, czy zbiorem kartofli – nie pomnę.
I zostałem przyjęty.
Och, tak się właśnie poczułem, jakbym został przyjęty przez kobietę moich marzeń, stając się narzeczonym, gdy wytrzeźwiały pisarz powiadomił mnie, iż poetka zaproszenie przyjęła i zjawi się w mojej wsi wtedy, a wtedy.
Nie było mi trudno zebrać zgraję młodych, znających pismo, bowiem liczono się nieco w wiosce z moim zdaniem.
Tyle, że ten autobus się rozkraczył prozaicznie…
A jednak poetka przybyła. Nie wiem, w jaki sposób odnalazła świetlicę, bo nikt po nią nie wyszedł i drogi nie wskazał.
Może drogę pokazała jej poświata z okien świetlicy, bo były to jedyne oświetlone okna w całej szkole (gdyż w szkole była świetlica), a może moja nieustająca tęsknota za jej chabrowymi oczami rozścieliła się na dziurawej drodze fosforyzującym dywanem i dzięki temu nieomylnie trafiła tam, gdzie trafić powinna. Nie wiem, nie pamiętam.
Nie pamiętam, bo jakoś mi przecież opowiedziała odyseję swojego przybycia.
- Nikogo już nie ma… - Szepnęła, gdy stanęła w drzwiach, ale w jej głosie tylko w połowie pierwszego słowa brzmiał smutek.
- Ja jestem. – Odpowiedziałem zwrotem, który na resztę życia stał się moim rozpoznawczym truizmem.
Wtedy jednak zabrzmiał naprawdę poetycko i chabrowe oczy rozbłysły światłem, przyćmiewając to żółte, elektryczne.

Wkrótce zbędne.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 151