piątek, 20 lipca 2018
Przed świtem, a właściwie, jeszcze w nocy zbudził mnie ból. Ból egzystencjalny, a nim oczy rozpoznały w szarzyźnie za oknem nadchodzący ranek, pojawił się ból łatwiejszy, ten codzienny, fizyczny. Dzięki niemu uniosłem głowę, choć była napełniona kilogramami ołowiu – tak czułem – i oderwanie jej od mokrej, od mojego potu, poduszki graniczyło z beznadzieją, jaką bez szukania odnajdowałem w sobie.
Ból , ból i tylko ból. Głowa, kark, plecy, noga i z powrotem stawy , przez krzyż do głowy.
I świadomość, że tak jest i tak być musi, gdyż tak mi przypadło.
Niby wiem, niby się oswoiłem, a nawet przywykłem, to jednak…
Szarość za oknem bladła, a może wpierw posiniała, by przez minuty porażającej samotności rozjaśnieć i stać się światłem…
To tyle wewnętrznych rozterek na powitanie pierwszego słonecznego dnia od kilku wcześniejszych, mokrych, jak twarz od łez, od pulsacyjnych deszczów, które nie były jeszcze ulewami , a już wzbudzały dreszcze lęku o wszystko, co dookoła blisko i o to inne, gdzieś daleko, i o tych innych tamże.
To też bolało nie do zniesienia.
Prawie, bo jednak uniosłem się i mimo  że żadnego ciężaru nie udało mi się zrzucić z barków, wstając, wydrapałem się z czarnej studni depresyjnej bezradności.
Psy popiskiwały w kojcu.
Dałem im jeść i poszliśmy na spacer.
 
Słońce rzeczywiście jasno świeciło. 
wtorek, 17 lipca 2018
Maria uniosła ramiona wysoko i myślałem, że chce chwycić w dłonie wiatr, który wiał, ale to nie było dzisiaj, tylko innego, bardzo innego, dnia.
Okazało się, jednak, po chwili, że Maria złapała wiatr, lecz we włosy i bawiła się z nim, trzepocząc lokami i pasemkami, a najbardziej grzywką, opadającą na oczy rozwiewnie.
- Dlaczego łapiesz wiatr we włosy, Mario, a nie w ramiona? – Spytałem, zdezorientowany radośnie.
- Bo w ramiona złapię ciebie! – Zawołała Maria, a wiatr jej zawtórował.
Potem, na życzenie Marii, okręcił mną, jak frygą, i wpadłem wprost w jej objęcia.
 
I poniósł nas, jak wicher.
piątek, 13 lipca 2018
 Trochę się rozpadało, więc pootwierałem wszystkie okna w pokoju, żeby wpuścić do wnętrza zapach deszczu.
Jakoś dawno nie czułem, jak deszcz pachnie, a przecież pachnie niesłychanie intensywnie i potrafi tym zapachem zakręcić nie tylko w nosie, ale i w całej głowie.
Tak, jak mi teraz.
Za moimi plecami, dookoła, a czasem nawet gdzieś pod sufitem orbitują moi dwaj wnuczkowie, nieustępliwie walczący z wrogami, których sobie sami wymyślają, by zwalczać ich nieustępliwie.
Oczywiście skutecznie. Jak to super bohaterowie.
Uczestniczę w tej nieustępliwej walce, bo mam na nadgarstku specjalny telefon, dzięki któremu mogę porozumiewać się z wnuczkami i jako ich tajny szpieg, przekazywać niezbędne informacje o działaniach wrogów. Chyba spisuję się dobrze, bo jestem czasem chwalony słowami: „Ok, agencie!”
Mój telefon agencki jest zrobiony z papierowej taśmy i przylepca. Taśma zapisana jest cyframi i skomplikowanymi ciągami liter.
Znaczy się: tajnym kodem.
Tak wygląda przyjaźniejsza strona mojego życia.
Jest i inna, ale o niej, póki co, pisać nie będę.
 
Dość macie swoich przykrości, więc moje wam zbędne.
czwartek, 12 lipca 2018
Bywa , że Miłość wychodzi z domu, otrząsa z ramion pył złudzeń i rusza przed siebie bez nadziei na znalezienie nowego miejsca pobytu.
 
Bo nikt nie chce zadawać się z przechodzoną miłością.
czwartek, 28 czerwca 2018
Mam dość świata, w którym wyłącznie ja popełniam błędy i głupstwa, i wszystko robię nie tak, a innym zawsze udaje się czynić to, co czynić trzeba.
Dość mam już dni, które przeżywam nie tak, jak należy, gdy wczesne wstawanie nie ratuje dnia przed porażką, kiedy czułe słowo nie rozjaśnia nieba,  odbijając się grymasem ironii i kpiny.
Tagi: życie
22:12, zabociek , Tetryki
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 403