| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
O autorze
Zakładki:
Miasto
Radek
Za szablon dziękuję Taisha_Te
GBP Dobrzejewice statystyka
wtorek, 17 listopada 2009
Sąsiad się czepia mnie, jak płota po imprezie, a mógłby przecież dać spokój, bo tego najbardziej mi potrzeba prócz pieniędzy i zdrowia, ale skoro wszystkiego mieć nie można, to chociaż ten spokój.
A on nie.
Czepia się, nie bacząc, że płot się chwieje, bo zamocowanie w gruncie płytkie i bez fundamentu, i mądruje mi mądrościami z tabloidów, mówiąc, że skoro jestem taki głupi, że aż biedny, to nie powinienem kupować taniochy, tylko … i wymienia mi, co by nie tylko, a ja już nawet się na niego nie złoszczę, bo pierwsze już dawno nie mam nerw (bo z nich wyszedłem), a po drugie nie wiem nawet, o czym on mówi, gdyż znajomość rzeczy nietanich stała mi się jakoś obca.
Sąsiad czepiając się mojego płota – o którym też wyrażał się zawsze niepozytywnie – stawia mi zarzut, że marudzę, bo taki mam charakter, a nie, bo tak mi źle.
Jak na sąsiada, to nawet niegłupia konstatacja, choć on nawet nie wie, co znaczy konstatować, bo najwyżej tak sobie umyśla, a nie konstatuje – wszak prosty zeń człowiek, prawie tak, jak ja, tyle, że bardziej drań, co też jest subiektywizmem, lecz i tego on nie wie, co znaczy, więc dosyć.
Zastanawiając się nad tym, co sobie sąsiad umyślił w sprawie mojej marudności, czyli konstatując owe jego umyślenie stwierdzam w reasumpcji, iż rację ma połowiczną, a leży ona poi środku i jest tak:
Niewątpliwie jestem człowiekiem marudnym, chronicznie niezadowolonym i permanentnie nieszczęśliwym, oraz nieprzerwanie załamanym, ale…
Na przykład ostatnio rzeczywistość wirtualna i realna jakoś mi się pomieszały w percepcji i to niestety w sposób niezadowalający (co w przypadku mojej chronicznej marudności typowe).
W obu moich rzeczywistościach nastąpił wzrost stanu pogorszenia, co znaczy, że poziom egzystencji spadł. W wielu przypadkach na dno.
Zatem martwię się nieustannie i już nie tylko o siebie, bo o siebie, właściwie już przestałem, ale na przykład o kogoś, do kogo jechałem specjalnie w ubiegłym tygodniu po to, by spróbować ratować to, czego uratować (co wiedziałem) już nie można, więc teraz myślę wyłącznie, co zrobić, żeby go nie skrzywdzili ci, których on nosił, jak Bóg z przypowieści, na własnych plecach. Z możliwości mam tylko zaciekłą determinację, ale nie wiem, czy to wystarczy, bo wiele razy nie wystarczyło.
Martwię się o dom – w sensie substancji budowlanej – bo remont zaczęty, a końca nie widać, bo materiałów nie starczyło. Dlatego wciąż jestem wciśnięty między dwie szafy i nerki mnie bolą od wymuszonej pozycji, a może z choroby i już nie wiem, z czego gorzej.
To wszak nie powód, żeby narzekać, twierdzi sąsiad i puka się w czoło napomykając, że nie trzeba było zaczynać.
Zdziwiłby się, gdyby wiedział, że się z nim zgadzam, ale się nie zdziwi, bo mu nie powiem. Aż tak nisko jeszcze nie upadłem, żebym sąsiadowi rację przyznawał.
Martwię się o bliskich znajomych w sieci, których tarapaty, troski i klęski przyprawiają mnie o ból głowy i bezsenność… choć nie – bezsenność, to ja mam chyba wrodzoną i niezależną od niczego i nikogo, tylko taką samą z siebie.
Pomóc nie mogę, bo tak się ten świat urządził, że ci, którym wiedzie się nieciekawie liczyć mogą prawie wyłącznie na podobnych sobie, gdyż człowiek, jak każde zwierzę, łączy się w stada gatunkowo jednorodne.
Ale jest to liczenie bezradne i naiwne.

Z wynikiem o sumie zerowej.
12:39, zabociek , Życie
Link Komentarze (4) »
niedziela, 15 listopada 2009
kiedy siedzę zaciśnięty przez remont w swoim, teraz swoim, kącie i próbuję nie rozglądać się po pobojowisku, które jeszcze do niedawna było moim domem, uciekam myślami w przestrzeń, oraz w czas odległy i idę przez pole, łąkę, kamienistą ulicą, ocieram się o porastający na ścianach starych kamieniczek mech, i słucham głosów spacerujących ludzi. wspominam. żeby nie myśleć, żeby nie … żeby nie.

zawsze przypomina mi się na początku wiatr smagający po twarzy niezależnie od pogody, bo zawsze zaczynam wspominać od góry, od gór, od tej niemiłosiernie męczącej wędrówki, w trakcie której byłem pewien, że z mojej lewej nogi nie zostało już nic więcej, niż skrwawiona miazga. tak byłem o tym przekonany, że bałem się patrzeć na lewy but, aby nie zobaczyć wylewającej się z niego krwi, której - byłem pewien - jest pełny. czułem jej chlupotanie i dziwne zimno-ciepło. ale nie, gdy doszliśmy do celu, noga zmieniła się tylko w drewnianą kłodę, której używałem jako protezy następnego dnia i do końca wędrówki. już krótkiej. już prawie bez niej, bo za dwa dni już odeszła. już nie wróciła. już została.

napisałem jeszcze trzy listy. każdy wykaligrafowany jakby nie moim pismem, bo ja tak bazgrzę jak kura pazurem, więc nie pisz do mnie listów – mówiła – chyba, że ptakami na niebie, jak w piosence - śmiała się biegnąc pod górę, a ja ledwie umiałem się wczołgać, choć bardzo, bardzo chciałem ją dogonić, pomimo że zawsze była na wyciągnięcie ręki i zawsze przybiegała na zawołanie. wtedy nie przybiegła, a też była na wyciagnięcie ręki… ale nie słyszała.

mam takie górki, na których szumi wiatr i zabiera słowa zawołań. dlatego nikt nie słyszy, tylko echo. każdy ma takie górki albo kamienie, na których przysiadał, gdy nogi zmieniały się miazgę, albo zdrętwiałe protezy. pamiętam smak kanapki i pamiętam, że była z bekonem – ten pasek tłustego dla ciebie, dobra? – dobra. lubiłem tłuste paski z obrzeży plasterków bekonu, do dzisiaj lubię, bo mam grupę „0”, a ludzie z grupą „0” to mięsożercy, jak mówiła mi dużo później maria – a ty powinieneś jeść więcej ryb i warzyw. tak powinienem, ale nie robię rzeczy, które powinienem, ani nawet takich, które należy, więc jem, jak lubię, choć też niezupełnie, lecz z innych przyczyn.

ten mech na ścianie jest taki srebrny, to dziwne, nie? – tak dziwne, bo słońca tu mało, wcale, patrz to północna strona. ale w lesie to jest inaczej, od której strony rośnie mech? na całej połaci – ha ha ha głuptasku, na całej połaci, to śnieg, nie mech a co jest na jeziorach, dowcipnisiu? jak, co, przecież głupi nie jestem – ty, ty i tylko ty! ach ty! i trochę tego mchu zdrapałem finką, taką harcerską. nosiłem ją przez jakiś czas z pewnego powodu, ale szczęśliwie bez potrzeby, i wtedy przydała się jak znalazł, bo była szczęśliwa, jakbym jej złotą kolię na szyję założył, a ja tylko ten mech, trochę … i pocałunek, i zawstydzenie, bo co to za dar, ale ona powiedziała – jakie to piękne i zauważyłem, że tak, że piękne …

bruk był stary, jak miasto, a może nawet starszy, bo jestem pewna, że tu była prędzej droga, nim miasto powstało, zgadzasz się? zazwyczaj się przekomarzałem, ale wtedy nie, bo pomyślałem, że tak, że droga była prędzej i może nawet wiodła do rzymu, jak wszystkie kiedyś. ty naprawdę cudnie rozwijasz moje myśli. już się chyba nie będę mogła bez ciebie obyć. już nie mogę, a ty?

mogłem.
czwartek, 12 listopada 2009

10:37, zabociek
Link Komentarze (8) »
wtorek, 10 listopada 2009
I co ja mam pisać?
Należę do ludzi, którzy, gdy raz wpadną w tarapaty, to choćby wyciągał ich ciągnik gąsienicowy, jedynym efektem będzie coraz głębsze zapadanie w grzęzawisku, które sami sobie sprokurowali.
Zawsze są dwa wyjścia, jak mówi anegdota – dobre i złe, ale nie dopowiada już owa anegdota, czy ludowa przypowiastka lub może złotonośna sentencja jakowegoś filozofa z beczki mętnej wody, iż każde wyjście ma dwie strony – dobrą i złą, oraz że są ludzie, którzy gdzie by nie skierowali swoich kroków zawsze trafiają na manowce.
I co ja mam pisać?
Wykonuję już wyłącznie przemyślane ruchy, nim postąpię krok, długo sprawdzam, po jakiej nawierzchni iść będę i odpowiednie zakładam obuwie. Profilaktycznie, nie ufając prognozom, zabieram parasol przy słonecznej pogodzie oraz kurtkę z kapturem, gdyby wiać miało, by uszy chronić.
Dopuszczając możliwość nagłego ataku zimy, pod kurtkę wkładam watowaną podpinkę, a na ręce puchate rękawice, żeby palce nie zmarzły przy lepieniu bałwana.
I co ja mam pisać?
Że moje szyte na miarę buty z dobrej skóry okazują się tandetną podróbką z Egiptu, w którym wiedzą może, jak szyć łapcie na piasek pustyni, lecz nie mają pojęcia, czym są buty na bezdroża życia?
Że parasol, przy pierwszym podmuchu wiatru unosi mnie w powietrze i rzuca na kamieniste pobocze zamiast chronić przed deszczem lub rzucać cień na moją głowę przy upale?
Że kaptur okazuje się za duży na moją głowę i targany wiatrem zatyka mi usta, nie przepuszczając powietrza?
A rękawice puchate?
Ach rękawice…
Przez nie – zbyt grube, by móc palcami poruszać, nie umiem rozpiąć kurtki, gdy mieć trzeba swobodę ruchów, przy ataku przeciwnika.
I padam, jak kukła, pod ciosami cherlaka.

I co ja mam pisać?
22:43, zabociek , Tetryki
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 09 listopada 2009
Maria skarciła mnie mocno, za opowiadanie banialuków o sobie, czyli o mnie, bo wie, że o niej opowiadam zawsze prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, a jeżeli nawet koloryzuję to w barwach jasnych, więc do opowiadania o sobie, czyli o niej nie miała zastrzeżeń i nie skarciła mnie za to.
Dlatego nie poczułem się zmartwiony bardzo, choć pokornie przyobiecałem Marii, że już nigdy nie opowiem o sobie, czyli o mnie nic, bo nie umiem odróżnić banialuka od niebanialuka i opowiadam tak, jak mi ślina na język spływa, a spływa mocno, jak to przy gadaniu.

Maria powiedziała, że to dobrze.
23:13, zabociek , Maria
Link Komentarze (2) »
niedziela, 08 listopada 2009
W sieci snuje się smutek. Dobrym ludziom źle się dzieje, a ja nie mogę nic poradzić.
Fatalnie się czuję. Również fizycznie.
Możliwe, że to jakieś pokłosie permanentnego stresu albo zwyczajnie – organizm już wysiada.
Szansa na naprawę niewielka – specjaliści nie chcą zapisywać na wizyty ani w tym, ani w przyszłym roku.
Na dodatek, lekarz pierwszego kontaktu żartuje sobie, że na niektóre leki nie będzie mógł wystawiać recept, bo podobno będzie wolno to zrobić tylko specjaliście od konkretnej choroby.
Piszę, że żartuje, bo nigdzie nie znalazłem takiej zapowiedzi, ale skoro hazard ma zostać zlikwidowany migiem, to wcale nie zdziwię się, gdy rzeczywiście taki przepis zostanie wprowadzony równie szybko.
Ma ów pomysł sporo zalet – specjaliści nie przyjmują, lekarze rodzinni nie wypisują recept, spadek zachorowań pewny, jak w banku.

Ciekawe tylko, które firmy pogrzebowe lobbują u w tej sprawie.
Miałem sen.
Śniło mi się, że ktoś anonimowo wpłacił na moje konto 50 tys. złotych.
Jako człowiek o racjonalnym sposobie myślenia, natychmiast po przebudzeniu włączyłem komputer i sprawdziłem swoje konto.

To naprawdę był  tylko sen.
18:18, zabociek , Tetryki
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 listopada 2009
Jak sądzisz, jakie szanse ma kot, upuszczony z dachu wieżowca na chodnik? Wbrew pozorom, spore. Gorzej, gdy ma spętane łapy, oderwany ogon i jest w nylonowym worku. Wówczas, szanse spadają jak on sam.
Jak sądzisz, jakie szanse ma człowiek, który chciałby przeszkodzić grupie pijanych, uzbrojonych nastoletnich bandytów, w dręczeniu zwierzęcia? Podobne jak zwierzak.
Jak sądzisz, co TY byś zrobił, człowieku, gdyby kilka metrów od ciebie, z lepkim pacnięciem uderzył w twarde płytki kot? Szybki telefon na policję? Może kilka wrzasków w kierunku sprawców? A może odszedłbyś, bo to przecież nie twoja sprawa?

Pamiętał wiele, ale więcej już zapomniał. Był tak stary, że nikt już nie potrafił przywołać z czasu jego narodzin. Od dawna już chodził nie tyle zgarbiony, co pochylony w przód, niczym drzewo na wietrze. Niemrawo, gdzieś pod czaszką, kołatało się jeszcze wspomnienie niedowierzania, że ktoś może chodzić w ten sposób. Tak komiczny, tak idiotyczny. Tak odrażający. I deklaracja: Jeżeli mnie to spotka, to się zabiję. Ale czas upływał, młodość odeszła nim zdążył z niej skorzystać; wojna pierwsza, wojna druga, stan wojenny... Zabawne, że tak uważał. W trakcie pierwszej się urodził, potem było dwadzieścia lat względnego spokoju, druga, potem... nuda, i po blisko czterdziestu latach, stan wojenny. Już wówczas czuł się starcem, ale przynajmniej nie był tak pochylony. I przez cały ten czas, chciał tylko przeżyć. Nigdy nie pomyślał, że mógłby sobie sam odebrać życie. Mimo deklaracji młodzieńczych. Dziś nie był już tak łakomy życia, dawno pogodził się z nieuniknionym, ale choć chodził o lasce, choć bolało go wszystko i niemal wszystko w nim miało dysfunkcje, wciąż chciał żyć. O śmierci myślał jako o kimś, kto przyjdzie sam, nieproszony, gdy uzna, że ma taki kaprys. Więc jej nie zapraszał.
Pewnie mógłby umrzeć wtedy na zawał, gdyby tylko jego mózg na czas zarejestrował zdarzenie. Ale on też był już stary i nigdzie się nie spieszył. Dlatego człowiek dopiero po chwili zrozumiał, że coś upadło przed nim, z odgłosem kotleta uderzającego o deskę. Czarny worek, dobre trzy metry od niego. Niegdyś dwa kroki, dziś wieczność. Z bliska dopiero zauważył krew, wypływającą przez dziury w czarnym nylonie. Nie przerażała go, za dużo jej widział, zbyt często ją przelewał. Ostrożnie szturchnął laską zawiniątko. Napotkał lekki opór, ale i pewną miękkość. Wciąż z pomocą laski - już dawno nie mógł się schylać, co za ironia wobec jego ciągłej pochyłości - rozdarł worek. Osłabiony już znacznie wzrok nie potrafił mu powiedzieć, co to za zwierzę. W tej kupce krwi i sierści, nie rozpoznał kota. Tym bardziej, że zwierzątko nie miało ogona, a pyszczek został rozdarty tak, że dolna żuchwa wisiała na skrawku skóry.
Może wtedy odszedłby, pożałowawszy stworzenia, w swoją stronę - tyle już widział śmierci wśród ludzi, że śmierć zwierzęcia nie powinna go obejść. Może; gdyby był wtedy choć kilka lat młodszy. Bardziej obojętny światu. Ale był już zmęczony, bardzo zmęczony. Nie życiem. Trwaniem. Jako pokraka wyśmiewana przez dzieci; jako upiór z przyszłości straszący dorosłych; jako relikt wyszydzany przez młodzież.
Może to Bóg dał mu wtedy siłę? Może to Szatan? A może była to jakaś reakcja chemiczna w ciele starca?
Bóle nagle zostały przytłumione, zaczął się powoli, z wysiłkiem prostować, gdy ból w krzyżu i w innych partiach ciała zastąpił jeden przejmujący ból - duszy. Wzrok też uległ poprawie. Teraz widział truchło pod swymi stopami w każdym, najdrobniejszym szczególe. Ból stał się nie do zniesienia. Przestał być jedynie poetyczną metaforą, stał się literalny.
Nie wiedział, ilu było bandytów na dachu. Nie mógł wiedzieć, czy go obserwowali. Butelka po winie mogła zostać zrzucona niefrasobliwie, a nie celowo. Równie dobrze na dachu mogło nie być nikogo, a kota mógł ktoś wyrzucić oknem. Jednak pojechał windą na ostatnie piętro. Laską ściągnął drabinkę i po niej wydostał się na dach. Gdy szedł w kierunku grupki nastolatków, dzierżył w dłoniach laskę za stopkę, tak, że przypominała drewniany młotek do krykieta. Mimochodem zauważył jeszcze, że wszyscy ci młodzi ludzie byli dobrze ubrani, modnie i zapewne kosztownie, ale pili najtańsze z tanich win. To nie miało znaczenia, bo nie było usprawiedliwieniem. Nie była nim klasa społeczna, zasobność portfela, ani płeć. Przekonał się o tym chłopak, który pierwszy zginął. Starzec nie był silny, nie musiał, miał dębową laskę z metalowymi okuciami i to ona była argumentem. Poza tym młodzież była pijana, do tego stopnia, że jedna z dwójki dziewczyn cofając się przed ciałem kolegi spadła z dachu.
Z sześciorga zostało czworo. A kostucha z zakrwawioną laską nie odpoczywała. Drugi z grupki, w idiotycznym odruchu obronnym, zasłonił się butelką z winem. Odłamek szkła wybił mu oko, a cios starca niemal oderwał mu nos. Mimo to żyłby, gdyby jego dziewczyna, chcąc mu pomóc, nie wyjęła szkła z oka. Gdy otrzymała cios w tył głowy, tym samym odłamkiem rozorała chłopakowi tętnicę szyjną.
Zostało dwóch; przerażonych, zdezorientowanych, pijanych i wściekłych. Wyjęli noże, sprężynowy i motylkowy, i ruszyli na oprawcę. Ale to nie starzec ich zabijał, to dębowa laska. Ona kierowała jego ramionami i ferowała wyroki. Młodzieńcy jednocześnie rzucili się ku starcowi pochyleni, by uniknąć gniewu stalowych okuć. Ale one, kierowane dębowym drzewem, już unosiły się ku górze, by opaść ze straszliwym impetem i odgłosem pękającej gałęzi na kark jednego z chłopców. Drugiemu udało się osiągnąć cel. Ostrze sprężynowca przeszyło suchą, starczą pierś i sięgnęło serca. Młot - laska wypadła z nagle bezwładnych dłoni, które na powrót poskręcał artretyzm. Ciało znów wróciło do starczych schorowań, znów pochyliło się do przodu. Ale to nie komizm w postawie umierającego starca widział jego kat. Dla niego poskręcane artretyzmem dłonie, choć bezsilne, stanowiły pułapkę na podobieństwo małych haczyków, a sztywniejące w nienaturalnej pozycji, martwe ciało wtrąciło go z równowagi. Gdyby chłopak nie był pijany, i gdyby nie starał się tak panicznie odepchnąć od siebie ciała starca, może by żył.
Ostatnią rzeczą, którą zapamiętał, był strach i zbliżający się szybko chodnik, na tle wirującego opętańczo osiedla. Nawet nie przeszło mu przez myśl, żadnemu z nich, że to wszystko z powodu jakiegoś głupiego sierściucha.

Bytom 08.10. 2002

Autor: Radosław
czwartek, 05 listopada 2009
Oczywiście, że nie jest mi tak źle, jak opisuję.
Gdyby było mi tak źle, jak opisuję, to bym się pochlastał, a ja nie, blizny mam stare, zastarzałe, a nie po żadnych tam chlastach i chlaśnięciach.
Bo mi nie jest tak źle, jak opisuję, bo mi jest tylko trochę niedobrze.
Każdy wie przecież, kiedy jest tak, że jest trochę niedobrze, że chce się rzygać, a się nie daje, bo wszystko podchodzi kłębem wymiocin pod krtań i ani milimetr dalej.
Tak mi jest: trochę niedobrze, ale nie chorobliwie, chociaż nigdy nie wiadomo, na co się umiera. Często na złość.
Dlaczego, więc opisuje tak, jakbym już się porzygał, mimo, że treść wymiotna wciąż przelewa się w przełyku i jak płyn w probówce pod wpływem ciepła lub zimna, to się podnosi, to opada, albo, jak co inne, co się podnosi i opada?
Stopa na przykład, żeby, kto nie myślał o tym samym.
Dlatego tak opisuję, bo gdybym tak nie opisywał, to nie miałbym nic do powiedzenia, więc naciągam fakty, jak miesiąc od pierwszego do piętnastego, bo dalej, to już nie ma miesiąca, są jakieś dni, ale nie wiem jakie i po co, bo do niczego nie służą.
Gdybym miał na imię Grzegorz, wyrzuciłbym dni owe z kalendarza i zaraz by się okazało, że miesiąc jest bardziej miesięczny.
Tylko, co z ratami?
Częściej by się zdarzały i zaległych byłoby więcej.
Nie wszystko jednak od razu zapłacono, więc może i na to by się coś znalazło, jak zaskórniak w portfelu, pod warunkiem, że portfel jest ze skóry.
Niestety, nie mam na imię Grzegorz, tylko inaczej, więc nie wymyślę koła, ani miesiąca nie skrócę.

(...)
poniedziałek, 02 listopada 2009
patrzę dzisiaj po japońsku
i widzę
listek szura wietrznie
a liszka zwinięta na nim śpi
powietrze pachnie rześkie
i słońce ciepłe lśni

pod nogą grudka ziemi
z cmentarza przyniesiona
jak dar od bliskich oddalonych
o chwilę wieczności krótką
na listku przy liszce ułożona
jest i już nie jest mi smutno

nie dlatego, że słońce świeci
nie dlatego, że piękna pogoda
ale, bo patrząc na liszkę śpiącą
wierzę w natury dobroć
i alegorią niedaleką
wierzę w dobroć człowieka

*) W pokłonie Podstolemu

10:28, zabociek , wiersze
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 106