Blog > Komentarze do wpisu

Zapaczkowany

Jakiś czas temu odwiedziły mnie wolontariuszki „Szlachetnej paczki”.
Zaskoczyła mnie ta wizyta, bo przecież nie obnoszę się ze swoją biedą i zupełnie jej po mnie nie widać. Mieszkam, co prawda w najstarszej chacie we wsi i zajmuję w niej malutki pokoik, prawie tak malutki, jak mieszkanko na Mariensztacie, ale tego też z zewnątrz nie widać, bo okna od ulicy zasłaniają krzewy, a do tego wieczorem zaciągam żaluzje, żeby nikt nie widział ile miejsca zajmuje mój cień.
„ Może to przez to nieustanne rąbanie drewna?”, pomyślałem, „ludzie widzą, że rąbie gałęzie i myślą, że nie stać mnie na węgiel, a stąd już tylko krótka myśl, że u mnie bieda.”
A i owszem, rąbię, bo oszczędzam na węglu, a raczej miale, lecz przecież oszczędzanie, to nie jest atrybut biedy. Biedny nie oszczędza, bo nie ma na czym.
Biedny żyje na minusie i tyle.
Tyle zdążyłem pomyśleć, gdy odwiedziły mnie wolontariuszki, bo po przywitaniu, serdecznym, gdyż jedna okazała się moją koleżanką, a druga jej córką, rzecz się wyjaśniła słowami owej koleżanki.
Okazało się, że to przez mój żebraczy wpis o protezie na FB (zresztą, zupełnie nieskuteczny) sprawił, iż postanowiły na miejscu (czyli u mnie) rozeznać, co i jak, i wciągnąć mnie na listę ewentualnych beneficjentów szlachetnej paczki.
Poczułem się bardzo, ale to bardzo zażenowany, gdyż, pomimo że dzień ubogich mógłbym, z biedą, uznać za swoje święto, nie poczuwam się aż tak do biedy.
Postanowiłem uchylić się od pomocy, choćby z tej przyczyny, że idea szlachetnej paczki w metodologii wspierania nie do końca mnie przekonuje.
Dziewczyny były jednak uparte i metodycznie prześwietliły moją sytuację. Uznały, że kwalifikuje się do umieszczenia mnie w gronie tych, którym można pomagać.
Jeszcze się opierałem, wskazując im, jako lepszego kandydata, niedalekiego sąsiada, na którego drzwi (bo widzę je z podwórka) codziennie spoglądam, od kiedy zmarła mu matka, bo obawiam się, że kiedyś może nie wstać z łóżka i umrzeć bez pomocy.
Niestety, on się nie nadaje, bowiem pije i żyje z zasiłków, i na pewno żadna pomoc do niczego, go nie zmotywuje.
Ja tam nie wiem, pomyślałem, ale wolę go mieć na oku, bo nie ufam jego kumplom, pijaczkom.
Dzisiaj, a raczej wczoraj, znalazłem siebie wśród zakwalifikowanych do akcji „Szlachetnej paczki”
Dziewczyny opisując moje potrzeby, w zasadzie opisały stan faktyczny, ale w taki sposób, że aż zrobiło mi się szkoda, bo nigdy dotąd swojej sytuacji nie oceniałem tak krytycznie i nadal tak nie oceniam.
Prośba o wsparcie przy zakupie protezy zdarza się prawie każdemu, w podobnej sytuacji, bo niestety pomoc dla kaleków w kraju kuleje i stuprocentowe refundacje oznaczają przeważnie znikomą część rzeczywistej wartości sprzętu.
Wśród wielu pytań\, które mi dziewczyny zadawały, było także zapytanie, o czym marzę.
Nie marzę o niczym, ale że zazdroszczę trochę Basi, Ewie oraz Ewelinie fantastycznych fotek, palnąłem , że chciałbym aparat fotograficzny, którym mógłbym robić fotki odwiedzającym mój sad ptakom, bo rzeczywiście, nieraz żałowałem, że mój dosyć stary telefon nie daje szans na zrobienie dobrego zdjęcia.
Ale, to raczej taka nostalgiczna myśl, nie marzenie.
Tak naprawdę, to mam inne marzenie, a właściwie też jakąś tylko fantasmagorię marzenia.
Kiedyś, mój nieżyjący przyjaciel, Menel, powiedział mi, że powinienem każdego znajomego poprosić, aby kupił mi zdrapkę albo kupon lotto, czy innej gry i przekazał mi w prezencie, a może w ten sposób przekaże mi skrawek swojego szczęścia i wreszcie uda mi się coś wygrać.
Od tamtych słów Menela, wyobrażam sobie czasem, że siedzę na podłodze i niczym bohaterowie „ 4mln dolarów napiwku”, liczący nadesłane przez ludzi drobne sumy, sprawdzam zdrapki, losy i kupony i śmieję się, jak głupi, bo chociaż wygrane są tycie lub żadne, to każdy los, kupon, zdrapka pachną i wibrują ciepłem darowanego mi szczęścia.
 
Które, suma summarum, jest i tak niepoliczalne. 
czwartek, 23 listopada 2017, zabociek
52 1320 1537 0583 2853 3000 0001

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: